Zdjęcie: Adam Jamróz, fot. Dzień Dobry TVN

Jest niewidomy, skończył szkołę muzyczną i jeździ na nartach. Adam Jamróz udowadnia, że niemożliwe nie istnieje! [ROZMOWA]

6 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Adam Jamróz jest niewidomym studentem dziennikarstwa, zajmuje się tematyką sportową. W rozmowie z Karoliną Binek opowiada o tym, że nie ma rzeczy niemożliwych. 

Karolina Binek (misyjne.pl): Skąd u ciebie zainteresowanie sportem? 

Adam Jamróz: Sportem interesuję się od małego dziecka. Pamiętam, jak mój tata i dziadek emocjonowali się, zwłaszcza meczami piłkarskimi, siatkarskimi czy sukcesami Adama Małysza w skokach narciarskich. Miałem wtedy może osiem lat. Potem sam zacząłem śledzić wydarzenia sportowe, zapamiętywać imiona i nazwiska poszczególnych zawodników, a w końcu bawić się w komentatora. Komentowałem wszędzie: w domu, na podwórku, w sklepie prowadzonym przez moich rodziców czy później w szkole. 

Na początku jednak chciałeś być piłkarzem… 

Chciałem być piłkarzem i przez długi czas tkwiłem sobie w fantastycznym świecie małego chłopca. Jednak potem, kiedy już zrozumiałem, że to nierealne, chciałem być fizjoterapeutą i pracować w jakimś klubie sportowym. Plany zmieniły się tuż po maturze. Na fizjoterapię nie zostałem przyjęty ze względu na brak wzroku i przez to brak możliwości obsługiwania ultradźwięków, pól magnetycznych i innych urządzeń. Wprawdzie mogłem iść do policealnej szkoły masażu, ale od małego marzyłem o studiowaniu. Na szczęście miałem plan B – dziennikarstwo. Studia licencjackie na dziennikarstwie ogólnym zacząłem w Szczecinie, bo pochodzę z tamtych okolic. Potem przyszedłem do Poznania na wymarzone dziennikarstwo sportowe, bo tego kierunku nie było w Szczecinie. 

Wiem, że pracujesz w radiu.

W Radiu Meteor działam od początku marca. Tak naprawdę jestem tam dzięki mojemu koledze z roku, który przygotowywał o mnie materiał w „Dzień dobry TVN”. Wówczas po jednych z zajęć rozmawiałem z wykładowcą o odbyciu praktyk zawodowych. Kolega, który usłyszał tę rozmowę, od razu do mnie podszedł i zaproponował mi praktyki w tym radiu. No i tak to się zaczęło. 

Co dla ciebie w pracy w radiu jest najtrudniejsze? 

Najtrudniejsze jest dla mnie samo dotarcie do studia, które mieści się w piwnicy. Oczywiście jest to jedno z wyzwań na przyszły rok akademicki – nauczenie się drogi do studia. Poza tym chyba najwięcej czasu zajmuje mi znalezienie źródeł, bo niektóre strony internetowe bywają niedostosowane do potrzeb osób niewidomych.

Fot.. Facebook/Adam Jamróz

Prowadzisz też bloga „Nie widzę przeszkód”… 

Pomysł na założenie bloga tak naprawdę wyszedł od znajomych, a dokładnie od jednej z moich koleżanek, z którą chodziłem do szkoły muzycznej w Szczecinie. W ubiegłym roku podczas spotkania klasowego, kiedy opowiadałem o swoich przygodach w Poznaniu, powiedziała, że te moje historie powinny ujrzeć światło dzienne. Na początku był pomysł napisania książki, ale żeby rozkręcić temat i sprawdzić, czy się przyjmie, zdecydowałem się najpierw na założenie bloga. Dziś już wiem, że to była jedna z najtrafniejszych decyzji w moim życiu.

Wspominasz o znajomych. A kto najbardziej cię wspiera? 

Od małego moim największym wsparciem jest rodzina – we wszelkich decyzjach, zarówno tych trudniejszych, jak i tych łatwiejszych. Czuję, że choć obawiają się o mnie, to mają do mnie zaufanie. Zwłaszcza moi rodzice przezwyciężyli lęk i pozwolili mi samemu poruszać się po mieście, jeździć pociągami i dali mi tę szansę. Do dziś dziękuję im za to, że kiedy miałem 7 lat, mimo tęsknoty i ogromnych obaw odważyli się mnie posłać do szkoły dla dzieci i młodzieży niewidomej w Laskach koło Warszawy. To właśnie tam nauczyłem się samodzielności, grania na instrumencie, pływania czytania i pisania alfabetem Braille’a i ogólnie podejścia do życia. Mój tato zawsze powtarzał mi, że ze względu na swoją niepełnosprawność będę miał trudniej na starcie, ale jeżeli będę ponadprzeciętny, wtedy ludzie mnie docenią i zauważą. Dlatego wsparcie mojej rodziny jest dla mnie takim motorem napędowym i zawsze motywuje mnie do działania, kiedy przychodzą kryzysy. Oczywiście mam też obok siebie bardzo życzliwych znajomych, którzy zawsze służą radą i pomocą i już nie raz przekonałem się, że czasem warto ich posłuchać, choćby z tym założeniem bloga. 

Powróćmy do nauki gry na instrumencie. Skończyłeś szkołę muzyczną? 

Nauka gry na flecie poprzecznym nie była dla mnie ani łatwa, ani początkowo przyjemna. Kiedy byłem nastolatkiem, bardziej chciałem się bawić niż grać. Uciekałem z zajęć i ogólnie robiłem wszystko, żeby tylko nie grać. Najtrudniejsze było dla mnie opanowanie samej techniki gry na instrumencie. Później udało mi się skończyć szkołę muzyczną I stopnia w Laskach i II stopnia w Szczecinie. Teraz zdawałem na Akademię Muzyczną w Poznaniu i za tydzień powinienem dowiedzieć się, czy zostałem przyjęty. 

Bierzesz udział w Integracyjnych Mistrzostwach Polski AZS w pływaniu dla studentów niepełnosprawnych. Od dawna pływasz?  

Pływam od 15 lat. Naukę pływania zacząłem na obozie sportowym zorganizowanym przez ośrodek w Laskach. Obóz odbywał się w Podczelu koło Kołobrzegu. Początkowo były obawy, szczególnie w miejscach, gdzie nie miałem gruntu. Potem pływanie zaczęło mi sprawiać przyjemność i zaczęły się starty w mistrzostwach Polski juniorów. Później miałem kilkuletnią przerwę, by znowu wrócić na Integracyjne Mistrzostwa Polski w Pływaniu.

Fot. Pixabay

Uprawiasz jeszcze jakiś sport? 

Od ośmiu lat w czasie ferii jeżdżę na nartach. Zazwyczaj, kiedy o tym opowiadam, ludzie są w szoku i mówią, że to niemożliwe. Jednak kilka lat temu mój tato pomyślał inaczej. Podczas jednej z rozmów zaproponował mi wspólny wyjazd w góry na narty. Początkowo wydawało mi się to mało realne, bo nie wyobrażałem sobie zjeżdżania z góry „w ciemno”. Potem pomyślałem – w sumie czemu nie? Nie mam nic do stracenia, a wiele do zyskania. Pierwszy raz pojechaliśmy tam w lutym 2011 r. Najpierw uczyłem się na małej, około stumetrowej górce. Polegało to na tym, że instruktor zjeżdżał tyłem i trzymał za jedne końce kijów, a ja za drugie. Oczywiście przez ten czas musiałem się perfekcyjnie nauczyć hamowania, skrętów czy też umiejętności upadania. Wywrotek było co niemiara, ale z czasem zaczęły mi one sprawiać ogromną frajdę. Sam przekonałem się, że w nauce jazdy na nartach to trochę jak w życiu – jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz. Niedługo potem to powiedzenie potwierdziło się i w moim przypadku. Zacząłem już jeździć sam, a instruktor nawigował mnie tylko poprzez komendę „hop”. Oznaczała ona zakręt w lewo lub w prawo na przemian. Zdążyłem już się przekonać, że muszę być przy tym gotowy na wszystko. Dotyczy to na przykład sytuacji, kiedy na trasie jest sporo ludzi. Zdarza się, że w ciągu sekundy na polecenie instruktora „kładź się”, chcąc uniknąć kolizji, muszę się wywrócić. Jednak bywają też takie przejazdy, kiedy na stoku jest pusto. Wówczas instruktor, mając do mnie kredyt zaufania, wydaje moją ulubioną komendę „gaz”. Wtedy mam totalny odlot i czuję się jak wolny ptak. Ponadto jeżdżę na tandemie, a kiedyś grałem w goalballa. To jest taka gra dla niewidomych. 

Gdzie widzisz siebie w przyszłości? 

W przyszłości marzę o pracy w radiu, oczywiście w dziennikarstwie sportowym. Chciałbym prowadzić audycje sportowe przed lub po jakimś wydarzeniu, przeprowadzać wywiady z różnymi osobistościami świata sportu, prowadzić serwisy sportowe, a szczytem marzeń byłaby praca w grupie z ludźmi i wyjazdy na różne zawody rangi mistrzowskiej, takie jak np. igrzyska olimpijskie i przekazywanie relacji, np. po zakończonych zmaganiach w określonej konkurencji. 

Rozmawialiśmy o różnych aspektach życia. A czym dla Ciebie jest wiara w Boga? 

Wiara w Boga odgrywa u mnie szczególne znaczenie. W ogóle Bóg jest dla mnie na samym szczycie w hierarchii mojego systemu wartości. Wywodzę się z katolickiej rodziny. Ponadto byłem w ośrodku prowadzonym przez siostry zakonne w Laskach, co też ukształtowało moją wiarę w Boga. W życiu już nie raz przekonałem się, że daje mi to wewnętrzną siłę, spokój w sytuacjach stresujących, bo często swoją wiedzę, swoje lęki, na przykład tuż przed egzaminemoddaję się w ręce Boga. Wiara w Boga jest także moją nadzieją i odegrała szczególną rolę, zwłaszcza po nagłej śmierci mojego taty , gdy byłem w klasie maturalnej. Od tej pory chcę żyć tak, żeby spotkać się z nim po śmierci. Do dziś dziękuję Bogu za to, co mam, a przede wszystkim za rodzinę, za najbliższych no i za serce gotowe na wyzwania i walkę z różnymi przeciwnościami losu.

Zobacz także
Wasze komentarze