fot. arch. o. Adriana Kotlarskiego OMI

O. Adrian Kotlarski OMI: to mikroskopijna wspólnota, ale dzięki niej Kościół ma konkretne oblicze [ROZMOWA]

O wyjeździe do Turkmenistanu myślał od dawna, ale decyzja dojrzewała stopniowo. Do nowej misji przygotowały go wcześniejsze doświadczenia, m.in. studia w Rzymie i posługa na Ukrainie. Dziś o. Adrian Kotlarski OMI poznaje Aszchabad i towarzyszy miejscowym katolikom w ich wierze.

Karolina Binek (oblaci.pl): Turkmenistan to był Ojca wymarzony kierunek na misję?

Adrian Kotlarski OMI: – Marzenie to chyba za duże słowo w moim przypadku. To raczej zwyczajna chęć spróbowania misjonarskiej pracy i jednocześnie odpowiedź na bieżącą personalną potrzebę naszego zgromadzenia i Kościoła. Z całą pewnością od bardzo dawna, chyba już od samego początku drogi mojego powołania, przed 20 laty w Markowicach, wiedziałem, że oblaci prowadzą misję w odległym i egzotycznym Turkmenistanie. Decyzja o wyjeździe do tego kraju dojrzewała jednak we mnie stopniowo. Można powiedzieć, że Pan Bóg przez różne miejsca i spotykanych ludzi przygotowywał mnie do tej przygody. Teraz widzę, że te wszystkie pojedyncze punkty składają się w jakąś jedną całość. Nieraz nie da się ich połączyć patrząc w przyszłość, ale za to składają się w całkiem sensowną drogę, jeśli spojrzeć na nie wstecz. Z całą pewnością nie odważyłbym się na tak odległą posługę albo byłoby to o wiele trudniejsze, gdybym wcześniej, jeszcze jako kleryk, nie miał doświadczenia studiów w Rzymie czy później dwuletniego stażu misyjno-pastoralnego na Ukrainie. Mogłem też posługiwać w dwóch wspólnotach, w których byli współbracia, którzy pracowali już wcześniej w Turkmenistanie. I tak sobie pomyślałem, że skoro oni dali tam radę, to może i ja też z Bożą pomocą sobie poradzę.

fot. arch. o. Adriana Kotlarskiego OMI

Jakie były Ojca pierwsze wrażenia po przyjeździe? Co najbardziej Ojca zaskoczyło i okazało się inne od wcześniejszych wyobrażeń?

– Przyleciałem do Turkmenistanu 1 sierpnia, a więc w sam środek upalnego lata. I to właśnie ono, czyli wysokie temperatury i nieustannie świecące słońce, dawały się bardzo odczuć na samym początku mojego pobytu. Ogromne wrażenie zrobiła i ciągle też robi na mnie sama stolica, czyli Aszchabad, gdzie znajduje się nasza misyjna placówka. Jest tu bardzo wiele monumentalnych budynków i pomników. Wszędzie jest bardzo czysto i panuje wyjątkowy porządek. Jest to pod wieloma względami miasto unikatowe w skali świata i ciągle odkrywam jego uroki.

Co było największym wyzwaniem dla Ojca w pierwszych tygodniach pobytu?

– Wyzwanie stanowił i pewnie jeszcze trochę będzie stanowił dla mnie język. Ludzie posługują się tutaj językiem turkmeńskim i w ogromnej większości także językiem rosyjskim. Mówię już trochę po rosyjsku, ale jeszcze bardzo mi się miesza on z ukraińskim, którego to języka nauczyłem się dobrze przed laty. Często w spontanicznych i codziennych rozmowach zdaję mi się, że mówię coś po rosyjsku, a tymczasem jest to raczej ukraiński. Z całą pewnością nad lokalną Pustynią Karakum jeszcze wiele razy zajdzie słońce, zanim nabiorę naturalnej swobody i biegłości w codziennym porozumiewaniu się z miejscowymi ludźmi. Na razie priorytetem jest dla mnie język rosyjski, a potem zapewne zacznę się uczyć dużo bardziej trudnego i miejscowego języka turkmeńskiego.

fot. arch. o. Adriana Kotlarskiego OMI

Czego musiał się Ojciec nauczyć, żeby odnaleźć się w nowym miejscu? Czy był to tylko nowy język?

– Przez pierwszy miesiąc trochę bałem się prowadzić tutaj samochód. Dopiero ostatnio zacząłem siadać za kierownicę. Chociaż najczęściej ruch uliczny nie jest szczególnie duży, to jednak są tutaj pewne lokalne zwyczaje, z którymi trzeba się oswoić. Na przykład piesi na drodze czy na przejściach dla pieszych nie są w bezwzględnie uprzywilejowanej pozycji i jeśli już ja sam chcę ustąpić im pierwszeństwa to muszę się liczyć z tym, że kierowcy jadący obok mnie raczej nie podzielają mojej europejskiej wrażliwości i dużo łatwiej wtedy o jakiś wypadek.

Jak przyjęła Ojca miejscowa wspólnota oblatów oraz parafian?

– Zostałem przyjęty tutaj bardzo życzliwie. Na lotnisko wyjechał po mnie miejscowy przełożony o. Paweł Kubiak OMI i goszczący wówczas na krótko w Aszchabadzie o. Wojciech Kluj OMI. Takie dobre pierwsze wrażenia i doświadczenie tego, że ktoś na ciebie czeka i wychodzi naprzeciw są niewątpliwie ważne i budujące. Potem przyszedł czas na poznanie miejscowych katolików, których wielu znam już po imieniu, a jeszcze więcej rozpoznaję z widzenia.

fot. arch. o. Adriana Kotlarskiego OMI

Jak wygląda msza w Turkmenistanie? Bardzo różni się od tej w Polsce?

– Msza święta w Turkmenistanie nie różni się znacząco od tej celebrowanej w Polsce. Jednak w kraju nad Wisłą odprawia się ją każdego dnia w dziesiątkach tysięcy miejsc, tutaj natomiast jest ona celebrowana tylko w naszej kaplicy w Nuncjaturze Apostolskiej. To jedyne takie miejsce w całym Turkmenistanie, gdzie można codziennie wziąć udział w Eucharystii. Jeśli natomiast chodzi o zewnętrzną formę czy czas jej trwania, to wygląda ona już bardzo podobnie do tej w Polsce. Oczywiście inny jest język, bo sprawujemy ją tutaj po rosyjsku. W niedzielę o 18:00 msza święta jest natomiast sprawowana w języku angielskim. Przychodzą na nią obcokrajowcy, którzy tutaj pracują albo też są turystami. Po turkmeńsku jest czytana tylko sama Ewangelia w każdą niedzielę, a pochodzący z Hiszpanii o. Diego Saez Martin OMI, który służy tutaj także swoimi lingwistycznymi talentami, głosi już także w lokalnym języku krótkie homilie. Co się zaś tyczy języka samej liturgii, to nie ma razie możliwości, żeby sprawować ją po turkmeńsku. Wymagałoby to zatwierdzenia tekstów liturgicznych przez Watykan, wcześniej jednak należałoby je przetłumaczyć. Jest to z pewnością nie tylko pewne zadanie, ale i też wyzwanie na przyszłość.

Na czym przede wszystkim polegają Ojca zadania na misji?

– Jestem księdzem katolickim, a więc sprawuję sakramenty, tutaj głównie odprawiam msze święte i spowiadam. Współtworzę też miejscową oblacką wspólnotę zakonną przez moje zaangażowanie w życie modlitewne i wspólnotowe. Jest nas tutaj zaledwie trzech, to też wiemy, jak wiele zależy od naszej uwagi i różnych małych gestów braterstwa i człowieczeństwa. Jesteśmy tutaj obecni także jako papiescy dyplomaci, z czym wiąże się udział w wielu różnych państwowych wydarzeniach czy spotkaniach. Jeśli natomiast chodzi o jakieś szczególne i osobiste odpowiedzialności, to odwiedzam z sakramentami w domach naszych chorych wiernych, katechizuję grupę kilkorga dzieci i młodzież. Katecheza ma miejsce oczywiście tylko na terenie naszej placówki, bo w szkole jest to niemożliwe. Opiekuję się też ministrantami, czy raczej ministrantkami, bo przy ołtarzu służą niemal wyłącznie dziewczęta. W bieżących dniach szkoły mają swoje krótkie jesienne wakacje, to też chcę wykorzystać tę okazję i przeżyć z kilkuosobową grupą młodzieży trzydniowe rekolekcje. Każdego dnia będzie konferencja, wspólna modlitwa na różańcu i mszy świętej, wspólny posiłek i wartościowy chrześcijański film. Z całą pewnością trzeba i warto siać, a już Pan Bóg będzie potem dawał wzrost.

fot. arch. o. Adriana Kotlarskiego OMI

Co jest największym wyzwaniem w duszpasterstwie w kraju, w którym katolicy stanowią niewielką część społeczeństwa?

– Trudno mówić, że stanowią niewielką część społeczeństwa, bo jest to raczej malutka, wręcz mikroskopijna wspólnota. Kilkadziesiąt osób praktykuje regularnie, kolejne kilkadziesiąt osób korzysta z naszej posługi tylko okazjonalnie i świątecznie czy wreszcie mamy też wiernych, którzy są rozproszeni po kraju. Ta maleńka Boża trzódka rozpływa się wręcz w skali kilkumilionowego narodu. Niemniej jednak to właśnie dzięki nim Kościół katolicki nie tylko jest obecny w tym kraju, ale ma także swoje konkretne oblicze w tych właśnie ludziach, ich wierze i modlitwie. Na pewno nie chcę i nie będę przeszczepiać jakiś modeli czy poznanych wzorców pracy duszpasterskiej w tutejszą rzeczywistość. Bo jest ona najzwyczajniej inna. Nie wiem, co jest największym wyzwaniem w duszpasterstwie tego kraju, bo dopiero go poznaję i uczę się, jak mądrze odpowiadać na potrzeby tutejszych ludzi i razem z nimi iść do Pana Boga. Wierzę głęboko, że na szczęście On sam ma także swoje własne drogi i sposoby na to, żeby docierać do serca człowieka. A my głosząc Ewangelię w tym kraju możemy znaleźć mnóstwo małych radości, szczęścia i spełnienia.

Rozmawiała Karolina Binek

Fot. arch. o. Adriana Kotlarskiego OMI

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

zł
Zobacz także
Wasze komentarze