Fot. arch. PAP/Jacek Bednarczyk

Wacław Hryniewicz OMI: dialog to konieczność [ROZMOWA]

4 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Publikujemy rozmowę, która ukazała się na łamach „Misyjnych Dróg” w 2013 r.

O tym, czego uczy nas dialog z Bogiem i z ludźmi, a także o nadziei z Wacławem Hryniewiczem OMI, specjalistą dialogu ekumenicznego z prawosławiem, rozmawia Marcin Wrzos OMI.

Marcin Wrzos OMI: Czy Ojciec jest człowiekiem dialogu?

Wacław Hryniewicz OMI:
Autentyczny dialog i prawdziwa rozmowa to zjawiska nieczęsto spotykane. Widać to obecnie jak na dłoni w polskiej rzeczywistości. Bez szczerego dialogu trudno o porozumienie, przezwyciężenie agresji oraz narastających konfliktów i napięć. Byłbym zarozumialcem, gdybym sam sobie wystawiał świadectwo, że jestem człowiekiem dialogu. To jest nauka na całe życie. Na takie określenie trzeba zasłużyć sobie trudem wielu lat. Odpowiem tak: usiłuję być człowiekiem dialogu, wciąż się tego uczę, a to nie jest łatwa umiejętność. Dialog uczy! Wiele lat oddanych ekumenii i dialogowi z prawosławiem pomogło mi kształtować postawę dialogu w sobie samym. Trzeba najpierw przezwyciężyć podział we własnym umyśle i sercu, stać się człowiekiem wolnym od uprzedzeń, niechęci i stereotypów w myśleniu o innych chrześcijanach, wyznawcach innych religii i niewierzących. To naprawdę niełatwe zadanie otwierać się na myślenie i duchowość innych, dostrzegać obecność Boga w ich inności. Długie doświadczenie podziału i rozbicia przynagla do szukania prawdziwie ekumenicznej mądrości, bycia człowiekiem dialogu i chrześcijaninem dzisiaj. Kto nie dopuszcza do siebie prawdy wyznawanej przez innych, łatwo staje się ofiarą fanatyzmu i ekskluzywizmu. Bez wzajemnego przenikania się świadomości i otwartości na innych sami skazujemy się na wewnętrzne zubożenie. Kontakt z innymi skłania do większej szczerości wobec siebie. Pozwala uświadomić sobie własne niedostatki, to zaś jest pewną formą ewangelicznej skromności i ubóstwa przed obliczem Boga. Dzięki innym stajemy się bardziej krytyczni wobec siebie i bardziej otwarci na wymagania Ewangelii. Dzięki innym możemy bardziej być sobą.

Porozmawiajmy o podstawowym dialogu chrześcijanina – z Bogiem. Powinien być on wpisany głęboko w jego serce. Jak wygląda Ojca modlitwa? Czy często Ojciec się modli?

To bardzo intymne i osobiste pytanie. Jestem teologiem modlącym się, a nie tylko piszącym o Bogu i Jego świecie. Celebracja Eucharystii przez wiele lat w kościele akademickim KUL uczyła mnie cieszyć się Bogiem, wiarą i nadzieją, cieszyć się wiarą innych i dziękować za nią, polecać innych dobremu i miłującemu Bogu. Codziennie rano i wieczorem dziękuję Mu za cudowny dar istnienia, za to, że w ogóle jestem. Cenię modlitwę spontaniczną, a ta dopada w miejscu najbardziej nawet nieoczekiwanym – nie tylko w kontakcie z pięknem przyrody, ale na przykład w oczekiwaniu na windę w bloku, w zatłoczonym autobusie, przy biurku i komputerze. Moją pracę traktuję także jako modlitwę. Modlę się pracą teologa.

fot. PAP/Mirosław Trembecki

Czy dialog ma granice? Czy każdy duchowny, teolog powinien podejmować dialog z wszystkimi ludźmi – szczególnie niewierzącymi, czy poszukującymi Boga? Może jest granica – moment, w którym już nie warto rozmawiać?

Dialog jest naturalnym sposobem świadczenia o prawdzie Ewangelii. Jezus chętnie prowadził dialog z ludźmi, którzy stawiali Mu pytania oraz z tymi, którym pytania zadawał On sam. A byli wśród nich także ludzie innych religii i kultur. Dialog trzeba podejmować wszędzie tam, gdzie on jest potrzebny, także wśród swoich współwyznawców. W naszych czasach to nie tylko dialog z ludźmi innego wyznania chrześcijańskiego, ale także dialog z wyznawcami innych religii oraz z niewierzącymi. Granicą dialogu jest niezdolność do jego prowadzenia. Zawsze warto rozmawiać o sprawach istotnych. Dialogu boi się ten, kto jest podejrzliwy, nieufny i nie potrafi uczyć się od innych. Trzeba się uczyć się także od wroga, jak mówi mądre łacińskie przysłowie.

Oblat ma powołanie misyjne. To zakonnik z definicji otwarty na ludzi, których spotyka. Czy powołanie oblackie pomaga Ojcu w prowadzeniu dialogu ekumenicznego, w dialogowaniu z innymi chrześcijanami?

Podstawowym zadaniem misyjnego Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów jest głoszenie Ewangelii ubogim. „Ubodzy” dzisiaj to zwłaszcza ludzie, którzy utracili nadzieję i poczucie sensu życia. Kto traci nadzieję, traci również radość, a ta jest naszą siłą w życiu. Program nowej ewangelizacji jest obecnie skierowany do wszystkich, zwłaszcza jednak chyba do tych, którym brakuje radości z wiary, światła nadziei i poczucia sensu istnienia. Swoje poszukiwania teologiczne traktuję jako pomaganie takim ludziom w odnalezieniu nadziei. To jest moje powołanie i moja droga.

Czy według Ojca są obszary, w których Kościół dziś sobie nie radzi w dialogu z otaczającym światem?

Wystarczy wczytać się w soborową konstytucję „Gaudium et spes”, aby zdać sobie sprawę z naszej nieporadności, naszych przeoczeń, zaniedbań i win. Nie muszę wchodzić w szczegóły.

Wróćmy do dialogu człowieka z Bogiem. Niedawno przeżywał Ojciec chorobę nowotworową, sam mówi o sobie jako o kimś na końcu ziemskiej drogi… Czy dialog z Bogiem zmienia się w obliczu ciężkiej choroby i śmierci? Czy nadzieja pozwala rozwiać strach przed nieznanym, przed odejściem?

Owszem, w obliczu śmierci dialog się intensyfikuje, ale jest to często dialog bez słów, dialog przybliżania się w ciszy do największej tajemnicy życia. Różnie z ludźmi bywa, ale w moim przypadku nadzieja kazała mi przyjmować odejście ze spokojem i z pogodą ducha. Tyle o nadziei pisałem i wciąż piszę… Jakże więc miałoby być inaczej? Trzeba odejść, aby podziękować Stwórcy za łaskę istnienia i pracowitego życia. A jeżeli w czymś zawiodłem, to się do tego przyznam i poproszę o przebaczenie. Oto w paru słowach moja postawa wobec tajemnicy życia i śmierci. Światło przychodzi skądinąd.

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<<

Zobacz także
Wasze komentarze