fot. VLADYSLAV MUSIIENKOPAP

Zostały, kiedy inni uciekali [MISYJNE DROGI]

Wojna zabiera ludziom wiele, chociażby poczucie bezpieczeństwa, jednak nie odbiera im wszystkiego. W Żytomierzu siostry zdecydowały, że zostaną: z dorosłymi, z dziećmi i z ich codziennym strachem. Z tej decyzji narodziło się przedszkole. O trudnościach i ewangelizacji w czasie wojny opowiada pracująca w Ukrainie nazaretanka s. Franciszka Tumanewicz.

Robert Grabka OMI: Co dla Siostry oznacza na co dzień, w czasie wojny, ryzyko?

Siostra Franciszka Tumanewicz CSFN: – Dla mnie to przede wszystkim życie obecną chwilą. Na początku było to trudne. Chciałyśmy coś planować, mieć jakąś perspektywę. Z czasem przyszło takie doświadczenie, że nie wszystko zależy od nas i jutro wcale nie jest oczywiste. Myślę, że wielu ludzi w Ukrainie żyje dziś w podobny sposób. Pamiętam wydarzenia ze Lwowa. To było miasto, które wydawało się spokojne, blisko granicy. I nagle spadła rakieta. Zginęli ludzie. Wtedy dotarło do mnie bardzo konkretnie, że nie ma miejsc w pełni bezpiecznych. To zmienia patrzenie na życie. Człowiek zaczyna inaczej patrzeć na czas, na relacje, na to, co robi. Widać też bardzo wyraźnie, ile wokół jest cierpienia. Nie tylko materialnego. Ludzie potrzebują rozmowy, obecności, zwykłego bycia razem. W czasie wojny wiele rzeczy powstaje z potrzeby chwili. Na przykład punkty ciepła, kiedy nie było prądu ani ogrzewania. Trzeba było reagować od razu.

fot. ARCHIWUM FRANCISZKI TUMANEWICZ CSFN

I jeszcze jedno: człowiek uczy się wychodzić poza siebie. Nie da się żyć tylko swoim planem dnia. Trzeba być gotowym na to, że ktoś przyjdzie z problemem, z bólem, z historią, której wcześniej nie znało się w ogóle. Nie byłyśmy przygotowane na pracę z ludźmi z traumą, z tymi, którzy stracili bliskich, z sierotami czy wdowami. To jest bardzo trudne doświadczenie. A jednak ta rzeczywistość wzywa nas do szukania nowych sposobów, aby być blisko ludzi i im towarzyszyć.

Czy pojawiła się myśl, żeby wyjechać z Ukrainy do jakiegoś bezpiecznego miejsca – na przykład w Polsce? Przecież była taka możliwość.

– Tak, była taka możliwość. Nikt nas do tego nie zmuszał, ale była świadomość, że jeśli ktoś chce, może wyjechać. Siostry z Chersonia musiały opuścić miasto od razu, pierwszego dnia. To była bardzo trudna droga, trwała kilka dni. Ale zostały w Ukrainie. Nie wiem, czy któraś z nas poważnie myślała o wyjeździe. Pewnie w najtrudniejszych momentach takie myśli się pojawiały. Dla mnie było jasne, że zostaję. To jest mój kraj i moi ludzie. Bardzo zapadły mi w pamięć słowa jednej z sióstr, Polki, która przecież mogła wrócić do swojej ojczyzny. Powiedziała: „Jeśli jesteś u przyjaciół i zaczyna palić się ich dom, nie uciekasz. Pomagasz gasić ogień”. To było bardzo proste i bardzo mocne.

Dlaczego zdecydowałyście się zostać?

– Bo była potrzeba. I to ogromna. Na początku naprawdę liczyła się każda osoba. Każda para rąk do pracy. Ale jeszcze ważniejsze było coś innego: obecność. Ludzie bardzo potrzebowali zobaczyć, że ktoś zostaje. Że nie zostali sami ze swoim strachem. Bycie razem miało wtedy ogromne znaczenie. Razem schodziłyśmy do schronów podczas alarmów, razem się modliłyśmy, razem pracowałyśmy. Wspólnie rozładowywałyśmy ciężarówki z pomocą, razem pakowałyśmy rzeczy dla potrzebujących. To właśnie ta wspólnota, to bycie razem w trudnym czasie, była jednym z najważniejszych powodów, dla których zostałyśmy.

fot. ARCHIWUM FRANCISZKI TUMANEWICZ CSFN

Jak ludzie odbierają Waszą obecność?

– Myślę, że najprościej można powiedzieć, że jako coś bardzo potrzebnego. Czasem wystarczy tylko to, że ktoś jest. Pamiętam jedno wydarzenie, które dużo nam pokazało. 16 lutego 2022 roku był dzień modlitwy o pokój. Zorganizowałyśmy na Zoomie różaniec dla znajomych i wolontariuszy. Po modlitwie ktoś powiedział: „Pomódlmy się jutro znowu”. I tak zaczęły się codzienne spotkania o 21.00.

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Zamów prenumeratę<<<

Kiedy wybuchła wojna, zaczęło dołączać coraz więcej osób. Nie tylko z Ukrainy, ale też z Polski, Włoch, Francji, Stanów Zjednoczonych. Po kilku dniach było nas ponad sto osób. Ta modlitwa trwała prawie rok. Dla wielu ludzi to była jedyna rzecz, którą mogli zrobić. I to dawało im poczucie, że są razem, że nie są sami. Dziś, po czterech latach pełnoskalowej wojny, można powiedzieć jeszcze coś więcej. W wielu miejscach ludzie po prostu nie wyobrażają sobie już życia bez obecności sióstr.

Jak bardzo wojna zmieniła Waszą codzienność?

– W bardzo wielu aspektach. Na początku spałyśmy na korytarzach, między ścianami nośnymi. Przygotowywałyśmy piwnice. Życie było pod-porządkowane alarmom. Z czasem człowiek się do tego przyzwyczaja, choć to może dziwnie brzmi.

fot. ARCHIWUM VADYMA DOROSHA OMI

Pojawiło się też wiele nowych spraw, których musiałyśmy się nauczyć. Rozmowy z dziećmi o wojnie. Spotkania z ludźmi, którzy stracili bliskich. Kontakty z żołnierzami. Doszła praca z osobami przesiedlonymi. Organizowanie pomocy, dystrybucja darów, współpraca z Caritas. Można powiedzieć, że wojna bardzo przemeblowała naszą codzienność. Ale jednego nie zmieniła: naszego powołania. Ono polega na tym, by być blisko ludzi i odpowiadać na ich potrzeby, zwłaszcza wtedy, gdy życie staje się najtrudniejsze.

Kiedy w maju 2022 roku otwierałyście przedszkole w Żytomierzu, wojna trwała już w pełnej skali. Czy nie pojawiła się myśl, że to przedsięwzięcie jest ponad siły?

– Pomysł otwarcia przedszkola przy-szedł bardzo konkretnie od ludzi. Wolontariusze i pracownicy, którzy każdego dnia do nas przychodzili, mówili: „Dajcie nam coś robić”. Ale jednocześnie pojawił się problem ich dzieci, bo przedszkola były zamknięte. I wtedy to się po prostu połączyło. Było miejsce, było ciepło, był przygotowany schron. A z drugiej strony były dzieci, których rodzice chcieli pomagać albo którzy musieli pracować. Nie myślałyśmy o tym, czy damy radę. Myślałyśmy raczej o tym, że dzieci powinny być blisko swoich rodziców.

Czy pamięta Siostra pierwsze dziecko, które przekroczyło próg tego przedszkola? Jak wyglądało tamto spotkanie?

– Pamiętam nie jedno dziecko, raczej całą grupę. To były dzieci, które już wiedziały, że jest wojna. Reagowały na syreny, nasłuchiwały ich. A jednocześnie chciały robić to, co robią dzieci: bawić się, rysować, być razem. Pamiętam też, jak bardzo ufały siostrze Beacie, która się nimi opiekowała. Czuły się przy niej bezpiecznie do tego stopnia, że spokojnie zasypiały po obiedzie. I myślę, że to był dla nas znak, że to miejsce było im naprawdę potrzebne.

fot. ARCHIWUM FRANCISZKI TUMANEWICZ CSFN

Cztero- i pięciolatki nie rozumieją polityki ani geopolityki. Jak dzieci przeżywają wojnę?

– Nigdy nie zapomnę jednego momentu. Stałam przed drzwiami przedszkola. W środku trwała modlitwa. Słuchałam. Małe dzieci modliły się o pokój. Za naszych żołnierzy. Za swoich ojców. Jedno dziecko modliło się za tatę na froncie. Musiałam się na chwilę zatrzymać, zanim weszłam. Dzieci nie rozumieją polityki, ale doskonale czują, co dzieje się wokół. I mają w sobie dużą ufność.

Czy dzieci zadają pytania o wojnę, o alarmy, o żołnierzy? Jak Siostry na nie odpowiadają?

– Tak, i to bardzo konkretnie. W ich rodzinach ktoś często jest na froncie. Czasem ktoś znika, bo wyjechał za granicę. Nie da się udawać, że nic się nie dzieje. Dlatego mówimy im prawdę, ale prostym językiem. Tłumaczymy, że są ludzie, którzy bronią kraju. Że można się modlić, pomagać, być razem. Najważniejsze jest to, żeby czuły się bezpieczne.

Przedszkole, pomoc w Caritas, mają Siostry wiele różnych zaangażowań. Czy jest jeszcze coś, czym Siostry się zajmują?

– Oprócz prowadzenia przedszkola zajmujemy się także administracją i koordynacją działalności Centrum Wsparcia Rodzin w Żytomierzu. Jest to miejsce, w którym staramy się odpowiadać na bardzo różne potrzeby ludzi. W naszym Centrum rodziny mogą otrzymać pomoc psychologiczną, pedagogiczną, prawną czy wsparcie pracownika socjalnego.

fot. ARCHIWUM FRANCISZKI TUMANEWICZ CSFN

Bardzo ważną częścią naszej działalności jest także wolontariat. Siostry w Kijowie od pierwszych dni wojny angażowały się w pomoc osobom wewnętrznie przesiedlonym. Do dziś pomagają rodzinom, które musiały opuścić swoje domy z powodu wojny.

Są takie historie, które zostają. Czy ma Siostra doświadczenie takiego wydarzenia, które mocno zapadło w pamięć?

Pamiętam jedną z kobiet, która modliła się z nami od samego początku wojny, miała męża na froncie. W kwietniu 2022 roku zginął na wojnie, zostawiając ją z dwoma synami. Ta kobieta i jej synowie byli z nami każdego wieczoru na modlitwie. Kilka dni przed tym, jak dotarła do nas wiadomość o jego śmierci, nie było z nim żadnego kontaktu. Wtedy poprosiłam całą naszą wspólnotę – ponad sto osób z różnych krajów – żeby szczególnie modliła się za Ołeksandra. Wiedziałam, że bardzo wiele osób naprawdę się modliło.

17 kwietnia, tuż przed rozpoczęciem różańca, powiedziałam wszystkim, że potwierdziła się informacja o jego śmierci na froncie. Poprosiłam o modlitwę za niego, za jego żonę i dwóch synów. To był bardzo trudny moment. Ta kobieta sama włączyła się do modlitwy i powiedziała spokojnie, że choć jest jej bardzo smutno, nie jest w rozpaczy. Prosi tylko o modlitwę. Pamiętam tę ciszę po jej słowach. Wielu ludzi później pytało o nią i o jej synów. Wszyscy chcieli im pomóc, wesprzeć ich w jakiś sposób. Dla mnie był to niezwykły moment jedności ludzi z różnych stron świata w jednym wspólnym bólu i w jednej modlitwie.

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze