fot. pixabay.com

Moja babcia nadal nie wie, że nie mam bierzmowania 

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Młodzież wróciła do szkół. Wróciła też na lekcje katechezy. No właśnie, czy aby na pewno? Rozmowa podsłuchana w autobusie nie napawa mnie w tej materii optymizmem. 

Najpierw się usprawiedliwię. Nie, nie podsłuchuję specjalnie rozmów współpasażerów z autobusu. Jednak dwie uczennice siedzące obok mnie dialogowały na tyle głośno, że nie sposób było nie usłyszeć ich rozmowy. Jechały do szkoły, ja do pracy. Jedna z nich chwaliła się drugiej, że ma dziś lekcje do 15:30, ale ona wychodzi już godzinę wcześniej, bo wypisała się z religii. Dodała, że dużo osób wypisuje się teraz z katechezy. Dowiedziałem się także, że „moja babcia do teraz nie wie, że nie mam bierzmowania”. Była też mowa o koledze, który jest umówiony z matką, że musi pójść do kościoła raz w miesiącu – tylko nie ma mówić babci, że tak rzadko uczestniczy we mszy świętej. Słuchając tego zrobiło mi się po prostu smutno. Poczułem się też… trochę odpowiedzialny za tę sytuację! 

Dom i społeczeństwo 

Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie… Mógłbym w tym momencie sparafrazować cytat Jana Zamoyskiego, założyciela Akademii Zamojskiej. Na moją potrzebę brzmiałby tak: Taki będzie Kościół, jakie młodzieży chowanie… Przyczyn rezygnowania przez młodzież z lekcji religii na pewno jest wiele. Myślę jednak, że bardzo często ich źródeł trzeba szukać w domu i w społeczeństwie. Owszem, Kościół zmaga się (i zmagał się przez minione 2000 lat) z wieloma kryzysami, które na pewno mają odbicie w podejściu wierzących do tej wspólnoty. Ale jednak największy wpływ na odchodzenie młodych od katechezy – a często też od wiary – ma dom i wychowanie, które z niego wynosimy. Do tego dochodzi też wpływ społeczeństwa – czyli każdego z nas. 

fot. pexels.com

90 minut laby 

W ludzkiej, a co za tym idzie także w dziecięcej i młodzieżowej, naturze jest lenistwo. Jeśli czegoś nie musimy robić, to tego nie robimy. Po co. A skoro religia nie jest przedmiotem obowiązkowym… to pojawia się pokusa, by z niej zrezygnować. Zawsze to dwie wolne godziny w tygodniu więcej. Całe 90 minut laby. To właśnie od rodziców i ich wpływu zależy ostateczna decyzja – czy dziecko będzie chodziło na religię. Jeśli komuś zależy na religijnym wychowaniu pociechy, jeśli ktoś jest zaangażowany religijnie – to z tak błahego powodu (jak po prostu zyskanie dwóch wolnych godzin) nie wypisze dziecka z katechezy. A nawet jeśli dziecko będzie miało inny, poważniejszy powód – to taki rodzic spróbuje poszukać jakiegoś rozwiązania. I nawet jeśli zgodzi się na rezygnację z katechezy – to poszuka dla swojego dziecka alternatywnej formy rozwoju wiary. Bo wiara, której nie rozwijamy wcale nie stoi w miejscu. Ona się cofa. I odpowiedzialny religijnie rodzic powinien mieć tę świadomość. 

>>> ZOBACZ TEŻ: W tym kraju młodzież jest coraz bardziej niewierząca

Rezygnacja 

Gorzej, gdy pokusa rezygnacji z katechezy pojawi się u dziecka, którego rodzice w najlepszym wypadku są letni religijnie. A w najgorszym sami ostatni raz w kościele byli kilka lat temu – na Pierwszej Komunii swojego dziecka. Taki rodzic nie będzie miał większych problemów z podpisaniem zgody na rezygnację z uczestnictwa dziecka w lekcjach religii. Doda tylko, żeby pociecha nie chwaliła się babci, że nie chodzi na religię. Rezygnacja z katechezy może skutkować kolejnymi rezygnacjami – z niedzielnej Eucharystii, z bierzmowania, wreszcie – z wiary. Coś, co wydaje się z początku zwykłym nie-chodzeniem na religię może zaowocować odejściem od wiary… Smutne to. 

fot. pexels.com

Dawać przykład 

Wychowanie religijne to obowiązek katolickich rodziców, ale też innych katolików, którzy znajdują się w orbicie dziecka. Najwięcej można zrobić dając dziecku po prostu dobry przykład chrześcijańskiego życia. Chodzi jednak nie tylko o udział w niedzielnej Eucharystii, który jest właściwie oczywistością. Chodzi o to, by na co dzień pokazywać dziecku, co to znaczy być chrześcijaninem. A to już zadanie nie tylko bardzo odpowiedzialne, ale też wymagające. Jeśli nasze dzieci będą widziały, że jesteśmy dobrymi ludźmi i staramy się rozwijać nasza wiarę – to będą robiły tak samo. A nawet jeśli w jakimś momencie życia pogubią się – to trzeba wierzyć, że odkryją na nowo kompas podarowany im przez rodziców. Nie chodzi o to, że katolicy mają być idealni. To jest po prostu niemożliwe. Ale mamy żyć tak, by być dla młodego pokolenia jasnym świadectwem. Żeby patrząc na nas mogli stwierdzić: „fajnie być katolikiem”. 

Papież przeprosił młodzież za to, że często Kościół jej nie słuchał

Co z tymi babciami? 

Czasami niepoważnie, po macoszemu, podchodzimy do starszego pokolenia. Czyli do tych babć, przed którymi ukrywamy to, że nie mamy bierzmowania albo że nie chodzimy w niedzielę na mszę świętą. Lub że zrezygnowaliśmy z religii. Takie podejście to błąd. Przede wszystkim, owe babcie swój rozum mają i nawet jak tego nie mówią, to najczęściej domyślają się prawdy. A nie dotykają jej z szacunku do młodych. Robią za to inną, szalenie ważną sprawę – modlą się za tych młodych. Wiedzą, że młodość kieruje się swoimi prawami i czasami w jej trakcie można się zwyczajnie pogubić. Oczywiście, nie chodzi tu tylko literalnie o babcie, ale o wszystkich, którym zależy na wierze młodego pokolenia. Młodzi, którzy nie zostali dobrze wychowani religijnie, zaangażowanie religijne często odbierają jak obciach. Niezależnie czy dotyczy to ich rówieśników czy starszych pokoleń. Dla nich wiara jest niemodna. Nie można się tym przejmować, tylko trzeba działać. Jestem zaangażowanym katolikiem, dlatego też ode mnie zależy przyszłość wiary młodego pokolenia. Nie mam patrzeć na innych. Muszę zrobić co tylko mogę – czyli dawać przykład – żeby nie usłyszeć po raz kolejny, że ktoś cieszy się, bo wcześniej wyjdzie ze szkoły. Walczmy dla nich o te cenne 90 minut. Walczmy o cenną jedną mszę świętą w tygodniu. Walczmy o to, by młodzi nie rezygnowali z sakramentów. Warto.  

 

Moja babcia nadal nie wie, że nie mam bierzmowania 
5.1 (85.71%) 7 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze