Fot. Pixabay

Jestem żoną kierowcy zawodowego. Widzę męża dwanaście razy w roku

3 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Zatrzymują się dla nas przed przejściem dla pieszych. Stoją przed nami w korku. Przejeżdżają obok, gdy idziemy na spacer. Widujemy ich codziennie. Ale tak niewielu z nas wie, jak wygląda ich życie. 

Nałóg. W encyklopedii PWN możemy znaleźć dwa znaczenia tego słowa. Pierwsze oznacza szkodliwy dla zdrowia nawyk. Druga definicja nałogu to zakorzenione przyzwyczajenie. Z pojęciem tym kojarzy się alkoholizm, palenie papierosów czy też branie narkotyków. Przede wszystkim więc nałóg odnosi się do pierwszego z powyższych znaczeń. A gdyby tak obok wymienionych nałogów postawić pracę kierowcy zawodowego? W którym znaczeniu można by ją umieścić? Odpowiedź nie jest prosta. 

Fot. Pixabay

Pominięci 

Nieprzespane noce, brak czasu na jakikolwiek posiłek, czasami kilkugodzinne szukanie stacji z toaletą, problemy z wzięciem prysznica. Brzmi jak niedorzeczność? Dla kierowców zawodowych to codzienność. Sama, zanim jeszcze poznałam męża, nawet nie zastanawiałam się nad tym, jak wygląda życie kogoś, o kim tabliczka imitująca tablicę rejestracyjną głosi, że ma na imię Krzysiek. Wcześniej nigdy nie przeszło mi przez myśl, kiedy ostatnio ten Krzysiek przespał całą noc lub czy miał czas, by zjeść chociaż jedną kanapkę. Nie ciekawiło mnie to, że Krzysiek zatrzymujący się przed chwilą przed przejściem dla pieszych, bym mogła bezpiecznie przejść przez ulicę, jeszcze wczoraj mógł być 1000 kilometrów dalej. I co najważniejsze, nie interesowało mnie, kto na tego Krzyśka czeka w domu. 

Trzy do jednego dla transportu 

Mój mąż pracował jako kierowca jeszcze zanim się poznaliśmy. Jeździł w systemie 3/1, czyli trzy tygodnie był w trasie, a jeden tydzień w domu. Od początku więc widywaliśmy się tylko raz w miesiącu. Ale obiecał wtedy, że popracuje tak jeszcze tylko przez dwa lata. Czekałam więc z niecierpliwością na każde spotkanie i na ten moment, gdy będziemy mogli spotykać się częściej. Po obiecanym czasie nie zmieniło się jednak nic. Łukasz mi się oświadczył. Od razu zaczęliśmy planować ślub i wesele, na które, jak wiadomo, potrzeba nie miało pieniędzy. Pieniędzy, które mógł dać nam transport. 

Fot. Pixabay

W trasie 

Wiem, że niektóre dziewczyny kierowców jeżdżą z nimi w trasę. Ja jeszcze nie miałam takiej odwagi. Trochę mnie to przeraża, mam bowiem świadomość, jak wygląda codzienność Łukasza. Jeździ busem, a nie naczepą, nie ma więc żadnych ograniczeń w godzinach jazdy. Często jeździ prawie przez cały dzień. Śpi zaledwie godzinę lub dwie, bo jest już naprawdę zmęczony. Je jakieś gotowce, bo nawet nie ma czasu, by sobie coś odgrzać lub ugotować.  

Ale zdarza się też tak, że Łukasz stoi w jednym miejscu przez trzy dni i nie ma żadnego wyjazdu. Sama nie wiem, co lepsze. 

W transie 

Dzisiaj jesteśmy już pięć lat po ślubie. I coraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że nie dla każdego z kierowców, jak mogłoby się wydawać, transport to duże pieniądze. Transport to też nałóg. Szkodliwy dla zdrowia nawyk – przez długie przebywanie w jednej pozycji cierpi kręgosłup, nogi, ale też i mózg, który sprawia, że na pustej drodze przed oczami nagle pojawia się urojone zwierzę lub samochód. Zakorzenione przyzwyczajenie – wracając do domu po trzech tygodniach w trasie trudno odnaleźć się w miejscu pełnym ludzi, a idąc na zakupy – pamiętać, że dzisiejszego obiadu nie zje się samemu.  

Bycie kierowcą zawodowym uzależnia. I chociaż życie w trasie to trud i poświęcenie, to jest w tym wszystkim coś, co mimo łez pojawiających się w oczach bliskich wraz z każdym pożegnaniem, wciąż zachęca do kolejnego wyjazdu. Jest to coś, czego nie ogarniam. I w przeciwieństwie do spedytora, który, jak w jednym z dowcipów, nie ogarnia, bo jest w transie, ja nie ogarniam, bo mnie w tym transie nie ma.  

 

Imiona zostały zmienione. 

Wysłuchała Karolina Binek 

Zobacz także
Wasze komentarze