March for Life 2015, Washington D.C.

Wyrwać się z okowów! O filmie „Pełnia życia”

2 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Młody, pełen życia mężczyzna zapada na chorobę, która powoduje paraliż i do końca życia przykuwa do łóżka. To idealny scenariusz na… film moralizatorski i patetyczny. „Pełnia życia” ma taki scenariusz, ale klimat ma już inny.  

 

Według wielu krytyków film nie odkrywa niczego nowego w kinie, a wręcz odtwarza to, co już widzieliśmy na wielkim ekranie. Dla mnie jednak – zwykłego widza, nie krytyka – był to po prostu hymn na cześć życia, także jeśli oznacza ono cierpienie, wyzwanie, problemy. W recenzjach „Pełni życia” można przeczytać, że jest dziełem poprawnym do bólu. I może rzeczywiście nie zaskakuje, jest dość przewidywalne. Jednocześnie prawda, którą pokazuje, może zaboleć: „warto żyć, także wtedy, gdy wydaje nam się, że nic nie ma sensu”. Oczywiście – Czytelniku – możesz powiedzieć, że to banał i czcza gadanina. Prawda i piękno niekiedy mogą być i banalne. I jednocześnie prawdziwe.  

 

Film opowiada prawdziwą historię Robina Cavendisha i jego żony, Diany. Poznajemy go jako energicznego, kochającego ruch i przygody mężczyznę. Przez to cios, jaki zadaje mu życie (polio i pełen paraliż) jest tym bardziej dotkliwy. Od etapu „pełni życia” przed chorobą przechodzimy do człowieka w pełni uzależnionego od funkcjonowania respiratora. Nie jest to jednak tylko studium choroby i cierpienia. To coś więcej. 

 

Film pokazuje, jak wiele można zdziałać w sytuacji – wydawało się – beznadziejnej. Wtedy, gdy wydaje nam się, że nie możemy zrobić nic nawet dla siebie. Okazuje, że możemy właśnie wtedy! I nawet wtedy jesteśmy w stanie zrobić wiele dla innych. „Wiele”? To za mało! Możemy zmienić ich życie! Chory na polio Robin, dzięki sile i wytrwałości żony (gra ją znana z głównej roli w „The Crown” Claire Foy) – postanawia wyrwać się okowów szpitala. Nie chce być przykutym do łóżka paralitykiem. W jego plan nie wierzą jednak lekarze. On jednak, dzięki pomocy znajomych, konstruuje łóżko/wózek/respirator, który pozawala mu wrócić do domu, a nawet podróżować! To oczywiście historia bajkowa i gdyby nie zamożność małżonków i ich rodzin, niemożliwa do realizacji. Jeden warunek, który musieli spełnić i bez którego nawet fortuna by nie mogła, jest jednak najważniejszy – to chęć walki o lepsze, dobre życie. No i historia wydarzyła się naprawdę (w latach pięćdziesiątych XX w.). 

W filmie nie bez znaczenia jest oprawa: muzyka, która ma poruszać, znakomite zdjęcia, które mają zachwycać. Dzięki temu widzowie łatwo odczuwają siłę miłości łączącej bohaterów, przerażenie Robina, kiedy będzie na skraju śmierci i wreszcie wielki zachwyt z doświadczania rzeczy, które wydawały się mu już na zawsze poza zasięgiem.  

 

W „Pełni życia” widzimy człowieka, który od pragnienia śmierci przechodzi do pragnienia życia, niezależnie od niesprzyjających warunków. To także lekcja dla wszystkich nas. Życie nigdy nie będzie w pełni komfortowe. Nawet jeśli nie spotka nas ciężka choroba (tak jak Robina), to jeśli będziemy tego chcieli – znajdziemy tysiąc innych powodów, by narzekać, marnować szanse, które daje nam każdy kolejny dzień. Albo więc zostaniemy w tym stanie – przykuci do łóżka problemów (realnych i znalezionych) albo znajdziemy wózek i respirator, który pomoże nam wyrwać się okowów ku wolności i pełni życia! 

Wyrwać się z okowów! O filmie „Pełnia życia”
Oceń ten artykuł

Zobacz także
Wasze komentarze