Covington

Fot. youtube

Nauczka dla wszystkich. Historia nagonki na uczniów z Covington 

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Nie zrobił nic złego, a opluły go media, jego adres krążył w sieci. On i jego rodzina dostawali pogróżki. Odwrócił się od niego nawet jego własny biskup.

Po śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza fraza „mowa nienawiści” odmieniana była przez wszystkie przypadki. Nie tylko w Polsce, ale i za granicą. W Stanach Zjednoczonych rozegrał się prawdziwy dramat, który w polskich mediach, z racji na śmierć i żałobę po prezydencie Adamowiczu, nie odbił się szerokim echem. A może powinien, bo stanowić może i dla nas cenną lekcję.

Zdarzenie

W piątek 18 stycznia amerykańskie media obiegł krótki filmik pokazujący incydent, do którego doszło, gdy grupa nastolatków z męskiej szkoły katolickiej w Covington wracała z Marszu dla Życia. Na pierwszym planie widzimy uśmiechającego się nastoletniego chłopaka w charakterystycznej czerwonej czapce z wyborczym hasłem Donalda Trumpa „Make America Great Again”. Naprzeciwko niego, w odległości może kilkunastu centymetrów, stoi starszy indiański aktywista, Nathan Phillips, który stuka w bęben tuż nad uchem młodzieńca. Postaci otoczone są przez kolegów nastolatka ze szkoły, którzy śpiewają i śmieją się. Na pierwszy rzut oka materiał nie wzbudza właściwe żadnych emocji. Scenariuszy tego wydarzenia mogło być wiele.

Filmik jednak szybko stał się viralem, a przekaz mediów był jasny. Grupa białych zwolenników Trumpa otoczyła starszego Indianina, wyśmiewając go i prześladując, a Nick Sandmann, bo tak nazywał się pierwszoplanowy bohater, zagradzający Philipsowi drogę ucieczki i śmiejący mu się w twarz, stał się nową twarzą amerykańskiego rasizmu. Oliwy do ognia dolewała relacja rdzennego Amerykanina, która opublikowana została następnego dnia. Według niego próbował on załagodzić sytuację między uczniami a grupą czarnych aktywistów z grupy Black Hebrew Israelites i dlatego podszedł do grupy uczniów. Ci jednak otoczyli go, zaczęli skandować hasła wzywające do budowy muru (hasło wyborcze Trumpa), kpić i wyzywać. Mężczyzna mówił w wywiadzie dla CNN, że bał się o swoje życie, że podobne negatywne emocje znał z Wietnamu i wiedział, że znajduje się w niebezpieczeństwie.

Kłamstwo

Media dolewały oliwy do ognia. Wywiad 64-letniego weterana wojny w Wietnamie również zrobił swoje. Oświadczenie młodego chłopaka, w którym odpierał wszystkie zarzuty, nikogo właściwie nie interesowało. Bardzo szybko odcięli się od niego organizatorzy Marszu dla Życia, szkoła, a nawet… jego własny biskup. Słowa potępienia zamieniły się w groźby, nawet wśród osób publicznych. Publicysta jednego z nowojorskich magazynów Erik Abriss napisał na Twitterze, że chciałby, żeby chłopiec i jego rodzice umarli. Inna publicystka oferowała seks za uderzenie „dzieciaka w czapce”. Anonimowi użytkownicy Internetu grozili chłopakowi śmiercią chyba na wszelkie możliwe sposoby, po sieci zaczął również krążyć jego adres domowy, miejsca pracy jego rodziców i rodziny. Przez wiele godzin w mediach w imię tolerancji, miłości i równości zniszczono chłopaka, który miał „uśmiechać się z wyższością”. Już samo to byłoby niegodziwością. To jednak nie koniec.

Prawda

Dwa dni po incydencie, 20 stycznia udostępniono pełne, ponad półtoragodzinne nagranie, które, mówiąc delikatnie, rzuciło nowe światło na całą sprawę. Przyznam, że byłem mocno zaskoczony stopniem, w jakim media mijały się z prawdą. Prawda rzadko leży po środku, zazwyczaj jest bliżej jednej lub drugiej strony. Prawie nigdy jednak nie jest tak, że jedna ze stron całkowicie, zupełnie, absolutnie mija się z prawdą. A tak było w tym wypadku.

Okazało się, że czekająca na autobus grupa uczniów przez kilkadziesiąt minut była wyzywana i obrażana przez czarnoskórych aktywistów. Chłopcy nie reagowali, zamiast odpowiadać śpiewali sportowe przyśpiewki i dobrze bawili się w swoim gronie. W międzyczasie pojawił się indiański aktywista z bębnem, który zamiast obejść grupę, po prostu wszedł w jej środek i zaczął przepychać się przez ustępujący mu miejsca tłum. W pewnym momencie podszedł do jednego z chłopaków, Nicka Sandmanna, stanął tuż przed nim i zaczął walić w bęben tuż przy jego twarzy. Chłopak wyraźnie nie wie, jak się zachować, na jego twarzy widać zakłopotanie, po chwili zaczyna się więc uśmiechać. Rozgląda się też po kolegach, jakby pytając, co robić. Nie wiem, ile potrzeba złej woli, żeby widząc tę sytuację, odebrać jego zachowanie jako konfrontacyjne. A jednak to właśnie moment, gdy szerzej się uśmiecha, wykorzystują wszystkie media, by przyprawić chłopakowi „gębę rasisty”. Chwilę później widać jeszcze, jak towarzysz indiańskiego aktywisty stojący tuż obok wyzywa uczniów, nakazując im w wulgarnych słowach „wracać do Europy”. Jak na ironię to właśnie Nick Sandmann pokazuje kolegom, by nie wdawali się w sprzeczkę z agresywnym aktywistą. Na żadnym nagraniu nie słychać agresywnych haseł, młodzież jest nadspodziewanie pokojowa. Mam poważne wątpliwości, czy sam będąc w ich sytuacji, nie zareagowałbym ostrzej.

Prawda jest nieistotna

Reakcji na nowe nagranie chyba można się było spodziewać. Tweety z groźbami zaczęły po cichutku znikać, a mocne medialne oskarżenia mięknąć. Organizatorzy Marszu dla Życia i diecezja Covington wydały suche komunikaty, w których niuansują sprawę, zapowiadając przeprowadzenie niezależnego dochodzenia. Znikąd nie padło jednak proste „przepraszam”. Zaszczuci, zniszczeni medialnie chłopcy zostali zdradzeni przez osoby, które są odpowiedzialne za ich wzrost. O dziennikarskiej rzetelności chyba nie ma nawet co wspominać. W wywiadzie telewizyjnym z 23 stycznia Nick Sandmann powiedział, że szanuje Nathana Phillipsa, chciałby z nim porozmawiać i żałuje całej sytuacji. Zaznaczył, że w katolickiej szkole nie toleruje się rasizmu, przekonywał też, że miał prawo stać w tamtym miejscu i nie robił tego, żeby upokorzyć Indianina.

Ta historia to nauczka dla nas wszystkich. Nie oceniajmy po pozorach, przed wydawaniem wyroków słuchajmy drugiej strony i nigdy, przenigdy nie nawołujmy do krzywdzenia drugiego człowieka. Nawet jeśli druga strona wydaje się nie do końca szanować nas i nasze wartości.

Szczególna nauczka płynie jednak do dziennikarzy. Jesteśmy odpowiedzialni za to, co powielamy i o czym piszemy. Czasem kilka słów może doprowadzić do tragedii. Miejmy to na uwadze.

 

Zobacz także
Wasze komentarze