Fot. Ivan S/pexels
Natłok myśli na modlitwie to dobry znak? Nauczyciel medytacji o ciszy [ROZMOWA]
Czym medytacja chrześcijańska różni się od buddyjskiej i od modnego dziś mindfulness? Ile czasu trzeba jej poświęcać i co robić gdy w głowie rozpętuje się burza myśli? Jak praktykować tę modlitwę w dobie tylu rozproszeń? Opowiada o tym Dariusz Hybel, nauczyciel medytacji związany od 35 lat z Ośrodkiem Medytacji Chrześcijańskiej, który od 1988 roku działa przy opactwie benedyktynów w Lubiniu. Jako osoba świecka zna z własnego doświadczenia wyzwanie, jakim jest łączenie modlitwy z codziennością.
Zofia Urbanek: Na początek małe rozróżnienie – czym jest ośrodek medytacji w Lubiniu i jak to się stało, że stał się Pan nauczycielem tej szkoły modlitwy.
Dariusz Hybel: – Z Ośrodkiem Medytacji Chrześcijańskiej jestem związany od 1991 roku, a od kilkunastu lat prowadzę – nie tylko w nim – sesje medytacyjne. Zostałem do tego zaproszony przez benedyktynów. Nasz ośrodek, noszący nazwę „Droga Miłującej Obecności”, wyrósł ze współpracy osób świeckich i zakonników. Chociaż wywodzimy się z opactwa w Lubiniu, od kilku lat organizujemy spotkania także w innych miejscach, aby mogło w nich uczestniczyć więcej osób. Lubiń pozostaje jednak miejscem, z którego wyrastają nasze korzenie. Ośrodek współtworzą też grupy medytacyjne w różnych miejscach Polski, np. w Poznaniu, Warszawie czy Wrocławiu.
Jak zaczęła się Pana droga w medytacji chrześcijańskiej?
– Przez trzy lata byłem w zakonie werbistów. W nowicjacie ojciec duchowny zachęcał nas do jak najczęstszej modlitwy, tłumacząc, że z czasem i tak będziemy jej mieć coraz mniej, więc warto zbudować solidną podstawę. Po odejściu z zakonu rzeczywiście zabrakło mi stałego planu dnia, który wcześniej ułatwiał modlitwę. Zacząłem się więc zastanawiać, czy jako osoba świecka jestem w gorszej sytuacji niż osoba konsekrowana, jeśli chodzi o życie duchowe. Szukając odpowiedzi, odkryłem modlitwę nieustanną – taką, która pozwala mi być w Obecności Boga w każdej codziennej sytuacji. Poza tym interesowała mnie po prostu medytacja.

I tak trafił Pan na modlitwę imieniem Jezus?
– Chciałem być blisko Boga w każdej chwili – nawet w sytuacji nagłej śmierci. Dlatego zacząłem powtarzać wezwanie Jezu albo Jezu Chryste: podczas spacerów, w trakcie domowej medytacji z oddechem oraz tuż przed snem. Był koniec lat 80. Nie wiedziałem nawet, że ten rodzaj praktyki nazywa się modlitwą monologiczną (z gr. monos – jeden, logos – słowo), czyli częstego powtarzania krótkiego wezwania. Jej formą jest Modlitwa Jezusowa, o której dowiedziałem się później z nielicznych dostępnych wtedy książek. Kiedy niedługo potem trafiłem na studia do Poznania, usłyszałem o medytacji u benedyktynów w Lubiniu. Gdy w 1991 roku pojechałem tam na pierwsze spotkanie, od razu poczułem, że to moje miejsce.
>>> Życzliwa uważność – spójrz na świat tak, jak patrzy Bóg
Tradycji modlitwy i medytacji jest w Kościele wiele: lectio divina, Modlitwa Jezusowa, ćwiczenia Ingacjańskie. Jak wygląda ta, którą Pan praktykuje?
– Trzeba tu przywołać dość powszechne rozróżnienie na medytację dyskursywną i niedyskursywną. Lectio divina, ćwiczenia ignacjańskie czy metody rozmyślania karmelitańskie albo Karola de Foucauld to medytacja dyskursywna. Chodzi w niej o to, że nasze władze wewnętrzne, czyli rozum, pamięć, wola, wyobraźnia, a nawet zmysły, są w niej zaangażowane: w rozumienie tekstu, w poszukiwanie prawd religijnych czy odpowiedzi na konkretne pytania.
W medytacji niedyskursywnej, w której nurcie jesteśmy, władze wewnętrzne się wyciszają. Władze integrują się wokół powtarzanego słowa modlitewnego. Może to być imię Jezus, ale wezwania bywają różne. W naszej tradycji nikomu nie mówimy, co ma powtarzać. Nie szukamy żadnej odpowiedzi ani treści religijnych. Najprościej mówiąc: to praktyka modlitwy obecności, modlitwy bycia.
Czyli nie chodzi tylko o wyciszenie, ale o spotkanie?
– Tak. Medytacja, którą praktykujemy, to nie rozmyślanie ani mówienie do Boga, ale po prostu trwanie w Jego obecności. Powtarzanie jednego słowa czy krótkiej formuły uspokaja myśli i daje głębokie wyciszenie. Z czasem zaczynamy po prostu być przy Bogu w najróżniejszych sytuacjach już bez powtarzania słowa. Klasycznie to doświadczenie nazywa się kontemplacją. Powtarzane słowo z czasem „wyczerpuje się”, spełniło swoją rolę, choć zawsze do niego można wrócić.
Skąd pochodzi ta tradycja?
– Tradycja powtarzania krótkich wezwań, niekoniecznie z imieniem Jezus, czasem wziętych z psalmów, jest zakorzeniona w ruchu Ojców Pustyni. Mnisi uczyli się na pamięć Nowego Testamentu czy psalmów, ale nie po to, by wnikać w ich znaczenie egzegetyczne. Powtarzali je, by zająć władze wewnętrzne podczas prostych prac. Niektórzy z czasem odkryli, że doświadczenie wewnętrznej pamięci o Bogu, to, co nazywali chodzeniem w świętym skupieniu, można pielęgnować, powtarzając jedno krótkie wezwanie.

Mamy na ten temat różne przykłady. Św. Jan Kasjan relacjonuje, jak abba Izaak zalecał powtarzanie słów: „Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu, Panie, pośpiesz ku ratunkowi memu”. Kasjan nazywał takie wezwania formułą. W Gerontikonie (zbiorze apoftegmatów Ojców Pustyni) jest historia abby Lucjusza, który przy wyplataniu liny powtarzał tylko początek psalmu pokutnego: „Zmiłuj się nade mną, Boże, w łaskawości swojej, w ogromie swego miłosierdzia wymaż moją nieprawość”. Wybierano jedno zdanie i powtarzano je.
Potem, w tradycji hezychastycznej Góry Synaj, pojawiają się zalecenia łączenia słowa z oddechem. Św. Jan Klimak pisze: „Niech pamięć o Jezusie złączy się z twoim oddechem, a wtedy poznasz owoce wyciszenia”. Hezychiusz z Synaju zaleca, by łączyć z imieniem Jezusa oddech i czujność. Wreszcie na Górze Athos św. Grzegorz Synaita czy św. Grzegorz Palamas dodają do słowa i oddechu stabilną pozycją ciała, bo pomaga ona w modlitwie. Chodzi więc o trzy podstawy tej modlitwy: stabilna pozycja ciała, słowo czy formuła modlitewna zjednoczona z oddechem i… wierne jej powtarzanie.
Uważność kojarzy się dziś przede wszystkim z mindfulness, który wyrasta z buddyzmu. Czym w takim razie medytacja chrześcijańska różni się od medytacji w innych religiach?
– Słowo czujność (gr. nepsis) czy uważność (gr. prosoche) było niezwykle istotne w tradycji Ojców. Ewagriusz z Pontu mówi, że nic tak nie prowadzi do modlitwy jak uważność. Podkreślanie roli uważności jest też obecne w buddyzmie: mindfulness wziął się od słowa sati, które w języku pali oznacza właśnie uważność. Nie można jednak powiedzieć, że różnimy się samym podejściem do uważności. Podstawowa różnica leży w kierunku praktyki. Tradycja buddyjska nie zakłada istnienia Boga Osobowego. Medytacja w tym nurcie nie jest więc modlitewną relacją z Nim. Medytacja chrześcijańska z kolei jest formą pielęgnowania modlitewnej, osobowej więzi z Bogiem.
>>> Franciszkanin: moda na medytację mindfulness przypomniała katolikom o kontemplacji
Ile czasu powinna trwać taka modlitwa?
– Mam na to własne zalecenie: niech towarzyszy ci reguła tęsknoty. Jeśli masz pragnienie takiej modlitwy, zobacz, ile dla ciebie będzie dobre. Ludzie najczęściej przyjeżdżają na odosobnienie, bo czegoś szukają, coś nie daje im spokoju, odkrywają w sobie tęsknotę za Bogiem. Bywają zmęczeni formami modlitwy, które przestały ich karmić: prośbą, dziękczynieniem, a czasem, jak osoby z tradycji charyzmatycznej, emocjonalnością i ekspresją. Potrzebują głębokiego wyciszenia. To naturalna dynamika życia duchowego. Sesja medytacyjna to esencja, rodzaj pustynnego odosobnienia. Chodzi o to, by wrócić do swojej codzienności z większą świadomością bycia z Bogiem i przesycać nią życie. W domu potrzebna jest regularność, czy to będzie 10, 15, 20, czy 25 minut. Można do tego podejść jak do organicznego wzrostu: zacząć na przykład od 10 minut i zobaczyć, jak to działa. Dość szczegółowo opisuję naszą tradycję medytacyjną i różne zalecenia w książce „Modlitwie życia”.
Ten, kto zaczyna się modlić praktycznie od razu zderzy się z rozproszeniami i natłokiem myśli. Co z nimi robić?
– Bardzo prostą rzecz: nie podążać za nimi. Gdy zaczynamy powtarzać słowo zjednoczone z oddechem, błyskawicznie przychodzą różne myśli. To normalne. Powiem więcej: wielu ludzi przyjeżdża na sesję, bo chce się wyciszyć, i są zdziwieni, że w głowie mają mnóstwo myśli. I chwała Bogu, że tak się dzieje! Mogą to wreszcie zauważyć i coś z tym zrobić. Na co dzień nie mają przestrzeni, żeby usiąść sami ze sobą i zobaczyć, co się w nich dzieje. Ciągle doświadczają różnych bodźców: telefon, praca, coś do obejrzenia, coś do napisania, gdzieś trzeba pójść, coś załatwić.
A na sesji medytacyjnej podczas naszych spotkań mamy pewne wymagania – rundy: 25 minut ciszy, potem krótka medytacja w chodzeniu i znowu 25 minut ciszy. Nie ma ucieczki, jesteś sam ze sobą. Św. Grzegorz Wielki pisał o św. Benedykcie, że zamieszkał sam ze sobą w obliczu Najwyższego Świadka, czyli Boga. Tak można opisać naszą praktykę. Uczymy się tego doświadczenia.
Co więc konkretnie zrobić, gdy myśli jednak przychodzą?
– Być wiernym w powtarzaniu formuły modlitewnej zjednoczonej z oddechem. Myśli są jak filmy, które się wyświetlają: łatwo zostać ich reżyserem albo aktorem. Chodzi o to, by w nie nie wchodzić. Gdy tylko się zorientujemy, że jesteśmy w myślach czy jakichś historiach, natychmiast wracamy do słowa i oddechu.
Wtedy myśli i wyobrażeń będzie coraz mniej. Pojawi się pewien dystans wobec nich, psychologia nazywa to defuzją. Przyjdzie coraz więcej wyciszenia, uważności i świadomości samego siebie, tego, co się w nas dzieje. Mogę zagwarantować, że nadejdzie moment, gdy myśli będzie bardzo mało, a te, które się pojawią, nie będą problemem: zdmuchnie się je w jednej chwili. Oczywiście w sytuacjach nadzwyczajnych, takich jak rozwód, strata czy choroba mamy, myśli podszyte silnymi emocjami są trudniejsze. Ale w zwyczajnym stanie będzie ich coraz mniej. Potrzebna jest tylko wierność i systematyczność.
>>> Papież: medytacja czyni nas obecnymi na kartach Ewangelii
Jak często praktykować? I lepiej samemu czy w grupie?
– Najlepiej medytować codziennie, tak jak codziennie myjemy zęby. Regularność w domu jest kluczowa, choć tam łatwiej się rozproszyć. Dlatego warto raz na jakiś czas – na przykład raz w miesiącu – wyjechać na odosobnienie a w tygodniu brać udział w spotkaniu grupy. Obecność innych daje wsparcie, dyscyplinuje i pomaga utrzymać skupienie, kiedy w domu brakuje nam silnej woli.
To chyba także odpowiedź na zniechęcenie, które prędzej czy później przychodzi.
– To trochę jak z ogniem. Każdy z nas jest jak mały płomyk. Kiedy nasz wewnętrzny ogień spotyka się z innymi ludźmi, którzy też płoną tą praktyką, rozpala się w nas jeszcze bardziej.
A co z tymi, którzy nie mają czasu, choćby z rodzicami małych dzieci?
– Tę praktykę można pielęgnować na dwa sposoby. W książce nazywam je modlitwą w zatrzymaniu i modlitwą w aktywności. Pierwszy to klasyczna medytacja, kiedy siadamy w ciszy. Ale modlitwę monologiczną można praktykować także w działaniu: na przykład sprzątając czy pielęgnując dziecko, powtarzać sobie wewnętrznie słowa modlitwy.
Co mogłoby pomóc osobom, które chcą zacząć? Książki, nagrania, może aplikacje?
– W ośrodku wydaliśmy dwie książki o medytacji: “Słuchaj, medytacja jest… Z o. Janem Berezą rozmowa post mortem” i „Medytację. Drogę miłującej obecności”. Jest też książka o. Maksymiliana Nawary „Oddychać imieniem”. Są to jednak starsze pozycje – trudne do dostania. Z nowych rzeczy dostępna jest moja książka „Modlitwa życia”, która ukazała się w ubiegłym roku. Polecam również książki Thomasa Keatinga, na przykład „Otwarty umysł, otwarte serce”, czy „Rekolekcje kontemplatywne” Franza Jalicsa. Są wreszcie nasze konferencje na kanale ośrodka w serwisie YouTube. To wszystko ma wymiar formacyjny.
Gdyby miał Pan zostawić czytelnikom słowo zachęty? Zwłaszcza tym, którzy się wahają, bo medytacja kojarzy im się ze Wschodem i buddyzmem.
– Powiedziałbym tak: jeśli jesteś zmęczony codzienną bieganiną, jeśli męczy cię własny religijny rytualizm, jeśli czujesz, że dotychczasowe formy modlitwy już cię nie karmią, i potrzebujesz wewnętrznego odpocznienia, a tęsknota za Bogiem domaga się w twoim sercu zaspokojenia – usiądź. Wejdź w inny rodzaj praktyki modlitewnej. Wejdź do własnego serca-umysłu, do wewnętrznej świątyni, i spróbuj tam być z Bogiem. Ucz się tego intymnego, subtelnego, delikatnego, miłosnego bycia z Nim. Zobaczysz, że zaczniesz przenosić to doświadczenie w najróżniejsze obszary swojego życia, a nawet najdrobniejsze czynności nabiorą duchowego smaku. Wtedy urzeczywistnisz to, co nazywam modlitwą życia.
>>> 3 modlitwy o wyproszenie łask za wstawiennictwem Jana Pawła II [PATRON DNIA]
Na koniec zaproszenie. Poznańska Grupa Medytacji Chrześcijańskiej organizuje w listopadzie Zaduszki Medytacyjne. Na czym będą polegać?
– Nazywam je wydarzeniem duchowo-artystycznym. Robimy je raz w roku, w tym roku po raz drugi. W kilku blokach łączymy medytację, czyli około 20 minut siedzenia w ciszy, z zaduszkowym białym śpiewem: mocnym, transowym, w wykonaniu kobiet. Teksty są wyświetlane, więc uczestnicy mogą się włączyć w śpiew. To zderzenie mocnego śpiewu z ciszą jest bardzo przejmujące. W ubiegłym roku spotkaliśmy się w farze, gdzie zwykle się gromadzimy, a teraz pierwszy raz będziemy u karmelitów. Tym razem zamiast medytacji w chodzeniu będzie praktyka pokłonów, czyli metanii. Jestem przekonany, że spotkanie ma ogromny potencjał: żeby w inny sposób wspomnieć zmarłych, obmodlić ich i obudzić refleksję.
Zaduszki Medytacyjne odbędą się w piątek 6 listopada o godz. 19 w Piwnicy Duchowej u karmelitów w Poznaniu.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
O Jezu, cichy i pokorny. Ta piękna pieśń jest medytacją o Jego Sercu
Papież: medytacja czyni nas obecnymi na kartach Ewangelii
Medytacja a kontemplacja





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny