fot. Youtube/Warner Bros Polska

Rewolucjonista w szlafroku [RECENZJA] 

Sezon nagród filmowych za rok 2025 wkracza w decydującą fazę. Już kilka tygodni temu ogłoszono nominacje do Złotych Globów (nagrody przyznawane przez Golden Globe Foundation), już 11 stycznia poznamy laureatów tych statuetek. Jeszcze w styczniu (22) poznamy też nominacje do najważniejszych nagród filmowych – Oscarów. Zwycięzców zaś poznamy 16 marca. Film, który w tym momencie uznawany jest za najpoważniejszego kandydata do tego, by być najlepszym filmem minionego roku dostępny jest już… w streamingu. 

Sezon nagród filmowych to oczywiście nie tylko Złote Globy i Oscary, ale i szereg pomniejszych nagród – przyznawanych przez zrzeszenia krytyków z różnych miast czy poszczególne filmowe grupy zawodowe. I jak się okazuje, zwycięzcą wielu tegorocznych rozdań nagród jest film, który dostępny już w Polsce na jednej z platform streamingowych – HBO Max. Posiadając konto na tej platformie – bez dodatkowych opłat możemy więc obejrzeć w domu film, który już sporo namieszał w tegorocznym sezonie nagród filmowych. I zapewne sporo jeszcze namiesza. Mowa o nowym obrazie Paula Tomasa Andersona – „Jedna bitwa za drugą”.   

Ojciec, córka i pewien oficer 

Nie jest to póki co zbyt częsta sytuacja, że film liczący się w sezonie nagród tak wcześnie możemy obejrzeć w streamingu. Warto więc skorzystać z tej możliwości i obejrzeć tę produkcję. Sam też tak zrobiłem i zanim opowiem o niej więcej, to podzielę się skróconą oceną. Ja „Jedną bitwę po drugiej” oceniam na siedem na dziesięć. Jeśli komuś zależy wyłącznie na ocenie liczbowej i na jej podstawie ocenia, czy warto zobaczyć film – może skończyć lekturę w tym momencie. Z całą resztą podzielę się kilkoma spostrzeżeniami.  

fot. Youtube/Warner Bros Polska

„Jedna bitwa po drugiej” to film, którego akcja rozgrywa się zasadniczo współcześnie. Zasadniczo, ponieważ rzeczywistość niby przypomina nam Amerykę A.D. 2026 – a jednocześnie im dłużej trwa seans, tym bardziej widzimy, że to jednak obraz w krzywym zwierciadle. Bo film ten to czarna komedia, choć na pierwszy rzut oka wcale nie tak łatwo widzowi dojrzeć te komediowe elementy. Głównym bohaterem jest Pat Calhoun (albo też Bob Ferguson), w którego wciela się Leonardo DiCaprio. Jest liderem grupy rewolucjonistów walczących o prawa uciśnionych – m.in. osób w kryzysie uchodźczym znajdującym się na granicy z Meksykiem. French 75, któremu przewodzi, dokonuje skutecznego ataku na więzienie dla migrantów. Wkrótce też na świat przychodzi Charlene, córka Pata i Perfidii Beverly Hills (czarnoskórej – w tym filmie to bardzo ważne), członkini French 75. Mężczyzna chce się ustatkować i zacząć spokojne życie u boku córki i partnerki. Ale Perfidia plany ma inne – kontynuuje działalność rewolucyjną. W efekcie zostaje aresztowana. Wydaje jednak innych członków French 75, dzięki czemu udaje jej się uniknąć kary i spędzenia wielu lat za kratkami. No, zawdzięcza to też wstawiennictwu oficera Stevena J. Lockjawa, z którym romansuje. Mija kilkanaście lat. Pat, jako Bob, ukrywa się przed Lockjawem na pustyni wraz z Willą, swoją córką. Oficer, wróg French 75, wpada na ich trop. Z pomocą wojska porywa Willę, a Pat rusza, by uratować córkę.  

Gra z widzem 

Ojciec ruszający na poszukiwania uprowadzonej córki – brzmi to pewnie trochę jak scenariusz „Uprowadzonej” z Liamem Neesonem. Pozory jednak mylą, bo choć uprowadzenie Willi jest momentem napędzającym akcję – to jednak ta rozwija się w bardzo zwariowany sposób. Najpierw mieliśmy trochę przydługawy wstęp, w którym akcja rozwijała się powoli. Miałem nawet początkowo poczucie znudzenia – pewnie stąd ostatecznie oceniłem film na 7/10. W momencie porwania córki Pata – i rozpędzenia się akcji – jako widzowie zaczynamy sobie coraz mocniej uświadamiać, że nie oglądamy klasycznego filmu akcji – a raczej parodię tegoż gatunku. Pat ma nawet problem, by wyruszyć na poszukiwania córki – gdy odbiera telefon od organizacji, w której niegdyś działał, nie może się nawet dogadać. Nic dziwnego – jest na haju. Sporym problemem okazuje się nawet uzyskanie pomocy od organizacji – bo przecież po kilkunastu latach nadużywania alkoholu i narkotyków zwyczajnie… nie pamięta tajnych haseł. Na ratunek porwanej córce rusza też… w szlafroku. I właściwie będzie w nim chodził do końca filmu. Widzę w tym jakieś puszczenie oka do filmów z superbohaterami w tle. Bo oto Anderson daje nam przykład antysuperbohatera, który ma więcej szczęścia niż rozumu. Choć, żeby oddać mu sprawiedliwość, bardzo kocha córkę i to z miłości do niej staje w szranki z okrutnym Stevenem J. Lockjawem. Trzeba przyznać, że twórcy bardzo inteligentnie wpletli w fabułę filmu treści parodytcyzne – zachęcając widza do gry w to, ile uda im się zauważyć. Bo nie wszystko da się od tak wyłapać.  

fot. Youtube/Warner Bros Polska

Komedia z nutą goryczy 

Nie zdradzam szczegółów pogoni za Lockjawem i poszukiwania Willi, żeby nie odbierać Wam przyjemności oglądania (będzie też wątek kościelny z zakonnicami – potraktujcie go z przymrużeniem oka, taka jest konwencja tego filmu). Ale nie omieszkam wspomnieć, że pod płaszczykiem tej czarnej komedii dostajemy tak naprawdę opowieść poruszającą wiele wrażliwych społecznie kwestii – na czele z kryzysem uchodźczym i kwestią rasowości. Paul Tomas Anderson przypomina nam, że rasizm w USA (i nie tylko – tak naprawdę wszędzie) wciąż ma się bardzo dobrze. Biali mężczyźni wciąż wiodą prym – i to mocno widać w „Jednej bitwie po drugiej”. Zresztą, kwestia rasowości stoi za powodami pogoni Lockjawa za Patem i Willą. Oficer pragnie bowiem dołączyć do tajnej organizacji dbającej o czystość rasy. Komediowy charakter filmu to więc tylko płaszczyk do historii bardzo gorzkiej, którą zapamiętamy na długo. Na pewno seans zadziała na nas oczyszczająco – i powinien skłonić do refleksji. Bo Anderson pokazuje, do czego prowadzą ekstremizmy – z każdej strony politycznej barykady. Twórca pokazuje nam, jak wielkim niebezpieczeństwem jest zamknięcie i brak zrozumienia innych. I jak wielkim darem jest wolność. Im bardziej rozwijał się seans, tym bardziej zdawałem sobie sprawę z gorzkości tej historii. Gorzkości – jak się domyślam –zamierzonej. 

fot. Youtube/Warner Bros Polska

DiCaprio i Penn 

Sami sprawdźcie, jak dla poszczególnych bohaterów zakończy się ta historia. Jeśli przebrniecie przez wspomniany przydługawy, trochę chaotyczny wstęp – to się w nią naprawdę wciągniecie. I bardzo polubicie nieporadnego życiowo Pata vel Boba. Przyznam, że to dla mnie jedno z lepszych filmowych wcieleń Leonardo DiCaprio. Aktor przekonująco wcielił się w rolę ojca zatroskanego o los córki, zmagającego się jednocześnie z różnymi używkami i własnymi problemami. Choć chyba jeszcze lepszym występem aktorskim jest Sean Penn. Jego oficer Steven Lockjaw jest niesamowicie przerażający i już od pierwszych chwil budzi skojarzenia nazistowskie. Zresztą – nie bez powodu. Tak wyrazistego czarnego bohatera dawno w kinie nie widziałem. Plusów „Jedna bitwa po drugiej” ma zresztą znacznie więcej (począwszy od tego, że jest to film świetnie wyreżyserowany – Paul Tomas Anderson nieprzypadkowo dostaje za niego nagrody). Ja na koniec chcę wspomnieć o warstwie wizualnej. Moją uwagę zwrócił sposób prowadzenia kamery. Bardzo często kadry są „ruszane”, takie chaotyczne, jakby film kręcony był momentami z ręki (być może tak było). Świetnie to wpasowało się w rewolucyjny klimat obrazu. Dawno aż tak bardzo nie zwróciłem uwagi właśnie na warstwę zdjęciową. Pozostaje mi więc zachęcić Was do obejrzenia „Jednej bitwy po drugiej” na platformie HBO Max. I do śledzenia sezonu nagród filmowych – niedługo nominacje do Oscarów, film Andersona dostanie ich wiele. A i samych Oscarów pewnie kilka dostanie. 

fot. Youtube/Warner Bros Polska
Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze