Oficjalny Zwiastun (Universal Pictures) – YouTube
„Nie każdy powrót jest łatwy”. Nolan stworzył filmowe arcydzieło [RECENZJA]
„Odyseję” Homera zna pewnie każdy z nas. Teraz na kinowych ekranach można oglądać jej filmową adaptację. Obraz, wyreżyserowany przez Christophera Nolana, podkreśla ponadczasowość tej antycznej historii. I niesie ze sobą bardzo konkretne przesłanie dla współczesnego człowieka: wojna i przemoc nigdy nie są dobrym rozwiązaniem.
„Odyseja” Christophera Nolana od kilku dni bije rekordy oglądalności w kinach na całym świecie. Wcale mnie to nie dziwi – miałem okazję zobaczyć już ten film i uważam, że reżyser stworzył prawdziwe arcydzieło sztuki filmowej. Znacznie lepsze od filmów, za które był nagradzany – na czele z „Opeenheimerem”, który zdobył przecież Oskara dla najlepszego filmu roku (a sam Nolan zdobył Oskara za reżyserię tegoż filmu). „Odyseja” jest długim obrazem – trwa prawie trzy godziny. Ale nie pamiętam, kiedy ostatnio trzy godziny minęły mi tak szybko. W tym filmie nie ma ani jednej zbędnej, nużącej czy przydługawej sceny. Od początku do końca obraz Nolana trzyma nas w napięciu i totalnie wciąga. A na koniec jeszcze zostawia w nas poczucie niepokoju.

Epos na ekranie
„Odyseja” to oczywiście filmowa adaptacja eposu o tym samym tytule, którego autorem, jak się zakłada, jest Homer. Jest to jeden z tych utworów, które ukształtowały całą kulturę grecko-rzymską, a w konsekwencji też kulturę europejską. Trudno więc nie znać „Odysei” – poznajemy ten tekst przecież już podczas nauki szkolnej. Dlatego sama fabuła filmu Nolana nie jest zaskakująca. Reżyser opowiada nam o trwającym kilka lat powrocie Odyseusza do Itaki po zakończeniu wojny trojańskiej. Zaskoczeń jest tu jednak wiele – i to dzięki nim właśnie ten film jest tak wybitny. Przede wszystkim akacja w dziele Nolana nie jest przedstawiona linearnie. Reżyser przyzwyczaił widzów do zabawy formą – świetnie to było widać choćby w „Dunkierce”, ale też w „Openheimerze” (choć nie jestem entuzjastą tego filmu). Nolan po raz kolejny gra czasem i przestrzenią, dając nam kolejne elementy historii, jak fragmenty układanki, które prowadzą do kulminacyjnego momentu.
Śledzimy więc z jednej strony akcje „współczesną” – czyli to, co dzieje się w samej Itace 20 lat po wybuchu wojny trojańskiej. Królująca Penelopa mierzy się z zalotnikami, którzy bardzo chcieliby zająć miejsce zaginionego króla Odysa. I mierzy się też z tęsknotą za mężem. Z ta samą tęsknotą zmaga się Telemach, syn Penelopy i Odysa, który postanawia wyruszyć w misję, by dowiedzieć się, co spotkało jego ojca. Równolegle śledzimy też losy samego Odyseusza. Bohater jest na wyspie razem z Kalipso i opowiada jej, co działo się zanim trafił pod jej opiekę. Cofa się do wojny trojańskiej i do kolejnych punktów swojej podróży, w trakcie których tracił kolejnych kompanów i stawał się coraz bardziej samotny. Opowiada o podróży, podczas której musiał doświadczyć przygód, których na pewno nie chciałby dobrowolnie przeżywać. Epos Homera jest złożony z pieśni o drodze Odyseusza – a film Nolana zdaje się być takim odzwierciedleniem ekranowym tej epopei. Kluczowe wydaje mi się w kontekście tego filmu słowo „opowieść”. Reżyser złożył swój obraz z kilku opowieści – bohaterowie snują historie, opowiadają je innym bohaterom – cofając się w ten sposób w czasie. Opowieści – jak pieśni, z których składały się antyczne eposy. Wszystko po to, by ostatecznie doprowadzić bohaterów – jak w antycznej tragedii – do punktu kulminacyjnego (w trakcie którego zresztą znów pojawia się opowieść, dzięki której poznajemy bardziej wnętrze Odyseusza). Film Nolana na różny sposób nawiązuje do kultury antycznej, oddając w ten sposób hołd temu, co zbudowało – wraz z chrześcijaństwem – kulturę Europy. Reżyserowi udało się stworzyć ekranowy epos.

Wtedy i dziś
Jest „Odyseja” Christophera Nolana świetnie zrobionym filmem przygodowym. Ale jest też czymś znacznie więcej. Filmowo – to mieszanka wielu, wzajemnie przenikających się gatunków. Bo przecież mamy tu i wspomniany film przygodowy, i dramat rodzinny, i film wojenny, i psychologiczny, i fantasy, a nawet horror czy film sensacyjny w antycznym anturażu. Ale nade wszystko mamy filmową epopeję, jako osobny gatunek, z wyraźnym, filozoficznym przesłaniem. Lubimy wracać do mitow i do historii z tamtych czasów. Dlaczego? Pewnie dlatego, że są tak bardzo uniwersalne. Bo przecież, jeśli w nawias weźmiemy antyczne okoliczności, tamtejsze bóstwa i fantastyczne postaci, antyczne historie po prostu opowiadają o postawach ludzkich. O wzlotach i upadkach. O uczuciach. Postawy, emocje, uczucia ludzi współczesnych nie różnią się od tych, które były codziennością naszych przodków dwa, trzy, cztery tysiące lat temu. Nasz świat zbudowany jest na kulturze antycznej – a dzisiejszy człowiek jest w swojej życiowej postawie naprawdę bliski temu antycznemu. I tę uniwersalność „Odysei” doskonale udało się pokazać Christopherowi Nolanowi. Niby oglądamy film o czasach dawnych, ale widzimy w nim siebie. Dlatego też ta opowieść jest nade wszystko filozoficzną przypowieścią o naszym dzisiaj. Reżyser, odwołując się do antycznych bohaterów, pokazuje sprawy, które są ważne dla nas. Przede wszystkim – najmocniejszym przesłaniem obrazu jest to, że przemoc i wojna nigdy nie są dobrym rozwiązaniem. Nigdy. Po wyjściu z kina można poczuć się niekomfortowo – gdy dojdzie do nas, jak do mnie, że wieki i tysiąclecia mijają, a człowiek i tak popełnia wciąż te same błędy. Wciąż bezsensownie przelewana jest krew – bo ktoś wybrał przemoc i wojnę, a nie pokój. Mocna jest scena, w której Odyseusz „spowiada się” Penelopie z tego, co przeżył. To przecież bohater z zespołem stresu pourazowego. Z ogromnymi wyrzutami sumienia – bo z czasem zrozumiał, że przemoc, którą i on wybrał w wojnie trojańskiej, była złem. Bardzo emocjonalnie przemawia Nolan do współczesnego człowieka. Porusza w nas najczulsze struny – bo to film o naszym świecie. Widz podczas seansu doświadcza zresztą wachlarza przeróżnych emocji. Jest wzruszenie (chusteczki się przydadzą, zwłaszcza podczas momentu rozpoznania Odyseusza przez Telemacha), ale i radość, i smutek, i gniew (zwłaszcza w scenach z jednym z zalotników), i strach, a nawet obrzydzenie. A nade wszystko – nostalgia, budowana za pomocą pięknych, filmowych kadrów.

Świetnie zagrany film
O obsadzie „Odysei” głośno było od wielu miesięcy. Znamienne, że dyskutanci w internecie byli bardzo zaangażowani – choć wypowiadali się o filmie, którego jeszcze nie widzieli. Po zobaczeniu „Odysei” stwierdzam, że aktorzy zostali doskonale wybrani do swoich ról. Przede wszystkim film opiera się na trzech postaciach – Odyseuszu, Penelopie i Telemachu – i to aktorzy wcielający się w tych bohaterów mieli do wykonania największą robotę. Zwłaszcza zaś Matt Damon, czyli filmowy Odyseusz. Siłą rzeczy ma najwięcej czasu ekranowego. Odyseusz Damona jest bardzo realistyczny. Widać, z jak wieloma traumami, narastającymi przez lata, zmaga się ten bohater. Widzimy go w „akcji” – podczas scen bitewnych, podczas kolejnych przygód na morzu. I widzimy go w scenach kameralnych, wręcz intymnych, w których opowiada swoją historię – najpierw Kalipso, potem Penelopie. Dzięki tym dwóm płaszczyznom – często oglądanym zaraz po sobie – widzimy ogromną przemianę, która zachodzi w bohaterze. Twarz Odyseusza – Damona – doświadczonego aż kipi od bólu, smutku, od wyrzutów sumienia. To tymi emocjami najmocniej gra Matt Damon. Jest to na pewno jedna z lepszych ról tego aktora i nie zdziwię się, jak zamieni się przynajmniej w nominację do Oscara, a może i w statuetkę. Anne Hathaway, czyli Penelopy, jest na ekranie mniej niż Damona, ale gdy pojawia się – to nic innego nie ma znaczenia. Aktorka do perfekcji opanowała grę mimiką, za pomocą której prezentuje wiele emocji – przede wszystkim zaś tęsknotę za mężem. Mówi się o niej jako o kandydatce do Oscara (ciekawe, czy jej rola będzie kwalifikowana jako pierwszo- czy drugoplanowa) – zdecydowanie zasługuje za ten występ na nagrodę. Trzecim filarem aktorskim „Odysei” jest Tom Holland, czyli Telemach. Nie zagrał tak wybitnie jak poprzednia dwójka, ale jego stęskniony za ojcem syn jest bardzo przekonujący i chwyta za serce.
„Odyseja” to też szereg innych postaci i licznych występów gwiazd. Mamy m.in. Zendayę jako Atenę (co ciekawe, Zendaya to prywatnie żona Toma Hollanda), mamy Charlize Theron jako subtelną i prowokującą Kalipso, mamy Lupitę Nyong’o jako Helenę i Klitajmestrę (to właśnie wokół tego wyboru castingowego było najgłośniej przed premierą – internetowi dyskutanci zarzucali reżyserowi wybór aktorki czarnoskórej do tej roli) czy też Elliota Page’a jako Sinona (jednego z żołnierzy). Chcę wyróżnić nieznaną mi dotąd Samanthę Morton jako Kirke. Jej bohaterka była mroczna i przerażająca, przypominała mi Kathy Bates w „Misery”. Największym zaskoczeniem był dla mnie za to Robert Pattinson, który pokazał mi się z nieznanej mi dotąd strony. Jego Antinous, jeden z zalotników Penelopy, jest właściwie głównym antagonistą. Aktorowi udało się stworzyć postać do bólu antypatyczną, przesiąkniętą złem, chciwością, rządzą posiadania. Pattinson mocno gra tutaj wzrokiem, ale też całym sobą. Taki czarnych bohaterów pamięta się na długo. Warto też podkreślić, że wszystkim aktorom udało się oddać patos historii Homera – a jednocześnie udało im się uniknąć sztuczności. Stworzeni przez nich bohaterowie, choć osadzeni są w wielkiej opowieści, są też niesamowicie naturalni.

Arcydzieło sztuki filmowej
„Odyseja” to też oczywiście piękne kostiumy i scenografia. I efekty specjalne, które wyglądają bardzo realistycznie. Nolan stara się jak najwięcej efektów robić na planie, a jak najmniej komputerowo. I widać, że w tę warstwę wizualną zainwestowano wiele czasu i pracy – bo film ogląda się bardzo naturalnie. To również zasługa świetnych zdjęć, których autorem jest Hoyte Van Hoytema. Jest wiele pięknych kadrów przyrody, ale kamera bardzo często skupia się też na twarzach bohaterów i wypisanych na nich emocjach. Takie zbliżenia z tego monumentalnego dzieła czynią zarazem film bardzo kameralny, intymny. To sztuka połączyć te dwie cechy w jednym obrazie. Wiele ujęć podkreśla też wspomniany patos, bez którego opowieść o Odyseuszu straciłaby swoją tożsamość. Jednocześnie, twórcy patosem nie epatują, traktując go raczej jako element świata przedstawionego. Na koniec jeszcze słowo o muzyce, której autorem jest Ludwig Göransson. Szwedzki kompozytor, trzykrotny zdobywca Oscara (ostatnią nagrodę zdobył w tym roku za muzykę do „Grzeszników”) stworzył muzykę, która z jednej strony pozwala nam swoim klimatem przenieść się do antycznej Grecji, a z drugiej bardzo współgra z akcją. I podbija tę akcję – w najważniejszych momentach filmu muzycznie robi się głośniej, mocniej, intensywniej. Te bębny podczas kluczowych scen naprawdę budują epickość „Odysei” Nolana. W kinach dostaliśmy latem wielkie arcydzieło – warto poświęcić trzy godziny na to, by zobaczyć to dzieło. Bo wierzę, że „Odyseja” na trwałe zapisze się w historii kina. Jako film wybitny, piękny, mądry i zostawiający widza z lekkim niepokojem w sercu. Bo przecież i dziś nie brakuje koni trojańskich… A powroty – skądkolwiek – bywają niełatwe.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Zabawki wciąż mają przyszłość [RECENZJA]
Opowieść o przyjacielu [RECENZJA]
Seniorzy w akcji, czyli jak pokonać potwora [RECENZJA]





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny