Brzydziłam się sobą… czyli o seksoholizmie 

4 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Umawiamy się na rozmowę przez telefon. Mówi, że nie ma odwagi spotkać się z kimś twarzą w twarz i opowiedzieć swojej historii. Najpierw opowiada mi o swoje pracy, o tym, jak bardzo lubi jeździć nad morze i spacerować na plaży, że niedawno zaczęła uczyć się japońskiego i bardzo ją to pochłonęło. Opowiada o mężu i o synu. Jakby chciała przekonać mnie, że jest zwyczajną kobietą, żebym nie postrzegała jej przez pryzmat tematu, który mamy poruszyć. Jest kilka minut przed północą, kiedy zaczynamy o tym rozmawiać. 

Boisz się rozmawiać o swoim uzależnieniu twarzą w twarz? 

Tak. Wielu ludzi tego nie rozumie, jak można nie panować nad swoimi odruchami, nad swoim ciałem, nad tym, co się robi. Tak, boje się usłyszeć, że jestem „szmatą”, „puszczalską” i jeszcze kilka innych wyrazów, które jako kulturalna osoba przemilczę. 

To tym bardziej dziękuję ci, że zdobyłaś się na odwagę, żeby porozmawiać ze mną. 

Chcę to zrobić ze względu na te osoby, które być może, tak jak ja przez długi czas, czują się tak winne, przerażone i zapętlone, że nie widzą możliwości ruchu. I wtedy na przemian oszukują się, że to nic takiego, że przecież inni to dopiero przeginają z seksem, a potem wpadają w dół psychiczny, w przekonaniu, że nie ma z tego wyjścia. I nie ma nikogo, kto mógłby pomóc, bo nikomu nie można o tym powiedzieć. 

A ty komuś powiedziałaś? 

Na początek powiedziałam sama sobie (śmiech). A potem poszłam do księdza do konfesjonału, bo wiedziałam, że on nikomu nie może powiedzieć dalej, że jest tajemnica spowiedzi. I kiedy zobaczyłam, że on nie padł martwy, dlatego, że się dowiedział, to pomyślałam sobie, że może gdybym powiedziała na przykład psychologowi, to też nie padnie i może mógłby mi jakoś pomóc. 

A było jakieś wydarzenie, które spowodowało, że poszłaś do spowiedzi, czy tak po prostu? 

Wiesz, to był taki moment, w którym doszłam do wniosku, że tak się sobą brzydzę, że już dłużej nie dam rady. I albo życie albo śmierć. Przez wiele lat zdarzały się takie epizody, gdzie najpierw nakręcałam się filmami pornograficznymi, potem były chaty erotyczne, a potem spotkania w realu. Coraz bardziej ryzykowne i coraz bardziej brutalne. Z jednej strony mnie to ciągnęło do tego stopnia, że nie chciałam widzieć ryzyka i kosztów jakie ponoszę, a z drugiej, czasami kiedy opadał ten erotyczny haj wiedziałam, jak jestem samotna, pusta i upodlona. I to był moment, kiedy doszłam do ściany. I chyba dobrze zrobiłam, że w tej desperacji wybrałam konfesjonał a nie coś innego. 

Czyli nie żałujesz? 

Nie (śmiech). Chociaż czasami bywa naprawdę ciężko. Teraz już wiem, że za tym seksualnym napięciem stały i nadal jeszcze trochę stoją wcale nie seksualne emocje. Musiałam włożyć sporo pracy w to, by poukładać moje relacje z innymi. By pogodzić się z tym, że w dzieciństwie nie dostałam tyle bliskości ile potrzebowałam. Musiałam zrezygnować z czekania na to, że kiedy będę spełniać chore fantazje facetów, to dostanę czułość, opiekę, bliskość. Mam dobrego męża i syna, którego kocham ponad wszystko, ale muszę się zgodzić na to, że czasami będę czuła jakiś brak tego, czego nie otrzymałam zaraz na początku mojego życia. Nie muszę go zaraz zapełniać byle czym, ale spróbować wypełnić tym, co mam teraz, tą miłością i bliskością. 

I tak po prostu zgadzasz się na to cierpienie, na te braki? 

Oczywiście, że czasami się buntuję. Ale wiem, że nie muszę być w tym sama i to mi daje siłę. Wiesz, myślałam, że za doświadczeniami coraz bardziej intensywnego i pełnego bólu seksu ukryję ten ból, który odczuwałam najbardziej. Tego, że chciałam być kochana. Ale w czasie którejś rozmowy terapeutka uświadomiła mi, tak zupełnie bez znieczulenia i wprost, że mało tego, że w ten sposób nie zapełnię pustki, to całkiem prawdopodobne, że mnie to zabije. I to dosłownie. Że kiedyś trafię na faceta, który do pobudzenia seksualnego będzie używał takiej przemocy, że będzie chciał zabić i niewykluczone, że to zrobi. To mną wstrząsnęło. I uświadomiłam sobie, że nie chcę umrzeć. Chcę żyć. I to był moment, kiedy tak naprawdę zdecydowałam, że chcę to zostawić. Nawet za cenę takiego życia bez znieczulenia i trudnego zmagania się z przeszłością i ze swoimi emocjami. 

Kiedy tak opowiadasz o sobie, nie potrafię o tobie myśleć tych najgorszych rzeczy, których boisz się usłyszeć. Słyszę zranioną, ale odważną kobietę, która ma za sobą kilka nienajlepszych decyzji, ale potrafiła z tego wyciągnąć jakąś mądrość życiową. 

No i mnie trochę rozkleiłaś (śmiech). Ale zapamiętam te słowa, bo może to początek nowej mnie. Skoro to usłyszałaś, to może faktycznie jestem na dobrej drodze. 

Na pewno. 

Pomodlisz się za mnie czasami, żebym zawsze już wybierała dobrze? 

Myślę, że nie tylko ja, ale wszyscy, którzy przeczytają tę rozmowę. Bardzo ci dziękuję, że zdecydowałaś się podzielić kawałkiem swojego życia. 

 

Rozmawiała Justyna Nowicka 

Brzydziłam się sobą… czyli o seksoholizmie 
6 (100%) 6 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze