fot. unsplash/Saint John
Leon XIV i reforma liturgiczna. Konieczność dokończenia Soboru
Wokół liturgii narosło w ostatnich bardzo wiele sporów sporów, szczególnie mocno podgrzewanych przez środowiska tradycjonalistyczne, które zarzucają reformie soborowej zerwania z Tradycją i stworzenie nowej mszy nie mającej swojego zakorzenia w historii i w liturgii Kościoła. Trzeba jednak także przyznać, że liczne nadużycia liturgiczne, a często także „liturgiczna samowolka” wypaczyły sens liturgicznej reformy na którą wskazał Sobór Watykański II.
A przecież Sobór nie reformował liturgii dlatego, że stara forma była za mało nowoczesna. Reformował ją dlatego, gdyż w oparciu o dziesięciolecia refleksji całego ruchu liturgicznego zapragnął przypomnieć o żywym i czynnym uczestnictwie Ludu Bożego w misterium Chrystusa. I właśnie dlatego tak ważną jest katecheza Leona XIV wygłoszona 26 sierpnia w której papież przypomniał teologiczne racje reformy liturgicznej. A czyniąc to, w istocie określił, gdzie sam stoi w jednym z najbardziej zapalnych sporów współczesnego Kościoła.

Andrea Grillo w komentarzu opublikowanym na swoim blogu trafnie zauważa, że Leon XIV nie mówi o reformie jako o historycznym eksperymencie lat sześćdziesiątych, który można dzisiaj oceniać według kryterium: udał się albo się nie udał. Papież wpisuje ją w „żywą Tradycję Kościoła”. Jest to fundamentalne rozróżnienie. Jeżeli bowiem reforma jest jedynie produktem pewnej epoki, można ją potraktować jako jeden z możliwych wariantów. Jeżeli natomiast jest owocem soborowego rozeznania Kościoła i etapem rozwoju jego żywej Tradycji, nie można po prostu cofnąć zegara i wrócić do wcześniejszej formy rytu rzymskiego.
Problemem była „duchowa nieobecność”
Najmocniejsze zdanie środowej katechezy Leon XIV zaczerpnął od Giovanniego Battisty Montiniego, przyszłego Pawła VI. W październiku 1962 roku, zaledwie kilka dni po rozpoczęciu Soboru, ówczesny arcybiskup Mediolanu pisał o wiernych uczestniczących w liturgii: „Ich fizyczna obecność nie może iść w parze z duchową nieobecnością”.
To zdanie należy czytać bardzo uważnie. Problemem, który dostrzegał ruch liturgiczny i który podjął Sobór, nie była łacina jako taka. Nie były nim chorał gregoriański czy kapłan celebrujący ad orientem. Problem znajdował się głębiej. Była nim określona koncepcja zgromadzenia liturgicznego, w której wierny mógł być fizycznie obecny przy czynności wykonywanej przez kapłana, pozostając równocześnie w znacznej mierze jedynie jej biernym obserwatorem.
Andrea Grillo interpretuje ten fragment jeszcze ostrzej: zadaniem reformy było przezwyciężenie owej „duchowej nieobecności”, do której wcześniejszy model celebracji mógł sprowadzać lud. Leon XIV nie pozostawia większych wątpliwości, że właśnie tutaj widzi klucz do Sacrosanctum Concilium. Dlatego przywołuje zasadniczy fragment numeru 48 soborowej konstytucji: „Kościół zatem bardzo się troszczy o to, aby chrześcijanie w tym misterium wiary nie uczestniczyli jak obcy lub milczący widzowie, lecz aby przez obrzędy i modlitwy misterium to dobrze rozumieli, w świętej czynności brali udział świadomie, pobożnie i czynnie”.

Można zatem stwierdzić, że w zdaniu tym zawarty został klucz hermeneutyczny całej reformy liturgicznej. Wierny nie ma jedynie „być na Mszy”, lecz ma uczestniczyć w działaniu Chrystusa i Kościoła. Ma słuchać słowa, odpowiadać, milczeć, śpiewać i spożywać Ciało Pańskie, aby wraz z Chrystusem składać Ojcu dziękczynienie. Ma zatem – jak przypomina Sobór – „uczyć się ofiarowywać samego siebie”. Właśnie dlatego Leon XIV wypowiada zdanie, którego konsekwencji nie wolno pomniejszać: „Skoro gesty, słowa świętej liturgii mają decydujące znaczenie dla tego doświadczenia, uczestnictwo wiernych nie może być bierne”.
Tutaj znajduje się właściwa granica między reformą liturgiczną a jej karykaturą. Czynne uczestnictwo nie oznacza bowiem, że wszyscy muszą bez przerwy coś robić. Nie oznacza mnożenia komentatorów, lektorów, animatorów, procesji i mikrofonów ani przymusu nieustannego śpiewania. Cisza i kontemplacja także jest uczestnictwem, podobnie jak jest nią także przyjęcie odpowiedniej postawy ciała. Ale jednocześnie czynnego uczestnictwa nie da się sprowadzić do poprzedniej formy, według której tylko kapłan celebruje, a wierni znajdują się w kościele i pobożnie zajmują się własną modlitwą.
Reforma nie była wypadkiem przy pracy
W debacie tradycjonalistycznej powraca argument, że Sobór właściwie nie chciał reformy, lecz jedynie pragnął dokonać kosmetycznej korekty rytu, a tymczasem komisje posoborowe pod przewodnictwem abp. Bugniniego stworzyły coś jakościowo nowego. Katecheza Leona XIV bardzo utrudnia podtrzymywanie takiej interpretacji.
Papież przypomina numer 21 Sacrosanctum Concilium, w którym Ojcowie Soborowi mówią wprost o „ogólnym odnowieniu liturgii”. Przypominają przy tym zasadę fundamentalną: liturgia zawiera elementy niezmienne, pochodzące z ustanowienia Bożego, ale zawiera również elementy podlegające zmianom. Te ostatnie mogą – a niekiedy wręcz powinny – zostać zmienione, jeśli z biegiem czasu przestały odpowiadać wewnętrznej naturze liturgii albo stały się mniej odpowiednie.
To rozróżnienie Leon XIV wyprowadza zresztą nie z jakiejś posoborowej teologii liturgii, lecz z Mediator Dei Piusa XII. Przypomina reformę Wielkiego Tygodnia przeprowadzoną przez tego papieża, a następnie Rubricarum instructum Jana XXIII z 1960 roku, w którym przyszłemu Soborowi pozostawiono zadanie sformułowania zasad generalnej reformy liturgicznej.

To bardzo ważny element papieskiej argumentacji, ponieważ reforma nie rozpoczęła się w 1969 roku. Nie rozpoczęła się nawet w roku 1963 wraz z zatwierdzeniem soborowej Konstytucji o liturgii. Ona wyrosła wewnątrz tradycji. Pius XII reformował Wielki Tydzień, Jan XXIII reformował rubryki, a Sobór Watykański II podjął proces istniejący w Kościele od dziesięcioleci i nadał mu zasadniczy kierunek teologiczny. Dlatego przeciwstawienie „tradycji” i „reformy” jest z punktu widzenia Leona XIV po prostu fałszywe.
Papież mówi wprost: „Reforma liturgiczna promowana przez Sobór Watykański II wpisuje się zatem w żywą Tradycję Kościoła”. To chyba najważniejsze zdanie całej katechezy. Nie jest zatem prawdą, że reforma zerwała z Tradycją. Ona wręcz należy do żywej Tradycji Kościoła. A to prowadzi nas do pytania dla wielu tradycjonalistów znacznie bardziej niewygodnego.
Czy można cofnąć reformę?
Leon XIV sam tego pytania wprost nie stawia. Jednak jego argumentacja sprawia, że nie sposób go uniknąć. Jeżeli reforma była odpowiedzią Kościoła na realną niewystarczalność wcześniejszego porządku celebracyjnego; jeżeli została podjęta dlatego, aby wierni nie byli „obcymi lub milczącymi widzami”; jeżeli wymagała rewizji tekstów i obrzędów, aby misterium było czytelniej wyrażane i jeżeli wreszcie należy do żywej Tradycji Kościoła – to czy można traktować formę sprzed reformy jako równoległą i równie adekwatną realizację tej samej eklezjologii?

Właśnie tutaj Andrea Grillo idzie dalej niż sam tekst papieski. Jego interpretacja jest radykalna: nowe ordines zostały przygotowane po to, aby wcześniejszy porządek zastąpić, a nie postawić obok niego jako równoległą możliwość. Można dyskutować z ostrością tego sformułowania. Trudniej jednak dyskutować z logiką papieskiej katechezy.
Sobór nie proponował przecież pozostawienia wszystkiego tak, jak było, i stworzenia dodatkowo nowej formy dla tych, którzy jej potrzebują. Powiedział, że liturgię należy odnowić. To zasadnicza różnica. Dlatego też liturgia sprzed i po reformie nie mogą być traktowane jako dwa estetyczne produkty dostępnych na katolickim rynku. Nie mamy tu do czynienia z wyborem między gotykiem i barokiem, chorałem i polifonią, organami i gitarą. Chodzi o sposób, w jaki Kościół rozumie sam siebie podczas celebracji.
Liturgia nie jest prywatną własnością
Jeszcze bardziej znaczące jest przywołanie przez Leona XIV numeru 26 Sacrosanctum Concilium: „Czynności liturgiczne nie są prywatnymi czynnościami, lecz uroczyście sprawowanymi obrzędami Kościoła, który jest «sakramentem jedności»”.
Liturgia nie należy zatem do księdza ani do konkretnej wspólnoty o specyficznej wrażliwości liturgicznej. Nie jest ona prywatną własnością środowiska, które może powiedzieć: „ta liturgia nam bardziej odpowiada i mamy do niej prawo”. Liturgia należy do Kościoła. Dlatego nawet najbardziej pobożne przywiązanie do określonej formy nie może automatycznie stać się zasadą organizującą życie liturgiczne Kościoła.
Grillo odczytuje papieskie przypomnienie Sacrosanctum Concilium 26 jako bardzo wyraźne zakwestionowanie logiki „równoległych użyć”, uzasadnianych nostalgią za przeszłością. Liturgia jest podstawowym językiem Kościoła i właśnie dlatego jedność tego języka ma znaczenie eklezjologiczne.

I chyba właśnie tutaj należy umieścić Leona XIV w ciągłości z Franciszkiem. Nie wiemy co prawda, jakie konkretne decyzje podejmie obecny papież wobec celebracji liturgii sprzed reformy Pawła VI, ale na poziomie teologicznym środowa katecheza oznacza kontynuację kursu Traditionis custodes i Desiderio desideravi.
Grillo mówi wręcz o „wielkiej ciągłości” między katechezą Leona a tymi dwoma dokumentami Franciszka. To ważne zwłaszcza dlatego, że po wyborze Leona XIV niektórzy próbowali projektować na niego własne oczekiwania. Jedni oczekiwali odwrócenia decyzji Franciszka i „liturgicznego pokoju” rozumianego jako swobodne współistnienie dwóch form. Jeszcze inni sądzili, że nowy papież po prostu nie będzie podejmował tej kwestii. Tymczasem Leon XIV zrobił coś bardziej fundamentalnego. Nie rozpoczął od przepisów, lecz od teologii liturgii. I jest to bardzo ważne.
Nadużycia nie unieważniają reformy
W papieskiej katechezie znajduje się jednak fragment, którego zwolennicy reformy nie powinni przeoczyć. Leon XIV mówi również o nadużyciach. Przyznaje, że niektóre zasady reformy były po Soborze niewłaściwie interpretowane i że skutki takich błędów widzimy czasem również dzisiaj.
To ważne, ponieważ obrona reformy nie może oznaczać obrony wszystkiego, co wydarzyło się po Soborze. Sobór nie nakazał banalizacji liturgii ani zamieniania prezbiterium w scenę. Nie nakazał kapłanowi improwizować tekstów, nie nakazał eliminacji łaciny, nie zakazał chorału gregoriańskiego i nie utożsamił participatio actuosa z liturgicznym aktywizmem. Nie każda deformacja starego modelu jest automatycznie realizacją nowego.

I tutaj znajduje się być może najciekawszy element stanowiska Leona XIV: krytyka nadużyć nie jest argumentem przeciw reformie, lecz jest argumentem za jej właściwą realizacją.
Odpowiedzią na źle celebrowaną liturgię posoborową nie musi być ucieczka do liturgii sprzed reformy. Odpowiedzią powinna być dobrze celebrowana liturgia Soboru. Właśnie dlatego Grillo pisze, że przestrzeń do naprawiania nadużyć znajduje się „wewnątrz” reformy, a nie poza nią.
Zamiast zatem pytać bez końca, czy ratunkiem przed banalną Mszą Pawła VI jest Msza Piusa V, należałoby wreszcie zapytać, dlaczego po ponad sześćdziesięciu latach od Sacrosanctum Concilium tak wiele naszych parafii wciąż nie nauczyło się celebrować liturgii zreformowanej zgodnie z jej własną logiką. Wciąż mamy problemy z ciszą, ze śpiewem zgromadzenia, z jakością homilii, z przestrzenią liturgiczną i z właściwym rozumieniem przewodniczenia. Nadal oscylujemy między rubrycystycznym formalizmem a celebracyjną spontanicznością. Problemem nie musi być więc nadmiar reformy. Być może problemem jest to, że reformy tak naprawdę jeszcze nie wprowadziliśmy.
Od ritus servandus do ritus celebrandus
Andrea Grillo kończy swój komentarz efektowną formułą: reforma oznaczała przejście od Ritus servandus do Ritus celebrandus. To nie jest tylko efektowana gra słów.
Ritus servandus oznacza ryt, który należy wykonać zgodnie z przepisem. Rubryka mówi, co należy zrobić: kapłan wykonuje gest, wypowiada formułę, pochyla się lub przyklęka. Doskonałość celebracji można wówczas łatwo utożsamić z dokładnością wykonania rytu. Ritus celebrandus oznacza coś więcej: ryt trzeba celebrować.

Nie chodzi oczywiście o lekceważenie rubryk. Leon XIV wyraźnie mówi o zachowaniu norm liturgicznych. Ale wierność rubryce nie jest celem liturgii. Jest jej służebnym warunkiem. Można bowiem wykonać wszystkie gesty poprawnie i nie celebrować. Można przeczytać wszystkie teksty bez błędu i nie dopuścić, aby przemówiły. Można zachować wszystkie rubryki i pozostawić zgromadzenie w dokładnie tej „duchowej nieobecności”, przed którą przestrzegał Montini.
Reforma liturgiczna chciała czegoś więcej. Chciała przywrócić Kościołowi zdolność celebrowania.
Nie muzeum, lecz żywa Tradycja
I tutaj dochodzimy do sedna. Najważniejszy spór o liturgię nie przebiega dzisiaj między tymi, którzy lubią łacinę, a tymi, którzy jej nie lubią. Ani między tymi, którzy wolą śpiew gregoriański, a tymi, którzy wolą gitarę lub też między zwolennikami celebracji versus populum i ad orientem. Prawdziwy spór dotyczy rozumienia Tradycji.
Czy Tradycja jest skarbcem gotowych form, które należy zachować możliwie nietknięte? Czy też jest życiem Kościoła, który otrzymuje misterium Chrystusa, celebruje je i przekazuje następnym pokoleniom, dokonując również – gdy jest to konieczne – reformy swoich historycznych form?

Leon XIV wyraźnie wskazuje tę drugą drogę. Nie oznacza to pogardy dla przeszłości. Papież buduje swoją argumentację, odwołując się do Piusa XI, Piusa XII, Jana XXIII, Pawła VI i Soboru Watykańskiego II. Reforma nie pojawia się jako zerwanie tej historii, lecz jako jej owoc.
Dlatego określenie „Msza wszech czasów”, używane czasem w odniesieniu do mszału sprzed reformy, jest teologicznie nieuzasadnione. Żaden historyczny mszał nie spadł z nieba. Liturgia rzymska rozwijała się przez stulecia i przez stulecia była reformowana. Tradycja nigdy nie była nieruchoma. Wieczne jest tylko Misterium. Formy, poprzez które Kościół je celebruje, mają temu Misterium służyć.
I właśnie dlatego Sacrosanctum Concilium mogło powiedzieć, że pewne elementy liturgii „mogą, lub nawet powinny, być zmieniane”. Leon XIV świadomie przypomniał właśnie ten fragment.
Papież stawia granicę
Nie należy wkładać Leonowi XIV w usta słów, których nie wypowiedział. Nie ogłosił zakazu starego rytu i nie przedstawił nowej regulacji prawnej. Nie powiedział też, że każdy człowiek przywiązany do dawnej liturgii odrzuca Sobór. Ale równie nieuczciwe byłoby udawanie, że środowa katecheza niczego nie rozstrzyga.
Rozstrzyga bardzo wiele, ponieważ Leon XIV mówi jasno, że reforma była potrzebna i wynikała z teologicznego rozumienia liturgii; że jej korzenie poprzedzają Sobór i należą do historii dwudziestowiecznej odnowy liturgicznej; że wierni nie mogą pozostawać biernymi obserwatorami celebracji; że liturgia zawiera zarówno elementy niezmienne, jak i takie, które mogą podlegać reformie; że Sobór miał prawo tej reformy dokonać; że reforma należy do żywej Tradycji Kościoła; że jej nadużycia trzeba korygować, ale nie unieważniają one samej reformy; wreszcie że liturgia nie jest czynnością prywatną, lecz czynnością całego Kościoła – „sakramentu jedności”.

Z tych elementów wyłania się bardzo spójna wizja liturgicznej reformy, która nie jest archeologią lub też rewolucją. Reforma oznacza wierność temu, co otrzymaliśmy, właśnie poprzez zdolność odróżnienia tego, co w liturgii pochodzi z ustanowienia Chrystusa i jest niezmienne, od tego, co jest historyczną formą Kościoła i dlatego może zostać przez Kościół zmienione.
Być może właśnie tego najbardziej brakuje dzisiejszej debacie liturgicznej. Jedni absolutyzują przeszłość, drudzy absolutyzują zmianę. Leon XIV natomiast orzypomina, że Kościół nie jest właścicielem Misterium, ale jest odpowiedzialny za sposób jego celebrowania. I dlatego też reforma liturgiczna nie jest zamkniętym rozdziałem historii Kościoła, do którego można odnosić się z sympatią albo nostalgią. Jest ona zadaniem.
Jeśli zaś papieską katechezę czytać konsekwentnie – także w świetle Traditionis custodes i Desiderio desideravi – wówczas trzeba powiedzieć coś jeszcze: przyszłość liturgii rzymskiej nie znajduje się w konstruowaniu pokojowego współistnienia Kościoła sprzed i po Soborze i nie znajduje się w budowaniu dwóch równoległych kultur liturgicznych, dwóch eklezjologii lub dwóch sposobów rozumienia uczestnictwa.
Przyszłość znajduje się we właściwym wdrażaniu reformy. To wewnątrz niej trzeba odzyskać sacrum, ciszę i piękno. W niej trzeba odbudować dyscyplinę celebracji, przywrócić właściwe miejsce śpiewowi, symbolowi, gestowi, ciału i przestrzeni. W niej trzeba przezwyciężać banalność, improwizację i liturgiczny aktywizm. Nie po to jednak, aby wrócić do 1962 roku, ale po to, aby wreszcie na serio przyjąć rok 1963 i to, co Kościół wtedy o sobie samym powiedział. Andrea Grillo ujmuje to radykalnie: przejście od Ritus servandus do Ritus celebrandus jest nieodwracalne.
Sobór nie jest nawiasem, a tym bardziej błędem w historii Kościoła. Reforma liturgiczna również nim nie jest. A żywej Tradycji nie ocala się przez jej zamrożenie. Ocala się ją wtedy, kiedy Kościół ma odwagę przyjąć to, co sam – zgromadzony na Soborze – rozpoznał jako konieczne dla swojego życia.
I chyba właśnie to Leon XIV powiedział 26 sierpnia najdobitniej: reforma liturgiczna nie jest problemem, który Kościół powinien dziś rozwiązać. Jest drogą, którą Kościół powinien wreszcie nauczyć się dobrze iść.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Leon XIV: do biskupów i kapłanów należy strzeżenie liturgii
Afrykańscy liturgiści: liturgia to nie folklor ani spektakl
Papież: liturgia sercem modlitwy Kościoła i szkołą życia duchowego





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny