Fot. PAP/Marcin Bielecki

Strażak od misji specjalnych [ROZMOWA]

6 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

O gaszeniu pożarów w Szwecji, ratowaniu życia innych ludzi i gestach solidarności rozmawiam z mł. asp. Łukaszem Spurtaczem, strażakiem Państwowej Straży Pożarnej w Poznaniu, a także członkiem grupy Urban Search And Rescue.

Dużo można o Tobie przeczytać – miałeś za sobą wiele misji.

Każda z moich misji była inna i każda miała inną specyfikę. Przy każdej misji zajmowałem się innymi sprawami. Pierwsza była w ramach polskiej pomocy przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Jedna z agend ministerstwa nazywa się Polish Aid, i ona dysponuje środkami na pomoc rozwojową czy doraźną Państwom, które wspieramy gospodarczo lub przy jakichś katastrofach. Mój pierwszy wyjazd był w 2013 roku, podczas wielkiej powodzi w Bośni i Hercegowinie, dokładnie w miejscowości Šamac, gdzie stacjonuje kontyngent polskich żołnierzy a także moduł strażacki. Tam zostały zalane szkoły i domy, MSZ przeznaczyło pewną kwotę na odbudowę szkoły i domów rodzinnych. Ja zajmowałem się tam akurat nadzorem odbudowy i przetargami poprzez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Potem, także w tym samym roku podczas wojny domowej na Ukrainie, przeznaczone zostały środki na odbudowę obóz uchodźców dla samotnych matek z Ługańska. Ten obóz znajduje się jakieś 2 km od cmentarza polskich oficerów zamordowanych w Charkowie. Tam się zajmowałem nadzorowaniem budowy i później dystrybucją środków materialnych. Trzecim moim wyjazdem było trzęsienie ziemi w Nepalu, gdzie miałem funkcje Oficera Bezpieczeństwa Budowy z racji swojego wykształcenia budowlanego. W praktyce oznaczało to, że oceniałem strukturę budynku, i to czy ratownicy mogą do niego wejść, jak bardzo jest niebezpiecznie czy to jak ustabilizować budynek tak, by ratownicy mogli tam wejść.

Duża odpowiedzialność.

Powiedziałbym nawet, że bardzo. Takich oficerów w Polsce jest w tej chwili chyba tylko pięciu. Było to w ramach USARu, jako jedyny poleciałem wtedy z Poznania do Nepalu. Po przyjeździe poleciałem tam znów, na 3, 5 tygodnia. Również zajmowałem się dystrybucją pomocy materialnej, która przyleciała tam z Polski. Po poprzedniej misji miałem jakieś tam doświadczenie, które wtedy znów mogłem wykorzystać. Potem zostałem skierowany do Etiopii, ponieważ tam polska firma ciągników Ursus otworzyła swoją fabrykę. W ramach pomocy rozwojowej MSZu i Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej – jako polscy strażacy szkoliliśmy strażaków w największych miastach Etiopii. Tam byłem w sumie dwa razy, w 2016 i 2017 roku. A w tym roku po ośmiu latach budowania modułu gaśniczego zostałem skierowany na misję do Szwecji.

Mł. asp. Łukasz Spurtacz, fot. Zofia Kędziora

W przerwie między wyjazdami po prostu, gasiłeś pożary?

Tak, pracowałem w jednostce ratowniczo-gaśniczej nr 4 w Poznaniu. Gasiłem pożary i ściągałem koty z drzew (śmiech). A mówiąc poważnie po prostu, pełniłem służbę w Poznaniu.

Patrząc wstecz, któraś z tych misji była dla Ciebie najbardziej wymagająca?

Myślę, że ta pierwsza, ponieważ to było jednak trzęsienie ziemi, inny klimat, inny kontynent, inna kultura, kilka tysięcy kilometrów od domu i tak dalej. To była też praca zmianowa a więc praca po kilkanaście godzin, sen i dalej praca. Dla mnie, jako młodego strażaka to było duże doświadczenie. Potem też pełniąc obowiązki Oficera Bezpieczeństwa Budowli to również była ogromna odpowiedzialność. Miałem tą świadomość, że tam są moi koledzy, którzy spod tych gruzów mogą właściwie już nie wyjść. Z kolei moja ostatnia misja w Szwecji była obciążona też dużą odpowiedzialnością pod względem logistycznym.

Czym się na niej dokładnie zajmowałeś?

Byłem głównym logistykiem całego modułu. Miałem „pod sobą” 139 osób, a więc 139 problemów, 139 głów do wyżywienia, praktycznie 50 samochodów do zatankowania, te które się psuły do naprawienia czy w ogóle pilnowanie obozowiska.

A więc to była tak naprawdę praca 24 godziny na dobę.

Gdy ratownicy wracali z gaszenia szli spać. Ale ktoś musiał ich nakarmić, oporządzić i zrobić tak naprawdę wiele innych rzeczy. Więc ta praca była odpowiedzialna nie tyle pod względem fizycznym ale przede wszystkim psychicznym. To było duże brzemię, szczególnie, gdy niektórzy z nas spali po 3-4 godziny na dobę. Nie mówiąc już o tym, jak wielki bum medialny miała ta misja. Więc to brzemię było jeszcze większe, bo wszyscy gdzieś tam na nas patrzyli. Można powiedzieć, że dostaliśmy taki kredyt zaufania, żeby sprostać tej misji. To były jednak moduł, który wcześniej ze sobą nie ćwiczył, to była ogromna praca dowódcy i przede wszystkim chłopaków, którzy przez dwa tygodnie potrafili się spiąć i ciężko pracować.

I udało im się. Strażakom w lesie, a Tobie na miejscu, w Sveg.

Myślę, że tak. Strażacy zawsze działają w określony sposób: moduł podzielony jest na plutony a plutony na husarie i tak zwane tankery. Chłopacy w husarii zajmowali się bezpośrednio gaszeniem w natarciu z aut, właśnie z tankerów. Są to ciężkie auta gaśnicze, które mają w sobie po kilka ton wody. I wszyscy muszą działać w pełnej zgodzie, jak palce w jednej ręce. Każdy musi ściśle ze sobą współpracować, bo inaczej nikt nie będzie nic w stanie zrobić. Zresztą co roku spotykamy się kilkoma modułami zawsze w innym powiecie, i staramy się ćwiczyć te wszystkie elementy.

Mł. asp. Łukasz Spurtacz podczas misji w Szwecji, fot. PAP/Jakub Kaczmarczyk

Jak wspominasz relacje ze Szwedami?

Muszę przyznać, że zaprzyjaźniłem się z wieloma mieszkańcami miejscowości Sveg. Sam fakt tego, że ci ludzie witali nas banerami z napisami „witamy polskich bohaterów” czy to, że już w sklepie panie mnie znały to były takie gesty, które były na pewno miłe. Pamiętam, że któregoś dnia podeszła do mnie 9-letnia dziewczynka, zapytała czy mówię po angielsku, jak odpowiedziałem jej, że tak, to podała mi rękę i podziękowała, że przyjechaliśmy. I to było szczere, było widać, że gdzieś tam za nami krążyła i się do tego zbierała. To jest tak, jak młody chłopak chce podejść do dziewczyny czasami w szkole, i tak się zbiera i ta dziewczynka też się tak zbierała, widać to było z boku. Przełamała swoją odwagę i w końcu podeszła. To było niesamowite.

Niby mały gest, ale znaczy tak dużo.

To był taki motor, który motywuje do działania. Zresztą sam ten wyjazd zmotywował do pracy, dał niesamowite doświadczenie bojowe. To również jakiś tam materiał do ćwiczeń na kolejne lata. Ale tak jak mówię, najlepsze były właśnie te gesty sympatii i przyjaźni. Właściwie cała Polska Straż zrobiła bardzo dużo wizerunkowo dla Polski. Ważne, żeby to utrzymać.

Teraz, z perspektywy czasu można powiedzieć, że całe to wydarzenie miały w prasie zagranicznej niezwykle ogromny rozdźwięk.

Co wpływa też na wizerunek Polaków, ogólnie za granicą, obojętnie czy są to migranci czy inne osoby. W samej miejscowości Sveg spotkaliśmy paru Polaków, którzy nam pomagali. Miałem zaprzyjaźnionego mechanika, który poświęcał swój czas, żeby pomóc w jakichś tam naprawach czy organizowaniu części, które w tak małej miejscowości trudno było samemu znaleźć. Także takie gesty coś jednak mówią. Podobnie jak podczas pomocy po huraganie na Pomorzu kilka lat temu, tam także miejscowi mieszkańcy potrafili się zjednoczyć i pomóc, dostarczyć jakiś sprzęt czy inne rzeczy. Tego typu sytuacje pokazują, że jednak z naszą cywilizacją nie jest jeszcze tak źle (śmiech).

I, że warto sobie pomagać.

Trzeba pamiętać, co Szwedzi zrobili dla nas w latach 80-tych, podczas stanu wojennego. Przesyłali wiele paczek i właśnie strażacy zbierali je w Sztokholmie. Kiedy w 1968 roku Polacy, narodowości Izraelskiej zostali wypędzeni to wielu z nich osiedliło się właśnie w Sztokholmie. Trzeba pamiętać o tych dobrych rzeczach, bo niezgoda zawsze rujnuje, a zgoda buduje i tak jest rzeczywiście.

[Zobacz także: Pomoc ważniejsza niż deklaracje. Polscy strażacy bohaterami w Szwecji]

Strażak od misji specjalnych [ROZMOWA]
5.7 (95%) 8 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze