Kultura: dojrzałość w wierze

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Marcin Wrzos OMI: Minęło pięćdziesiąt lat Pana pracy artystycznej. Czym dla Pana jest muzyka?

Krzysztof Krawczyk: – Muzyka jest dla mnie jak powietrze. Nie można bez niej żyć. Jest jak narkotyk wewnętrzny, który daje Pan Bóg, swojego rodzaju lekarstwem dla zmęczonego i zabieganego człowieka. Spotkałem niewielu ludzi, dla których muzyka mogłaby nie istnieć. Również, nie ma co ukrywać, muzyka jest dla mnie formą zarobku. Bez niej nie udałoby mi się wybudować domu, mieć auta czy kawałka lasu. Muzyka jest dla mnie radością, ale ostatnio również powodem zmęczenia. Mam przecież w końcu 68 lat. To dla muzyka już całkiem dużo.

W muzyce trzeba być sobą.

– Muzyka nauczyła mnie być sobą. W Stanach Zjednoczonych, gdzie koncertowałem przez wiele lat, powiedziano mi, że nie mam nikogo udawać, a mam być sobą. Nazywają to Vegas style. Na początku chciałem naśladować amerykańskich muzyków: skakanie na scenie, wykonywanie dziwnych ruchów. Wówczas perkusista powiedział: Krzysiek, ty nie skacz na scenie, stań, zamknij oczy i śpiewaj to, co chcesz przekazać. To bycie sobą we mnie dojrzewało. Najpierw byłem zafascynowany Presleyem, Beatlesami i koniecznie chcieliśmy mieć takie same gitary, włosy.

Czasem przy nagrywaniu płyt w studio operator mówi, że mamy być sobą. To znak, że to, co śpiewamy jest nieprzekonujące, że coś musimy zmienić, w sposobie śpiewu, tembrze głosu – aby to, co w sercu, dało się usłyszeć na zewnątrz.

Te dziesięć lat w Ameryce to był czas stracony?

– Nie. Jak mówiłem, zrozumiałem, że trzeba być sobą. Tam spotkałem, nie licząc Boga, najważniejszą osobę w moim życiu. Był moment, kiedy byłem całkowicie rozbity psychicznie. Piłem. Ćpałem. Brałem leki. Tam pojawiła się Ewunia. Ona okazała się lekarstwem na te problemy. To był związek dojrzewającego chłopaka z młodą, piękną, mądrą i cudowną kobietą. Wyobraź sobie, że jestem z nią szczęśliwy od 27 lat. Tam też poznałem Boga.

Ojciec zmarł, gdy byłem nastolatkiem i wtedy wykrzyknąłem przy wszystkich: „Boga nie ma…”. Dwadzieścia lat później zrozumiałem, że jest inaczej. Wracając ze Stanów, modliłem się o pogłębienie wiary.

Przed wyjazdem do Ameryki „Truba-durzy” byli bardzo znani: „Przyjedź mamo na przysięgę”, czy „Znamy się tylko z widzenia”. Ta ostatnia piosenka zapowiedziała współczesność niemal pół wieku wcześniej.

– To również rola muzyki. Rola prorocka. To tragedia dzisiejszego świata, że ludzie tracą więzy na rzecz świata wirtualnego i coraz częściej znają się tylko z widzenia, a jedno o drugim nic nie wie. To przykre. Mam nadzieję, że kiedyś się to zmieni.

Kiedyś w PRLu, ludzie z humorem nawiązywali tą piosenką do pustych półek sklepowych. O szynce na obrazku tak śpiewali: „Znamy się tylko z widzenia” (śmiech). Może to niezbyt głębokie, ale tak z dystansem wówczas patrzyliśmy na świat.

Piękno, którym jest muzyka, powinno nas zaprowadzić…

– …do Boga. Nie jestem przecież idiotą. W księdze psalmów, jest napisane: „Mówi głupi w sercu swoim, nie ma Boga” (Ps 53).

A muzyka niesie za sobą wzruszenie?

– Kiedy wróciłem ze Stanów Zjednoczonych, o Krawczyku w kraju było cicho. Pewnego dnia w domu rozległ się dzwonek, a Ewa słyszy przez telefon propozycję występu niespodzianki na weselu. To był koniec lat osiemdziesiątych, wówczas dla muzyka taki występ wiązałby się z pogardą w branży muzycznej. Powiedziałem jej szeptem, aby podała zaporową cenę. Tak najprościej jest pozbyć się kogoś natrętnego. Osoba po drugiej stronie słuchawki zgodziła się jednak na występ. Słowo się rzekło. Pojechaliśmy. Limuzyna z szoferm zawiozła nas do małej miejscowości. Wchodzimy, a tam malutka restauracja, może z 50 osób. Zaczynam śpiewać. Ludzie podchodzą do mnie. W pierwszym rzędzie były kobiety, które zaczęły dyskretnie wycierać łzy. Pomyślałem sobie: jeny, jakim muszę być tandetnym muzykiem, skoro one płaczą z litości nad moją muzyką. Nie wiedziałem, o co tu chodzi. Potem ich roztańczyłem. Po 45 minutach młodzi zaprosili mnie do stołu. Usłyszałem, że tato panny młodej był kapitanem statku i na morzu, w momentach chandry, słuchał moich piosenek. Powiedział córce, że na jej weselu zaśpiewa Krawczyk i wiedziała o tym cała rodzina. Po kilku latach, okazało się, że w testamencie był zapis z pieniędzmi na ten występ. Muszę powiedzieć, że wzruszyłem się. Śpiewaliśmy oczywiście potem jeszcze dłużej.

I jeszcze inna sytuacja. Czterdziesta rocznica małżeństwa. Przyjeżdżamy, a tam zwykła szopa z prowizoryczną sceną. Kiedy zacząłem śpiewać, jubilatka zaczęła cała się trząść. Musiałem po jednej piosence do niej podejść, uspokoić ją, ucałować, złożyć życzenia. Dopiero potem śpiewaliśmy dalej.

28 czerwca 1988 r. to dzień ciężkiego wypadku koło Buszkowa.

– Cała rodzina Krawczyków odniosła poważne obrażenia. Miałem pękniętą żuchwę, uszkodzone kości policzkowe, złamaną szczękę, centralne zwichnięcie stawu biodrowego, złamaną nogę. Mój syn Krzysztof-junior był przez kilka dni nieprzytomny, miał stłuczenie pnia mózgu, złamaną rękę, nogę i szczękę. Ewa miała wstrząśnienie mózgu i była mocno poobijana. Nasz Fiat 125p nadawał się wyłącznie do kasacji. Wydawało mi się wówczas, że odejdę. Umrę. Wówczas w bydgoskim szpitalu im. Jana Biziela kapelan, też Krzysztof, dał mi różaniec. Wierzę w to, że poprawiło mi się, kiedy po raz pierwszy wziąłem go do ręki i się pomodliłem.

Za radą wspomnianego kapelana ofiarowałem ten niesamowity ból w intencji nawrócenia mojego menadżera Andrzeja Kosmali. On był absolutnym ateistą.

Te wszystkie wydarzenia spowodowały w Panu dojrzewanie w wierze. A czy Krzysztof Krawczyk się modli?

– Oczywiście. Chodzi na Msze św. Lubi modlić się Koronką do Bożego Miłosierdzia. Szczególnie wówczas, kiedy nie mogę spać nad ranem. Wówczas, kiedy spotkam Ewunię, mieszkającą z nami Halinkę, to modlimy się razem. Modlę się też aktami strzelistymi. Czasem chciałbym Bogu zaśpiewać trochę inną wersję piosenki „Mój przyjacielu”. Mam też swój zakątek modlitwy na górze domu, na tarasie. Patrzę w niebo i to czasem wystarczy. Bo w sercu rodzi się takie wzruszenie, poczucie obecności Boga, że nie trzeba mówić. Bo słowa wydają się kruche i niepotrzebne.

Krzysztof Krawczyk

(ur. 1946) Piosenkarz obdarzony charakterystycznym barytonowym głosem, gitarzysta i kompozytor, syn małżeństwa śpiewaków operowych. Wokalista zespołu Trubadurzy (1963–1973), artysta solowy od 1973 r. Wylansował wiele znanych przebojów. W 1978 r. na Festiwalu Interwizji zaśpiewał piosenkę „Jak minął dzień”, która dała mu drugie miejsce. Owocem niesłabnącej popularności artysty było zdobycie przez niego w 1979 r. nagrody „Indywidualność Estradowa Roku”. Pod koniec lat siedemdziesiątych rozpoczął współpracę z Jarosławem Kukulskim, który skomponował dla niego piosenkę „To co dał nam świat”. Kilka jego płyt ma status złotej i platynowej.

Kultura: dojrzałość w wierze
6 (100%) 1 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze