misje

Materiały Prasowe

Świecki misjonarz – słowo-konkret

7 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

„Chciałabym, żeby osoby, które myślą o wyjeździe, słysząc >>świecki misjonarz<< miały przed oczami obraz kogoś, kto ma konkretne umiejętności – jest dobrze przygotowany do zadań, które będzie wykonywać (…). Nie szukamy wojowników tylko tych, którzy potrafią szczerze odpowiedzieć na pytanie, czy sobie poradzą?

O zadaniach świeckiego misjonarza, syndromie „białego zbawcy” i roli młodych w Kościele rozmawiam z Kingą Zemlik – prezes Stowarzyszenia MISEVI Polska.

Emilia Klimasara: Jak wyobrażałaś sobie świeckiego misjonarza przed twoim wyjazdem na misję?

Kinga Zemlik: Zanim dołączyłam do MISEVI, nie definiowałam jednym słowem osób współpracujących z duchownymi. Tak naprawdę z określeniem „świecki misjonarz” spotkałam się dopiero później. Co ciekawe, ludzie z MISEVI po prostu mi do takiego określenia nie pasowali (śmiech).

Jak to?

No tak, teraz wiem, co tak naprawdę kryje się pod tym hasłem, ale przyznaję, że na początku słyszałam tę drugą część określenia, czyli właśnie to „misjonarz”. Łączyłam ją przede wszystkim z osobą duchowną, albo – może lepiej tak będzie powiedzieć – bardzo uduchowioną. Wydawało mi się, że to ktoś, kto, mimo że nie ma święceń,  bardzo dużo czasu spędza na „duchowym” spędzaniu czasu – praktykach religijnych, wyjazdach. Nie przechodziło mi nawet przez myśl, że taka osoba może mieć „normalne” studenckie życie – wychodzić ze znajomymi, podróżować, wchodzić w relacje.

Domena Publiczna

Twoje wyobrażenie o świeckim misjonarzu sprawiało, że nie chciałaś nim być?

To nie tak, że nie chciałam. Po prostu wydawało mi się, że przygotowanie duchowe jest tak długie i żmudne, że ja nigdy nie będę w stanie go przejść!

A jakie jest naprawdę?

Konkretne! Świecki misjonarz to osoba, która – oczywiście – współpracuje z księżmi czy siostrami zakonnymi w krajach misyjnych, ale „działka duchowna” do niego nie należy. My – teraz już to powiem – świeccy misjonarze, zajmujemy się „konkretną robotą” i tym ewangelizujemy.

No zaraz, Kinga, nie powiesz chyba, że księża czy siostry nie mają konkretnej roboty (śmiech)?

Oczywiście, że mają (śmiech) i robią to świetnie! Wiesz, co mam na myśli – chodzi mi o to, że my nie będziemy głosić homilii, prowadzić  katechez, bo po pierwsze – nie znamy tak dobrze języka, a po drugie – nie mamy aż takiej wiedzy, zarówno z zakresu teologii, jak i – przede wszystkim – tego, jak mówić do danej społeczności.

W jaki sposób wspieracie więc księży i siostry?

Nie pomagamy w obowiązkach duszpasterskich, mamy zupełnie inne. Wyręczamy siostry i księży w tych działaniach, na których oni się nie znają, nie mają wystarczającej wiedzy, żeby je prowadzić, albo czasu – z tym też często bywa trudno.

W czym specjalizują się świeccy misjonarze MISEVI Polska?

Pracujemy z osobami zarówno zagrożonymi wykluczeniem społecznym, jak również tymi już wykluczonymi. Przykładowo na Madagaskarze prowadzimy fizjoterapię dla osób niepełnosprawnych lub mających trudności z powrotem do zdrowia. Wspieramy edukację, przychodnię prowadzoną przez siostry miłosierdzia. W Ukrainie pracujemy z osobami w kryzysie bezdomności czy z dziećmi z ubogich środowisk. W niektórych działaniach jesteśmy samowystarczalni, w niektórych jesteśmy partnerami. W każdym przypadku jednak nasza praca, nasza pomoc, realizowana jest bezinteresownie w kierunku tych, którzy bardzo jej potrzebują. To nasza ewangelizacja.

Jak reagowały osoby z twojego otoczenia, słysząc, że wyjeżdżasz na misję? Nie pytam tym razem o kwestie bezpieczeństwa czy odległości, a raczej o „szufladkowanie”? Nie spotykałaś się z „wrzucaniem cię” do zakonu?

W mojej rodzinie i wśród moich bliskich znajomych takich zachowań nie było, bo mieli świadomość tego, kim jest osoba wyjeżdżająca na misję. Wiedzieli, że wcale nie oznacza to „zamknięcia się w zakonie”. Jednak u osób nieszczególnie związanych z Kościołem, albo związanych z nim słabo, stereotyp świeckiego misjonarza – w moim przypadku świeckiej misjonarki – z ogromnym krzyżem w dłoni lub na piersi – dalej funkcjonuje. Jedyną metodą na jego „odczarowanie” jest pokazywanie, że „jestem świeckim misjonarzem, ale żyję normalnie” (śmiech). Świadomość na temat świeckich wyjeżdżających na misje jest niska, bo niewiele się na ten temat mówi – nawet w samym Kościele. Nie ma się więc czemu dziwić.

afrykańskie dziecko

pexels

Niedawno przejęłaś funkcję prezesa MISEVI Polska. Jak twoim zdaniem powinno wyglądać przygotowanie młodych ludzi do bycia świeckim misjonarzem?

Chciałabym, żeby te osoby, które myślą o wyjeździe, słysząc „świecki misjonarz”, miały przed oczami obraz kogoś, kto ma konkretne umiejętności – jest dobrze przygotowany do zadań, które będzie wykonywać. Taka osoba jest poukładana i życiowo, i duchowo. Żeby pracować w trudnych warunkach trzeba być dojrzałym – świadomym swoich wad i zalet.

Nie superbohaterem?

Nie! Nie szukamy wojowników, tylko osób, które szczerze potrafią odpowiedzieć na pytanie, czy sobie poradzą.

A praca ewangelizacyjna?

Duchowość zawsze będzie nam towarzyszyła, ale taka osoba wyjeżdżająca na misje musi zdać sobie sprawę z tego, że nigdy nie będziemy ewangelizowali słowem – kazaniami czy katechezami. Będziemy to robić dobrze wykonaną robotą dla drugiego – potrzebującego – człowieka, byciem blisko, współczuciem. Mamy być przykładem. Chciałabym, żeby wśród młodych Kościoła rozpowszechnił się właśnie taki obraz świeckiego misjonarza. Ale żeby to pokazać, potrzeba ludzi, którzy będą mieli odwagę angażować się w misje.

Czytałam ostatnio tekst na temat „syndromu białego zbawcy” – osób, które „jadą do Afryki ratować świat”. Oczywiście, praca MISEVI to też inne obszary geograficzne, ale właśnie ta „Afryka” wydaje się najbardziej atrakcyjna dla tych, którzy chcą pomóc, często – niestety – samym sobie. Jacy ludzie zgłaszają się do MISEVI z chęcią niesienia pomocy.

Wspaniali! Co widać po wielu naszych misjonarzach. Myślę jednak, że jak to w każdej organizacji, zdarzają się też takie osoby, które przychodzą bez podstawowej wiedzy na temat mądrej, nieszkodzącej nikomu – ani osobom, którym jest udzielana, ani samemu wolontariuszowi – pomocy. Po to jednak jest organizacja, po to jest formacja i przygotowanie, żeby przesiewać kandydatury, weryfikować postawy i pobudki, z których chce się jechać.

pexels

Skąd bierze się często naiwne myślenie o krajach misyjnych, o pomocy, którą tam się świadczy?

Dawniej pomoc, która trafiała na przykład do krajów afrykańskich w większości przypadków nie była w żaden sposób usystematyzowana i przemyślana. Pomagający wychodzili z założenia, że to właśnie oni najlepiej wiedzą, jaka pomoc jest potrzebna – nie dopuszczali do głosu tych, do których ona miała trafić. I po to właśnie są misje pilotażowe, którymi rozpoczynamy współpracę z daną placówką. Podczas takiego wyjazdu chcemy poznać lokalne potrzeby, braki, mocne i słabe strony ewentualnych działań. Przede wszystkim jednak chcemy słuchać – inicjatywa musi wyjść ze strony tych, którym pomoc ma być udzielana.

To brzmi rozsądnie!

I kolejna ważna kwestia! Księża misjonarze, siostry misjonarki, nawet często my – świeccy, opowiadając o swojej pracy misyjnej, mówimy o trudach, cierpieniach, silnych emocjach, o biedzie! To bardzo ważne, bo pozwala na uświadomienie problemu, musimy jednak zdawać sobie sprawę z tego, że to, że pracujemy z osobami w kryzysie bezdomności w Odessie, nie oznacza, że cała Ukraina nie ma domu. Zbyt często generalizujemy, stąd stereotypy. Powinniśmy uważać na to, co mówimy.

Jakie – twoim zdaniem – będzie miejsce świeckich w Kościele, również tym misyjnym?

Zobacz, co się dzieje! Kościół zaczyna być „przejmowany” przez świeckich. I bardzo dobrze. W końcu się angażujemy. W przypadku misji wynika to z bardzo prostej kwestii – księży jest coraz mniej, a ci którzy już tam są… Nie oszukujmy się – lata im lecą, sił nie przybywa, a wsparcie potrzebne jest cały czas. Jeśli będą je mieli w ludziach młodych, świeckich, to mogą całą swoją uwagę skupić na kwestiach duchowych, posłudze sakramentalnej. A Kościół? Już się zmienia, przeradza się we wspólnoty, których „kształt” zależy od wiernych. Może to odważne, co powiem, ale chyba wolę taki właśnie Kościół –czasami mniejszy, może mniej bogaty, ale radosny, szczery i prawdziwy.

I otwarty na misje?

Misyjność kościoła to jego podstawowe zadanie, nawet nie zadanie – cecha. A my, będąc wiernymi, jesteśmy naturalnie tej misyjności uczestnikami. W końcu jednak zaczyna to ożywać, dziać się, działać.  I wiesz, wydaje mi się, że właśnie takie wychodzenie do świata jest dla młodych najpiękniejszą konsekwencją bycia częścią Kościoła.

***

Stowarzyszenie MISEVI Polska – część międzynarodowego Stowarzyszenia Świeckich Misjonarzy św. Wincentego a Paulo. W ramach Stowarzyszenia studenci – świeccy misjonarze, pracują na placówkach misyjnych prowadzonych przez Zgromadzenie Misji. Wolontariusze wspierają swoją pomocą osoby wykluczone społecznie. Do ich pracy należy między innymi prowadzenie fizjoterapii, prowadzenie zajęć edukacyjnych, praca z osobami w kryzysie bezdomności, praca medyczna.

Świecki misjonarz – słowo-konkret
6 (100%) 1 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze