SEBASTIAN SZYMCZAK/MD

Niewiarygodne. Czy wiara w Boga pomaga w rozwiązywaniu zagadek? 

4 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Niewiarygodna, ale jednak prawdziwa historia opisana w nagrodzonym Pulitzerem artykule T. Christiana Millera i Kena Armstronga, doczekała się genialnej ekranizacji. Choć ośmioodcinkowy miniserial dostępny na Netflixie jest już od września zeszłego roku, to ja obejrzałam go dopiero teraz. Ta historia nauczyła mnie czegoś ważnego.

Na samym początku chcę zwrócić uwagę na to, że nie trzeba znać historii przedstawionej w nagrodzonym artykule, by obejrzeć serial. Ba! Warto po prostu wciągnąć się w serialową opowieść, ponieważ finał prawdopodobnie zaskoczy nas bardzo mocno. Od razu pragnę również przestrzec, że choć historia jest brutalna, po prostu trzeba o niej mówić. To policyjne śledztwo może nas ostrzec przed wieloma przykrymi procederami, które niestety są obecne w naszym społeczeństwie.  

Kobiety kobietom 

Mary została zgwałcona. Doznała nie tylko fizycznego, ale przede wszystkim psychicznego  uszczerbku na zdrowiu. Cały jej problem polegał jednak na tym, że choć miała na ciele widzialne oznaki gwałtu, sprawca ukrył wszelkie ślady, które mogłyby go ujawnić. Dlatego również (zgodnie z logiką lokalnych policjantów [sic!]) uznano, że Mary zmyśliła całą historię. Choć brzmi to jak okrutny żart, to historia ta wydarzyła się naprawdę – w amerykańskim Lynnwood w 2011 roku. Niestety, brak dowodów był tylko czubkiem góry lodowej śledztwa i zagadki znalezienia sprawcy, jak się okazało, nie tylko jednego przestępstwa.  

Detektywi Grace i Karen nigdy wcześniej się nie znały. Dzięki temu, że Grace połączyła kilka niezwykle ważnych wątków w sprawie pozornie przypadkowego gwałtu, którą prowadziła, zgłosiła się do Karen, która miała podobny przypadek. Obie policjantki, choć działające w zupełnie innych stanach, wyróżniają się (używam czasu teraźniejszego, ponieważ do dzisiaj tam pracują) delikatnością, ale jednocześnie determinacją i odwagą w swoim fachu. Ich wspólne działanie rozpoczyna całą historię śledztwa, które prowadzone było w 2011 roku w Colorado.  

>>> „Historia małżeńska” męskim i kobiecym okiem redaktorów misyjne.pl [RECENZJA]

Być może właśnie fakt, że są kobietami, sprawił, że podeszły do sprawy nieco inaczej, niż wcześniej zrobili to lokalni detektywi, którzy uznali, że brak dowodów świadczy o kłamstwie zgwałconej dziewczyny. To właśnie początek tego serialu opowiada o tym, dlaczego tak wiele ofiar nie zgłasza przestępstwa organom władzy. Prócz lęku związanego z „udowodnieniem” bycia ofiarą (sic!), muszą przejść przez cały proces powtarzania swojej historii, podejmowania się nieprzyjemnym badaniom i stresującym przesłuchaniom (tak jakby jedna rozmowa nie wystarczyła). Łatwiej im nie podchodzić do tego procesu, niż przechodzić cały, w gruncie rzeczy nieprzyjazny dla ofiary przebieg śledztwa. Nie mówiąc już o sytuacji, w której ktoś oskarża ofiarę o kłamstwo (polecam przeczytać pozytywne reakcje ofiar na pomysł przedstawienia ich historii w netflixowym serialu).  

>>> 1917. Wojna, która była naprawdę [RECENZJA]

Oto ja, poślij mnie! 

Czy można być godnym wiary? Tytułowy trik językowy („Niewiarygodne”) odnosi się w sposób oczywisty do historii związanej ze śledztwem, ale moim zdaniem ma także drugie dno. Niezwykle urzekła mnie jedna scena, w której detektyw Karen wiezie samochodem jedną z ofiar. Okazało się wtedy, że ma na desce rozdzielczej przyklejoną karteczkę z napisem „Oto ja, poślij mnie” (Iz 6,8). Okazało się, że Karen jest chrześcijanką. Ten cytat z Pisma świętego ma jej przypominać, że została posłana przez Boga, żeby z pewnymi rzeczami „zrobić porządek”. Przez dalszą część serialowej opowieści mamy do czynienia z ciekawym wątkiem konfrontacji wierzącej detektyw Karen i niewierzącej detektyw Grace. Osobiście niezwykle spodobał mi się ten motyw, nawet jeśli był tylko wymysłem scenarzystki serialu. Dlaczego? 

Fot. Netflix (screenshot)

Przemawia za tym właściwie cała historia, przedstawiona w perspektywie… wiary w Boga.  

Cały proces śledztwa nie był taki jak w wielu hollywoodzkich filmach, w których znalezienie DNA przestępcy równoznaczne jest z jego złapaniem. Cały proces dochodzenia do prawdy był w tym przypadku, można powiedzieć, nawet nudny: setki telefonów, które w rezultacie nic nie dały, przesłuchania osób, które okazywały się niewinne, przeszukania, które nic nie wykazały i tak dalej.  

„To, że nie widzimy drogi, nie oznacza, że jej nie ma” – mówi detektyw Karen w jednej ze scen, w której znów okazało się, że śledztwo zaszło w ślepy zaułek.

Tak jest przecież wiele razy w naszym życiu. Każdy z nas ma swoje problemy i osobiste kryzysy. Może się wtedy wydawać, że modlitwa nic nam nie daje, jest tylko pustym powtarzaniem słów Pisma Świętego czy modlitw. Pytamy się wtedy Boga: „gdzie jesteś?”, „dlaczego do tego dopuszczasz?”. A jednak, Bóg wciąż jest, mimo że pozwala chwilowo, by wygrało zło. On jest dobry, a Jego dobroć zawsze zwycięża. Tego nauczyła mnie ta historia. Zachęcam do obejrzenia! 

Zobacz pozostałe #RecenzjeZofii

Zobacz także
Wasze komentarze