fot. PAP/EPA/LUCA ZENNARO, DANIEL HEUER
Siła spokoju Leona XIV i algorytmy Donalda Trumpa [KOMENTARZ]
W historii wielokrotnie dochodziło do poważnych spięć, konfliktów, a nawet otwartych wojen między liderami państw (cesarzami, królami, prezydentami) a papieżami. Wynikały one zazwyczaj z walki o prymat w świecie chrześcijańskim, kontrolę nad majątkami kościelnymi lub różnic światopoglądowych.
Wszystkie przykłady dotyczą jednak odległej przeszłości. Aż tu nagle współcześnie problem ten powrócił – w postaci sporu Donalda Trumpa z Leonem XIV.
Król Francji Filip IV Piękny spierał się z papieżem Bonifacym VIII o prawo do opodatkowania duchowieństwa i zakres władzy papieskiej. Napoleon Bonaparte posunął się jeszcze dalej, bo dążąc do podporządkowania Kościoła swoim celom politycznym, uwięził papieża Piusa VII. W czasach najnowszych ostrych sporów między liderami państw demokratycznych a Watykanem nie było. Wszystko zmieniło się za sprawą Donalda Trumpa. Co ciekawe, prezydent Stanów Zjednoczonych postanowił zaatakować… pierwszego Amerykanina na tronie papieskim, a więc Leona XIV, ale ciekawostek w tej historii jest znacznie więcej.

Ta historia ma przede wszystkim dwa poziomy. To polityczne starcie, które między Białym Domem w Waszyngtonie w Bazyliką św. Piotra w Watykanie stara się wywołać prezydent Donald Trump. Jest i drugi poziom – poczucie mesjanizmu, politycznej misji, które towarzyszy nie tylko prezydentowi Trumpowi, ale także jego współpracownikom. Uważają oni, że mają do wykonania specjalną misję a we wszystkich ich działaniach mają wsparcie samego Boga.
Religijne metafory, które wywołują oburzenie
Przoduje w tym sekretarz obrony (od niedawna – sekretarz wojny) Pete Hegseth, który na początku kwietnia porównał ocalenie amerykańskiego lotnika zestrzelonego nad Iranem do zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Hegseth pozwolił sobie na taką metaforę tylko dlatego, że akcja ratunkowa miała swój finał w wielkanocną niedzielę. „Pilot został zestrzelony w Wielki Piątek, ukryty w jaskini przez całą sobotę, a wyleciał z Iranu o wschodzie słońca w niedzielę” – mówił sekretarz wojny. Wypowiedź wywołała oburzenie i zarzuty o używanie religijnego języka do celów politycznych i to w kontekście wojny z Iranem (co było dodatkowym powodem oburzenia). Co więcej, przed świętami Wielkiej Nocy Paula White-Cain, szefowa Biura Wiary Białego Domu (czyli odpowiedniczka polskiego prezydenckiego kapelana), porównywała obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych do postaci Jezusa z Nazaretu, pokazując, że tak jak cierpiał kiedyś Jezus Chrystus, „tak dzisiaj cierpi i jest prześladowany Donald Trump”.

Od zachwytu do ostrej krytyki
Od kościelnych i religijnych aluzji Donald Trump nie stronił już przy okazji ubiegłorocznego konklawe. Gdy po śmierci papieża Franciszka cały katolicki świat (i nie tylko) oczekiwał na wybór nowego papieża, Donald Trump zamieścił w mediach społecznościowych grafikę, na której to on prezentował się na nowego Ojca Świętego. Ten żart – przez wielu katolików (także przez duchowieństwo) – został oceniony jako niesmaczny i nie na miejscu. Gdy później okazało się, że nowym papieżem został kard. Robert Prevost, Amerykanin, Donald Trump napisał: „Jakie to ekscytujące i jaki wielki zaszczyt dla naszego kraju. Nie mogę doczekać się spotkania z papieżem Leonem XIV”. Do tej pory jednak do tego spotkania nie doszło (a przecież za chwilę minie rok pontyfikatu papieża Amerykanina). A i relacje prezydenta i papieża się zmieniły…

Donald Trump dość szybko przeszedł od zachwytu do ostrej krytyki Ojca Świętego. Ostatnie dni przyniosły najostrzejszej jej odsłonę. Prezydent USA – na swoim profilu na Truth Social – opublikował grafikę, na której wystąpił w roli Jezusa uzdrawiającego chorego mężczyznę. Trump tłumaczył, że występował na niej w roli lekarza, a nie Jezusa. Ostatecznie wpis usunął, by uniknąć „dezorientacji”. Jednak ostatnie miesiące – co podkreślają komentatorzy – to festiwal dezorientacji, którą funduje wszystkim prezydent USA. I to nie tylko w relacjach z Watykanem, ale także na innych płaszczyznach relacji międzynarodowych. Widać to było chociażby wokół dyskusji na temat przejęcia Grenlandii czy obecnie, podczas interwencji w Iranie, której strategia trudna jest do zrozumienia nawet dla wytrawnych ekspertów wojskowych.
Przesłanie pokoju Leona XIV i wojenna eskalacja Donalda Trumpa
Papież Leon XIV od początku swojego pontyfikatu głośno i stanowczo wypowiada się na temat pokoju. Modlitwę w tej intencji oraz dyplomatyczne zabiegi uczynił jednym z najważniejszych tematów ostatnich miesięcy. „Niech pokój będzie z wami wszystkimi, najdrożsi bracia i siostry” – tak przecież brzmiały pierwsze słowa wypowiedziane przez Leona XIV tuż po jego wyborze na Stolicę Piotrową (8 maja 2025 roku). Z tych słów uczynił fundament wielu wystąpień i homilii. W swoim nauczaniu Leon XIV stawia pokój jako absolutny priorytet, mocno kwestionując współczesną zasadność koncepcji „wojny sprawiedliwej”. A przecież za taką uznaje amerykańska administracja „prewencyjną interwencję w Iranie”. Zdaniem Ojca Świętego i wielu rzymskich kurialistów wojna prewencyjna nie może być sprawiedliwa. Jeśli już można o niej mówić, to tylko w niektórych aspektach wojny obronnej, prowadzonej w imię obrony terytorium przed napastnikiem. Ojciec Święty podkreślał, że „Bóg nie słucha modlitw tych, którzy prowadzą wojnę”, a konflikt zbrojny jest ostatecznością, często wynikającą ze złości ludzi, a nie z woli Bożej. Te słowa nie mogły spodobać się Trumpowi, który – co dodaje sprawie jeszcze większego paradoksu – w kampanii wyborczej obiecywał Amerykanom, że będzie kończyć konflikty. A na razie je otwiera.

Co więcej, Trump uważa że „zbawia przy tym świat” i oczekuje za to wdzięczności. I przy okazji… pokojowej Nagrody Nobla. Gdy prezydent Donald Trump, zirytowany brakiem sukcesów w irańskiej operacji, zapowiedział unicestwienie jej cywilizacji, Leon XIV ocenił te apokaliptyczne zapowiedzi za niedopuszczalne. „Trzeba odrzucić wojnę, zwłaszcza tę określoną przez wiele osób jako niesprawiedliwą. Eskalacja trwa i nie rozwiązuje niczego, powoduje światowy kryzys ekonomiczny, kryzys energetyczny i wielką niestabilność. Należy powrócić do stołu, by znaleźć rozwiązania. I pamiętajmy szczególnie o niewinnych, o dzieciach, o ludziach starszych i chorych” – mówił wtedy papież. Leon XIV nie zrobił nic więcej, jak tylko przypomniał nauczanie Kościoła. Mimo wszystko gniew Trumpa był duży. „Nie chcę papieża, który krytykuje prezydenta Stanów Zjednoczonych, bo robię dokładnie to, do czego zostałem wybrany” – stwierdził. Ocenił też, że „papież jest słaby w kwestii przestępczości” i „fatalny w polityce zagranicznej”.
Dyplomacja ustępuje miejsca sile
Donald Trump nie powinien być jednak zdziwiony takim stanowiskiem papieża i Watykanu, bo przecież już w styczniu, na spotkaniu z dyplomatami, Ojciec Święty mówił o „szkodliwej modzie na wojnę”. Z kolei podczas modlitewnego czuwania w Niedzielę Palmową mówił, że Bóg to król pokoju, że Bóg odrzuca wojnę. I że Bóg nie może być wykorzystywany do usprawiedliwienia wojny. „Odłóżcie broń – pamiętajcie, że jesteśmy braćmi” – apelował. Te stanowcze słowa padły w Watykanie. Z kolei na amerykańskiej ziemi doszło do napięcia między urzędnikami amerykańskiej administracji a nuncjuszem apostolskim w USA. Przedstawiciele Pentagonu przekazali nuncjaturze stanowisko, które było odpowiedzią na papieskie orędzie dotyczące sytuacji na świecie. Jak podał portal The Free Press, podsekretarz obrony ds. polityki Elbridge Colby wezwał kardynała Christophe’a Pierre’a na zamknięte spotkanie. Rozmowa miała dotyczyć krytyki amerykańskiej polityki militarnej wyrażonej przez papieża Leona XIV. Sekretarz obrony Pete Hegseth i inni wysocy rangą urzędnicy Pentagonu mieli być szczególnie oburzeni przemówieniem papieża z 9 stycznia, w którym wyrażał obawy, że w działaniach obecnej administracji dyplomacja ustępuje miejsca sile, a rośnie entuzjazm dla wojny. Spotkanie miało być bardzo emocjonalne. Colby miał wezwać Kościół do zacieśniania współpracy w strategicznych stanowiskach USA, więc spotkanie zostało ocenione jako bezprecedensowy sposób nacisku na Kościół katolicki. Bezprecedensowy, bo choć do napięć na linii Watykan – Waszyngton dochodziło także podczas pontyfikatu Jana Pawła II, to nigdy nie przybrało to aż tak otwartego i ostrego konfliktu.

W 2003 roku, podczas inwazji Stanów Zjednoczonych na Irak, Jan Paweł II potępił atak USA na Bagdad, wskazując, że operacja militarna amerykańskiej administracji nie spełnia warunków wojny sprawiedliwiej. Napięcie między Stolicą Apostolską a Białym Domem było wtedy wyczuwalne, ale nie wywołało aż takiej połajanki ze strony Waszyngtonu. Były to jednak inne czasy, bez mediów informacyjnych rozwiniętych na dużą skalę i przede wszystkim bez mediów społecznościowych, których algorytmy promują treści wywołujące silne emocje, często kosztem rzetelności informacji.
Do kolejnej odsłony tej historii doszło w lutym. Stolica Apostolska odrzuciła wtedy zaproszenie Białego Domu do wizyty 4 lipca (w Dniu Niepodległości). Watykan planuje jednak w tym czasie wizytę papieża na włoskiej wyspie Lampedusa. Gest zinterpretowany został jako symboliczny, bo Watykan dał nim znać, że urodzony w Chicago papież raczej nie odwiedzi ojczyzny z okazji obchodów 250. rocznicy powstania Stanów Zjednoczonych.
Sacrum i profanum
I tu ważne zastrzeżenie. Bo tak jak wysoka temperatura relacji papieża i prezydenta Stanów Zjednoczonych jest czymś nowym, tak mesjanistyczne uniesienia amerykańskich polityków już nie. Trzeba bowiem wiedzieć, że to co w Europie bywa rzadkością, za oceanem bywa codziennością. Większość europejskich polityków hołduje bowiem zasadzie, według której polityka i religia (tron i ołtarz) są od siebie oddzielone. Choć i to podejście – w niektórych krajach – ulega powoli zmianie. Natomiast w Stanach Zjednoczonych sfery profanum i sacrum mocno się ze sobą przenikają. Widać to między innymi w przemówieniach amerykańskich polityków (szczególnie republikanów), którzy decyzje często uzasadniają religią i podpierają je cytatami z Pisma Świętego.
Trump nie odkrył Ameryki
I tak było też w przeszłości. Politycy amerykańscy wielokrotnie podkreślali, że wypełniają misję daną od Boga. Takie uzasadnienie padło w trakcie wojny przeciwko Hiszpanii (z końca XIX wieku), czy podczas kolonizowania Filipin. W polityce amerykańskiej regularnie pojawiały się alegorie, które pokazywały Amerykę jako twór o charakterze nadprzyrodzonym, boskim. Padały nawet porównania Stanów Zjednoczonych do Nowego Jeruzalem. I choć obecnie wiele emocji i komentarzy wzbudziła grafika Donalda Trumpa stylizująca go na Jezusa (lekarza), to amerykańska polityka zna już takie przykłady. Na początku XIX wieku prezydent George Washington był przedstawiany po śmierci w sposób hagiograficzny, nawet w kontekście zmartwychwstania i wniebowstąpienia, co wpisywało się w budowanie jego kultu jako „ojca narodu”. Najdobitniej widać to w Rotundzie Kapitolu Stanów Zjednoczonych (czyli siedziby amerykańskiego Kongresu), której kopułę zdobi Apoteoza Waszyngtona. To ogromnych rozmiarów fresk pędzla włoskiego malarza Constantino Brumidiego. Przedstawia Jerzego Waszyngtona, pierwszego prezydenta USA, wznoszącego się do nieba i stającego się istotą boską. Znając tę historię, tę perspektywę można dojść do wniosku, że Donald Trump „nie odkrył Ameryki na nowo”, a jedynie skopiował poprzednie pomysły. Jednak zrobił to bardziej wulgarnie i z dużą domieszką populizmu.

Ten mesjanizm Donalda Trumpa może jednak obrócić się przeciwko niemu, bo przecież już w ruchu MAGA (Make America Great Again – czyli „uczyńmy Amerykę znów wielką”), stanowiącym do tej pory trzon poparcia dla Trumpa, pojawia się coraz więcej zarzutów wobec prezydenta Stanów Zjednoczonych. Najdalej poszedł Joe Rogan (znany podkaster ruchu MAGA), który nazywa Donalda Trumpa… antychrystem, „bo nie spełnia już pokładanych w nim nadziei”. Niektórzy członkowie ruchu MAGA mówią też, że prezydent „ma Boga na sztandarach, a krew na rękach”. Te słowa mogą dziwić, ale pamiętajmy, że w przypadku części wyborców Donalda Trumpa i jego zwolenników można mówić nie tylko i wyłącznie o zwolennikach, ale wręcz o wyznawcach. A wtedy takie określenia jak „Bóg” czy „antychryst” znajdują miejsce także w politycznym słowniku.
Papież prezydent się nie boi
Tymczasem papież konsekwentnie, spokojnie, bez zbędnych emocji robi to, co do niego należy. „Nie boję się administracji Trumpa” – tymi słowami rozpoczął swoją podróż apostolską do Afryki. A zakończył wypowiedzią o „nie do końca prawdziwej narracji, jaka powstała, od kiedy prezydent Stanów Zjednoczonych wygłosił pewne oświadczenia na mój temat”. Afrykańska pielgrzymka papieża upłynęła w cieniu jego starcia z prezydenta USA, a z przemówień papieskich dziennikarze wyłapywali słowa na temat „tyranów, którzy niszczą świat” i „naginają religię i nawet samo imię Boga do własnych celów wojskowych, ekonomicznych i politycznych”. Słowa te odebrano jako recenzję działań amerykańskiego przywódcy, ale Leon XIV stwierdził jasno, że przemówienia, które wygłasza podczas pielgrzymki, powstały dwa tygodnie wcześniej. „To było znacznie wcześniej, to przesłanie pokoju, które krzewię, zanim prezydent USA wygłosił komentarze na mój temat. A jednak zostało to zinterpretowane tak, jakbym sam starał się znów prowadzić z nim debatę, a to w ogóle nie leży w moim interesie” – zaznaczył Ojciec Święty. Podkreślił tez że w ostatnim czasie powstała narracja, „która nie była dokładna we wszystkich aspektach”. Leon XIV dodał, że „większość tego, co napisano od tamtego czasu, to były komentarze do komentarzy z próbą interpretacji tego, co zostało powiedziane”. Ojciec Święty ewidentnie starał się wyciszyć tę dyskusję. Zauważył to też amerykański wiceprezydent J.D. Vance, który wcześniej nie stronił od ostrej krytyki wobec papieża. Tym razem stwierdził: „Jestem wdzięczny papieżowi Leonowi za to, że to powiedział. Podczas gdy narracja w mediach nieustannie podsyca konflikt – a prawdziwe nieporozumienia miały i będą miały miejsce – to rzeczywistość jest często dużo bardziej skomplikowana”. Wiceprezydent dodał, że „papież Leon naucza o Ewangelii tak, jak powinien, i to nieuchronnie będzie oznaczało, że będzie przedstawiał swoje opinie na temat aktualnych kwestii moralnych”. „Prezydent i cała administracja pracują, by wdrożyć te moralne zasady w skomplikowanym świecie” – napisał amerykański wiceprezydent. „Papież będzie w naszych modlitwach i mam nadzieję, że my będziemy w jego” – zakończył Vance.
Po tych słowach ataki słowne Donalda Trumpa wobec papieża Leona XIV ucichły, choć zapewne można spodziewać się kolejnych. Dotychczasowe odsłony tej historii pokazują jednak jasno, który jej bohater wykazuje się siłą spokoju, a który wybiera siłę algorytmów. Mimo wszystko dobrze by było, by prędzej niż później prezydent Donald Trump spotkał się z Leonem XIV. Nie od dziś wiadomo, że bezpośrednie spotkania i rozmowy działają sto razy lepiej niż komunikacja przez media społecznościowe.
| Galeria (1 zdjęcie) |
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
USA: rekordowe poparcie dla Trumpa wśród katolików
W rocznicę swego wyboru Papież pojedzie do sanktuarium Matki Bożej Pompejańskiej
Nowe pokolenie księży w USA. Dane pokazują wyraźne trendy





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny