fot. Facebook Centrum Formacji Rodzin
„Stół na czterech nogach”. Jak budować trwałe małżeństwo? [ROZMOWA]
W małżeństwie, jak przy stole, potrzebne są cztery nogi: komunikacja, modlitwa, intymność i zgoda na rany. Ojciec Walenty – franciszkanin z Kobylina zaprasza na warsztaty, które przywracają relacjom głębię i bliskość.
Karolina Binek (misyjne.pl): Czym jest Centrum Formacji Rodzin i dlaczego powstało akurat w Kobylinie?
Ojciec Walenty: Centrum Formacji Rodzin jest stowarzyszeniem działającym od marca tego roku. Ale w praktyce już od pięciu lat prowadzimy w Kobylinie duszpasterstwo rodzinne. Zauważyliśmy, że ludzie dobrze czują się w naszym klasztorze, a jednocześnie wiele małżeństw zaczęło się do nas zgłaszać z prośbą o pomoc. Rozpocząłem również prowadzenie rekolekcji „Zbliżenie”, podczas których poznałem trochę małżonków. Z czasem okazało się, że potrzebują oni różnych form pomocy. Dlatego zdecydowaliśmy się najpierw na organizowanie dni skupienia, warsztatów z komunikacji w małżeństwie, a później wielu innych spotkań.
Warsztaty z komunikacji w małżeństwie? Przecież mogłoby się wydawać, że skoro ktoś jest już po ślubie, to potrafi rozmawiać z mężem lub z żoną.
– Dla mnie samego było to zaskoczenie. Bo małżonkowie często nie mają czasu na rozmowę. W codzienności najczęściej albo się mijają, albo kłócą, albo po prostu domyślają, co drugie z nich myśli, z czego ostatecznie często powstają konflikty.
>>> Świecka misjonarka: nie chciałam wyjeżdżać. Dziś nie wyobrażam sobie życia bez Boliwii
W takim razie jak wyglądają warsztaty? Czego można się podczas nich nauczyć?
– Dwie panie – Katarzyna oraz Ilona – raz w roku jeździły na warsztaty „Obdarowane” i same przyszły zapytać, czy byłoby to możliwe, by zorganizować u nas coś podobnego. Podczas spotkania roboczego ustaliliśmy, że zorganizujemy warsztaty, które odbędą się w dziesięciu cyklach i będziemy poruszać podczas nich ważne, życiowe tematy. Zaczynamy zawsze od odpowiedzi na pytanie „Dlaczego Bóg stworzył kobietę?”. Dotykamy też emocji. Zrozumieć te kwestie nie jest łatwo, bo dla wielu osób odkrywcze jest, że w antropologii chrześcijańskiej uczucia są moralnie obojętne i że można zgodzić się nawet na takie uczucie jak agresja czy też złość. Uczucia są w porządku. Wszystkie uczucia. Pozostaje za to pytanie, co my z tymi uczuciami zrobimy. Często taka świadomość staje się dla kobiet w jakiś sposób uwalniająca. Poza tym w trakcie warsztatów opowiadamy o wartości kobiety, o relacjach, seksualności, odpoczynku, samotności. Wybraliśmy te tematy, słuchając kobiet oraz siebie nawzajem oraz i – co ważne – nasze spotkania są ułożone w taki sposób, że można dołączyć do warsztatów na każdym etapie. Spotykamy się w soboty. Każde warsztaty rozpoczynamy Eucharystią i jest to bardzo cenne dla nas wszystkich. Bo warsztaty często kojarzą się z ćwiczeniami lub poznawaniem jakichś metod, rozwiązań. A u nas jest inaczej. Rozpoczynamy spotkanie z Jezusem przy Jego stole Eucharystii. Podczas homilii z kolei poruszamy historie biblijnych kobiet. Później mamy konferencję tematyczną, na którą też zapraszamy gości. Następnie przychodzi pora na kawę. Jest gwar, są rozmowy. I okazuje się nagle, że kobiety, chociaż często to dla nich trudne, mogą bez problemu zostawić męża i dzieci samych w domu, a ci w dodatku doskonale sobie radzą.

Co Ojca najbardziej zaskoczyło, gdy zaczął Ojciec prowadzić te warsztaty?
– Zaskoczyło mnie, jak ogromną zdolność wchodzenia w relacje mają kobiety. Jeśli spodoba się u nas jednej kobiecie, często na kolejne warsztaty przyjeżdża już ze swoimi koleżankami. Poza tym mam też porównanie z warsztatami dla mężczyzn. Kobiety, gdy wchodzą na naszą salę, zaraz zaczynają ze sobą rozmawiać, chociaż się nie znają. Tymczasem mężczyźni odczuwają coś na kształt dyskomfortu – są wycofani, nie wiedzą, co ze sobą zrobić, czasem zaczynają zaglądać do telefonów albo żartować, by rozładować napięcie. Można powiedzieć, że to dwa różne światy.
Wspomniał Ojciec o tym, że kobieta wraca po warsztatach do domu i okazuje się, że mąż z dziećmi mogą się razem dobrze bawić i świetnie funkcjonować. To chyba często jest w jakiś sposób uwalniające i sprawiające, że pozbywamy się presji bycia ciągle w domu, którą same na siebie nakładamy.
– Kobiety są bardzo ofiarne i pracowite. Ale jednocześnie dużo jest w nich cierpienia i samotności, chociaż bardzo rzadko o tym mówią. I rzeczywiście nakładają na siebie ogromną presję.
Z Ojca doświadczeniem łatwo jest zauważyć moment, w którym kobieta otwiera się na treści prezentowane podczas warsztatów i wreszcie pozwala sobie na szczerość?
– Różnie to bywa. Najczęściej w takiej sytuacji gdy kobieta zaczyna mówić, to od razu chce wybuchnąć płaczem, bo tak wiele emocji się już w niej nagromadziło. Ale zdarza się też tak, że ktoś zaczyna mówić i zaraz się wycofuje, bo nie jest jeszcze w stanie przepuścić przez siebie wszystkich uczuć, których doświadczył. Aż przychodzi moment, w którym kobiety uświadamiają sobie, że są w życzliwym gronie, że nie są same ze swoimi problemami i że mogą wprost podzielić się tym, co czują. Co istotne – my dajemy im dużą swobodę, nie narzucamy na nie żadnej presji. Czasami ktoś potrzebuje więcej czasu do tego, by się otworzyć, czasami mniej.

A jak jest z mężczyznami? Co robi Ojciec, gdy widzi ich zagubionych na sali?
– Warsztaty dla nich prowadzę z moim przyjacielem z Bytomia – Waldemarem. Tak jak już wspomniałem – na początku mężczyźni często zaczynają żartować, żeby rozładować powstałe napięcie. Mam wrażenie, że to dla nich właśnie sposób na poradzenie sobie ze stresującą sytuacją. Później siadamy wszyscy do stołów i rozpoczyna się pierwsze ćwiczenie, podczas którego najczęściej panuje cisza. Podobnie jest podczas kolejnych. Wielu mężczyzn jest wtedy ciekawych, co będzie działo się dalej, o czym będą opowiadać i czy w ogóle potrafią opowiadać na przykład o sobie i o swoich odczuciach. Wydaje mi się, że kluczem wtedy jest cierpliwość i uszanowanie tempa, w jakim mężczyźni się otwierają. Po dwóch, trzech spotkaniach można już zauważyć, jak wszyscy idą dalej jako grupa. Często później jestem zdziwiony ich ogromną wrażliwością i miłością, jaką mają w sobie do dzieci. A wśród tego wszystkiego ukazuje się jeszcze lęk przed słabością, przed pokazaniem, że ja jako mężczyzna też czasem nie daję rady albo że coś mnie wzrusza.
Co kryje się pod tą męską skorupą? Czego dowiaduje się Ojciec o mężczyznach podczas warsztatów, gdy już „opadną maski”?
– Zawsze wtedy chodzi o miłość. Miłością jest żona. I często za zasłoną tego silnego mężczyzny kryje się chłopiec potrzebujący uznania, o którym trudno jest mówić. Niestety zazwyczaj kobiety są dość oszczędne, jeśli chodzi o podziwianie mężczyzn. Mężczyzna pracuje bardzo dużo, to jest oczywiste. Ale nie jest już takie oczywiste, by za tę pracę mężowi podziękować. Lubię porównanie mężczyzny do owłosionego dzika znajdującego się w lesie. Z jednej strony potrzebuje on kobiety, która go z tego lasu wyciągnie, bo jest przyzwyczajony do polowania w liściach. A z drugiej strony – jak już kobieta to zrobi, to mam wrażenie, że go zostawia. I brakuje tutaj doprowadzenia do więzi między nimi. Więzi, która w każdej relacji jest wyjątkowa, niepowtarzalna.
>>> Karmelitanka Dzieciątka Jezus: habit nie chroni nas przed trudnościami [ROZMOWA]
Zatem co my, kobiety, powinnyśmy robić, żeby mężczyźni czuli się docenieni i co powinni robić mężczyźni, by kobiety czuły się ważne?
– Pierwszą taką rzeczą jest chęć słuchania. To jest najcenniejsze, co mogą dać sobie mężczyźni i kobiety nawzajem. Wiemy, że mężczyźni mają tendencję do rozwiązywania problemów, a kobiety potrzebują po prostu zostać wysłuchane. I to niezależnie, czy opowiadają o pracy, czy o sprawach rodzinnych. I fajnie, jeśli kobiety odwdzięczają się tym samym.
Drugą ważną kwestią jest pięć języków miłości, o których wciąż niewiele osób słyszało. Warto poznać swój język miłości i język miłości swojej żony albo męża. Bo jeśli ktoś lubi robić drogie prezenty, a druga strona woli okazywać miłość poprzez dotyk, to trudno, by takie małżeństwo dobrze się dogadywało bez rozumienia swoich potrzeb.

Poza tym dobrze jest dowiedzieć się, jaki mamy temperament. Bo kobieta może być melancholiczką, a mężczyzna flegmatykiem. Albo kobieta może robić wszystko szybko, a mężczyzna woli się dłużej nad czymś zastanowić. Z doświadczenia wiem, że uświadomienie sobie tego, jaki mamy temperament może być uwalniające. Bo chociaż nie można go zmienić, to można nad nim pracować. Można pójść na kompromisy w przypadku, gdy na przykład kobieta chce prowadzić otwarty dom, a mężczyzna woli, gdy są sami.
I czwarta rzecz to przestrzeń na rany więzi. Dobrze jest założyć i zrozumieć, że jesteśmy ludźmi, którzy popełniają błędy. Ważne, by mieć świadomość, że żona lub mąż nie raz nas skrzywdzi, obrazi albo czymś bardzo dotknie. Ale nie zapominajmy, by o tym rozmawiać, by wyjaśnić sobie, dlaczego coś się stało, by reagować.
Mam wrażenie, że dziś poprzeczka w relacjach jest podniesiona bardzo wysoko za sprawą malowniczych opowieści internetowych, w których opowiada się o swoich sukcesach, przedstawia się z jak najlepszej strony. Trudno wtedy znaleźć przestrzeń na to, by być zadowolonym ze swojego życia, by się nie porównywać z innymi, by zrozumieć, że nikt nie jest doskonały, że nawet w małżeństwie możemy siebie nawzajem ranić.
>>> Z treningu na uwielbienie. Jak jedno spotkanie wywróciło życie Filipa do góry nogami [ROZMOWA]
Zatrzymajmy się na chwilę przy słuchaniu. Czasami zdarza się, że kobieta przychodzi do mężczyzny z jakimś problemem. Zamiast zostać wysłuchaną, słyszy słowa: „Co ja ci na to poradzę” albo „To jest twoja sprawa”. I nagle tak łatwo się odpalić, powiedzieć „Spadaj” albo „Nigdy mnie nie rozumiałeś”. Jak to wszystko ogarnąć, jak poprowadzić dalej tę rozmowę, by się nie pokłócić?
– Poruszyła pani teraz kwestię tzw. „odpalenia”. Kryje ono za sobą różne odłożone sprawy i wystarczy jedno hasło, jeden „guzik”, by wystartowała cała machina zażaleń. Nie wiem, czy można uniknąć takiej sytuacji bez rozmowy. Dobrze jest chociaż na chwilę się zatrzymać i zadać sobie pytanie: „Kochanie, ale o co tak naprawdę my się teraz kłócimy? Dlaczego jesteś na mnie zła?”. Jeśli małżonkowie się zatrzymują, wtedy wychodzą na światło dzienne różne nieprzepracowane i głęboko schowane potrzeby, pragnienia, konflikty. I można właśnie porozmawiać o nich na spokojnie. Ale można na siebie też nakrzyczeć i wtedy nic dobrego z tego nie wyniknie. Jak najszybciej zobaczyć, kiedy doszło do „odpalenia”? Wtedy gdy moja reakcja jest nieadekwatna do problemu czy sprawy która mnie rozzłościła.
Podczas naszej rozmowy mam cały czas w głowie słowo „poświęcenie”. Bo wiem z własnego doświadczenia, że możemy w relacji w jakimś obszarze się poświęcać, nie być za to doceniane i się denerwować, chociaż nikt nas do tego poświęcenia nie zmusza. Jak podejść do tego wszystkiego zdroworozsądkowo?
– Ta kwestia często pojawia się na warsztatach z kobietami. Nierzadko mają w sobie poczucie, że są wykorzystywane, wyczerpane. Tymczasem odpowiedź jest właśnie w kobiecie, która sama nie daje sobie przyzwolenia na to, by oprócz robienia wszystkiego dla męża, dzieci i domu – zrobić też coś dla siebie. Tak po prostu, bez wyrzutów sumienia. Nie wiem, dlaczego, ale mam wrażenie, że w naszym Kościele troska o siebie często jest rozumiana jako pycha, egoizm. A to nieprawda. Zadbanie o siebie i zostawienie dzieci pod opieką męża nie jest czymś niewłaściwym. Jest czymś potrzebnym, by kobieta nie była sfrustrowana i drażliwa, by wciąż miała motywację i chęci do życia.

Zdarza się, że Ojciec obserwuje jakieś małżeństwo na warsztatach i zastanawia się, jak to możliwe, że ono przetrwało, że ci ludzie wciąż są razem?
– Tak, i zazwyczaj wtedy jestem poruszony. Bo niektóre małżeństwa przeszły już tak dużo, doświadczyły tak wielu głębokich ran, że wręcz wydaje się niemożliwe, że jeszcze istnieją, że potrafią sobie tyle rzeczy wybaczać i trwać ze sobą. W takich chwilach szczególnie myślę o tym, jak wielkim darem jest sakrament małżeństwa.
Ale są też małżeństwa bardzo kruche, w których wystarczy mały kłopot i już dochodzi do dużego konfliktu, do oddalenia się od siebie, wycofania. Te różnice między małżeństwami są tak bardzo zastanawiające, że stworzyliśmy autorskie Rekolekcje Zbliżenia, w których opowiadam o czterech nogach od stołu. Wtedy zapraszamy małżonków by popatrzyli na związek małżeński jak na „stół” z czterema nogami. Pierwsza z nich symbolizuje komunikację. Druga to przestrzeń na rany, zgoda na to, że jesteśmy krusi. Trzecią jest modlitwa, a czwartą intymność seksualna. Jeśli małżonkowie dbają o te cztery obszary, to rzeczywiście są w stanie wszystko udźwignąć i być ze sobą długo. Ale jeśli zaczyna brakować przyjęcia drugiej osoby w jej kruchości i słabości, jeśli pojawia się dużo pretensji, frustracji, rozczarowania, to już brakuje dwóch nóg, dwóch filarów i stół zaczyna się już ruszać. Jeśli dodatkowo zanika czułość i bliskość, albo jeśli przestajemy rozmawiać i się modlić – to trudno, by nasz stół, by nasze małżeństwo było trwałe. Natomiast gdy brakuje jednego z tych elementów – ono wciąż może być szczęśliwe. Są przecież małżonkowie, którzy żyją ze sobą pięćdziesiąt pięć lat, którzy nigdy nie byli na żadnych warsztatach, którzy nie rozmawiają ze sobą, ale jest między nimi wzajemna czułość i bliskość, ale modlą się razem i nagle okazuje się, że w taki sposób małżeństwo też może funkcjonować. To jest bardzo ciekawe. Dlatego zachęcamy małżonków do tego, by odpowiedzieli sobie na pytanie, gdzie potrzebują jakiegoś „remontu ich stołu”, jakiegoś wsparcia.
Poruszył teraz Ojciec temat małżeństw, które są ze sobą od ponad 50 lat. Na początku wspominał Ojciec natomiast o tym, że Centrum Formacji Rodzin w Kobylinie skierowane jest też do seniorów. To chyba trochę zapomniana i wciąż niedoceniana grupa w Kościele, prawda?
– Tak. A pierwszym impulsem do tego, by skierować nasze działania do seniorów było to, że na nasze warsztaty zaczęły przychodzić osoby starsze. Były one z nieco innego pokolenia niż pozostali uczestnicy, a jednocześnie też chciały zostać wysłuchane. Ciekawie jest słuchać, jak starsze panie opowiadają młodszym o życiu ze swojej perspektywy, jak uświadamiają im, że mają jeszcze wiele szans do wykorzystania i wiele do zrobienia. Oprócz tego pojawiły się głosy od samych seniorów, może nawet pod wpływem dobrze rozumianej zazdrości, że też chcieliby, by jakieś warsztaty u nas były do nich skierowane. Warto też wspomnieć, że seniorzy to często osoby, które są bardzo wrażliwe, uformowane w podstawowych wartościach. Są wielkim darem dla nas. Mają w sobie mnóstwo mądrości, życiowego doświadczenia. A z drugiej strony, nie zawsze potrafią nadążyć za dzisiejszym światem, ale myślę, że to także ma swoją wartość. Szczególnie w czasach, gdy ludzie opowiadają o wierze w mediach społecznościowych i robią show związane z wiarą. A z drugiej strony starsze panie i panowie, cicho i wiernie trwają przy Bogu i są wciąż filarami wiary, choć nigdy nie znaleźli się w Internecie.
Co prowadzenie Centrum Formacji Rodzin daje Ojcu? Czego Ojciec sam uczy się dzięki tym wszystkim warsztatom?
– Prowadzenie Centrum Formacji Rodzin to dla mnie jeden z najpiękniejszych rozdziałów w życiu. To nadaje sens mojej samotności jako kapłana. Mogę być dla ludzi i budować razem z nimi wspólnotę. Dzięki nim jestem bliżej realiów życia. Jako zakonnicy często mamy wyobrażenie, że pochodzimy z jakiegoś innego świata. A to właśnie w osobach świeckich najlepiej można zauważyć realia tajemnicy Wcielenia Syna Bożego i zrozumieć, że Bóg „wcielił się” w konkretne historie osób. Czasami są to historie trudne, bolesne, beznadziejne, ale mają wielki sens. I to jest dla mnie bardzo cenne, że Bóg nie boi się zwykłych, ludzkich spraw, że przyszedł na świat jako człowiek, by wejść w sam środek tego, co dzieje się na ziemi. Ja natomiast staram się tych historii wysłuchiwać, czasami coś doradzić. Ale jednocześnie uczę się z pokorą odkrywać, jak w tych wszystkich ludzkich historiach jest obecny Bóg z swoją miłością.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Tam, gdzie kończy się nadzieja, tam zaczyna się Fundacja Gajusz. Tu dzieci czują się najważniejsze [ROZMOWA]
Miał być rośliną. Dziś ewangelizuje i mówi, że niepełnosprawność to łaska [ROZMOWA]
40 grup modlitwy Ojca Pio działa w diecezji kaliskiej. „Ten święty powtarzał, że Jezus to nie automat”





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny