fot. HAITHAM IMAD/PAP/EPA
Palestyna: dzisiaj w Betlejem [ROZMOWA/MISYJNE DROGI]
Trwa wojna między Palestyną a Izraelem, nazywana często konfliktem z Hamasem. Zginęło kilkanaście tysięcy Palestyńczyków, od broni, ale i z głodu. Betlejem jest w Palestynie – o tym, jak wygląda dziś życie w tym mieście, w Domu Pokoju, z siostrą Szczepaną Elżbietą Hrehorowicz CSSE rozmawia Mateusz Lesiński.
Mateusz Lesiński: Zwykły dzień dziecka z Domu Pokoju elżbietanek w Betlejem, w czasie wojny Palestyny z Izraelem, trudno mi sobie wyobrazić.
Szczepana Elżbieta Hrehorowicz CSSE: – Staramy się żyć normalnie. O godzinie szóstej budzimy dzieci. I po wszystkich czynnościach higienicznych, myciu, ubieraniu, idziemy razem na modlitwę do kaplicy, potem na śniadanie. Około godziny siódmej wyjeżdżamy do szkół. Dzieci uczą się w różnych miejscach. Rozwozimy więc busikiem do szkół dzieciaczki, które śpią w naszym domu. Na stałe jest ich osiemnaścioro. Natomiast w sumie z domu korzysta czterdzieści dwoje dzieci.

Później my, siostry, mamy Eucharystię i wykonujemy różne prace: zakupy, pranie, szykowanie obiadu. Około dwunastej rozpoczynamy zbieranie dzieci ze szkół. Po powrocie jest obiad i chwila wolnego.
O piętnastej dzieci rozpoczynają odrabianie lekcji z pomocą nauczycieli. Mamy ich zatrudnionych dziewięcioro, pomagają dzieciom w nauce. Dzieci pochodzą często z bardzo trudnych rodzin. Nieraz mają problemy z koncentracją, z nauką i potrzebują specjalnej pomocy, żeby mogły się przygotować do szkoły. Wieczorem jest modlitwa różańcowa w naszej kaplicy, a po niej kolacja. Później już jest taki wolniejszy czas, dzieci korzystają albo z placu zabaw, albo z sali gimnastycznej. Czasem wyświetlamy im jakiś filmik, przy tym jakaś rozmowa, lub uczą się tańca, jest jakaś gimnastyka korekcyjna. A potem sen.
Jak sytuacja w palestyńskiej Strefie Gazy wpłynęła na życie w domu? Dom Pokoju znajduje się blisko muru oddzielającego Palestynę i Izrael. Czy przejścia graniczne są otwarte?
– Przejścia otwierane są tylko czasem. Nie mamy pewności, czy akurat będzie otwarte. Podjeżdża się pod granicę i czasem jest zamknięta, a czasem otwarta. Porobiono także dodatkowe zamknięcia: specjalne bramki, które są w pewnych momentach zamknięte i ludzie nie mogą przejechać. Oczywiście problem z wyjazdem mają też ci, którzy mają pozwolenie na przekraczanie granicy. Ci, którzy nie mają pozwolenia na wyjazd, to wiadomo, że w ogóle nawet nie próbują się zbliżać do granic. Takich ludzi jest bardzo dużo. W tej chwili trudno jest uzyskać pozwolenie. Nawet takie, które było kiedyś na jeden dzień – do lekarza lub by załatwić ważną sprawę urzędową w Izraelu.

A czy ludzie mogą tak jak dawniej pracować tam po drugiej stronie muru? Bo przecież przed rozpoczęciem wojny wiele osób tak właśnie zarabiało na życie.
– Dla większości ludzi skończyła się praca po stronie izraelskiej. Teraz niestety tych pozwoleń na pracę jest bardzo mało, mimo że wcześniej byli zaangażowani. Tutaj, w Betlejem i w okolicy, jest wielu dobrych fachowców cenionych przez Izrael. Niestety oni też nie mają szansy, żeby pracować. Często przychodzi jakiś inżynier, ktoś wykształcony i prosi nas o byle jaką pracę. Żeby tylko zarobić na chleb dla rodziny. Staramy się pomagać: może umyć jakieś okno, coś posprzątać, zebrać oliwki, ogarnąć ogródek. Staramy się dawać im pracę.

Wiadomo, że w naszym domu angażujemy także nauczycieli. Stworzyłyśmy także szwalnię, hafciarnię. Mamy tam kilka maszyn, które dostałyśmy z projektu z Polski. Tam też staramy się angażować ludzi, ale tam potrzeba mieć trochę pojęcia o szyciu, czy o komputerach.
A jaka jest teraz największa trudność?
– Dużym problemem jest to, że nie ma pielgrzymek, a wiadomo, że Betlejem jest nastawione głównie na pracę z pielgrzymami, z turystami. Bo tutaj nie ma wielkich zakładów, są za to hotele, restauracje, warsztaty produkujące pamiątki i sklepy je sprzedające. Większość miejsc jest przygotowanych na pracę z pielgrzymami, z turystami. W tej chwili niestety tego nie ma. W momencie, kiedy nie ma ludzi, to też nie ma pracy. Sytuacja jest często naprawdę dramatyczna. Brakuje jedzenia.

Czy w związku z trudnościami z pracą znacząco wzrósł problem ubóstwa?
– Jeżeli ludzie, którzy wcześniej pracowali, mieli dobrą sytuację, teraz przychodzą po żywność, czy po jakąkolwiek najmniejszą pracę, to znaczy, że naprawdę już jest bieda, jest trudno. W tej chwili przygotowujemy taki duży projekt z polskiego MSZ-u, z Fundacją Pro Spe, żeby wspomóc ubogie rodziny. Dostaną żywność, środki czystości, leki. Poza tym otworzyłyśmy też u nas taki, ja się śmieję, mały „sklepik”. Mamy pomieszczenie z długimi półkami, na których umieściłyśmy żywność i środki czystości. Kiedy przychodzą potrzebujący, zabieramy ich tam i dajemy im to, czego najbardziej potrzebują w danej chwili.
Czy uważa Siostra, że na Waszych oczach znów dzieje się historia sprzed dwóch tysięcy lat? Znów rodziny szukają schronienia, kobiety miejsc, w których bezpiecznie mogłyby urodzić?
– Może nie aż tak, ale zaczyna już zmierzać ku temu. Tak się trochę rozeszło, że do naszego Domu może przyjść każdy, kto potrzebuje. I coraz więcej jest takich osób, które zgłaszają się, bo mają trudną sytuację. Mówią, że na przykład nie ma w domu wody albo rozpadło się małżeństwo, żona nie wytrzymała tego, że mąż nie przynosi pieniędzy i nie może nakarmić dzieci. Niektórzy się po prostu załamują. Wiadomo, że jak są długo w takiej trudnej sytuacji, to psychika się bardzo osłabia. Dochodzi do różnych tragedii i coraz więcej osób zgłasza się o pomoc. Zgłaszają się też same dzieci. Staramy się jak najmniej przyjmować na nocleg. Nie możemy przyjąć zbyt wielu dzieci, ponieważ jest nas zbyt mało, nie ma też w tej chwili wolontariuszy. Dlatego wiele z tych dzieci, jeśli tylko jest możliwość, nakarmimy, nauczymy, umyjemy, opierzemy, a na noc wysyłamy do domu, do rodzin.

Jak dzieci w Domu Pokoju przeżywają obecną sytuację? One są szczególnie narażone na przeciwności, na przeżywanie traumy wojny.
– Dzieci, które mieszkają u nas na co dzień, wiedzą, że mają nas i my im wszystko zapewnimy. Te dzieci, które mieszkają w rodzinach, które często spotykają się ze swoimi dalszymi rodzinami, widzą, że jest o wiele gorzej. Wcześniej na przykład było wszystko w domu, a w tej chwili tata musiał sprzedać samochód. Muszą się ograniczyć do minimum z minimum, a czasem nawet tego brakuje. Widać, że dzieci przychodzą takie upokorzone – te same, które wcześniej z podniesioną głową chwaliły się, że ich tata jest na przykład szefem kuchni. W tej chwili nie jest tym szefem, no bo nie może przyjechać do Jerozolimy, a tu nie ma turystów i nie ma kogo karmić. Tylko od czasu do czasu gdzieś się załapuje na jakąś pracę. Nie ma tego, co było dawniej, jest po prostu biednie.

A co najbardziej Siostrę porusza w pracy z tymi dziećmi i rodzinami? Jakie momenty dają siostrze najwięcej nadziei?
– Poruszają mnie przede wszystkim dzieciaki, które wydają się nie do ogarnięcia. Normalnie bym powiedziała, że się nie da, że trzeba je odesłać do domu. Ale to Pan Bóg nam przysłał tutaj właśnie te trudne dzieci, emocjonalnie rozbite, które nie chcą słuchać, których rodzice mówią „bierz jak najwięcej od sióstr, ale nie rób nic”. Łatwiej jest posprzątać samemu niż pokazywać, patrzeć i jeszcze poprawiać po nich, ale my chcemy uczyć dzieci takiej estetyki życia. I widzimy, że 40% z tych, które nic nie potrafiły i nie chciały robić, w tej chwili zrozumiały, że to jest dla nich.
>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Zamów prenumeratę<<<
Na przykład Murad i Hład, dwóch chłopaków. Trudni, z rozbitej rodziny. Przyszli do nas, gdy mieli 3 i 4 lata, dziś mają 14 i 15. Normalnie, z boku patrząc, byli niereformowalni. Zero motywacji do czegokolwiek. W tej chwili radość wielka – jak się zmienili. Ten starszy kocha muzykę i śpiewa, gdzie tylko może. Dyżury sprzątające czy na stołówce robią bardzo chętnie. I pytają: „Siostro, czy może coś Siostrze pomóc?”. A wcześniej wszystko im się należało, nie włączali się w pomoc. Widzimy, że ten proces trwa czasem bardzo długo i na początku wydaje się niemożliwy do przekroczenia, ale po jakimś czasie coś się przełamuje i oni po prostu sobie zdają sprawę z tego, że wszystko, co otrzymują, to jest dar. I nie tylko dar materialny, ale też duchowy i intelektualny. To możliwość studiowania, możliwość po prostu edukowania się, w czym tylko chcą.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Betlejem: Wigilia w mieście narodzin Jezusa [+GALERIA]
Wspólne życie chrześcijan i muzułmanów w Betlejem wzorem dla świata
Betlejem wczoraj i dziś – dom chleba, dom pokoju






Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny