Tam szukam nadziei, kiedy trudno być w Kościele 

2 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

„Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół” – czasami to zdanie staje się bardzo trudne do wypowiedzenia. Kiedy rozczarowanie, gniew i ból z powodu najrozmaitszych nadużyć stają się tak wielkie. Czy to oznacza, że najlepiej byłoby trzasnąć drzwiami i nigdy więcej już nie wrócić do Kościoła? 

Każdy człowiek ma swoją indywidualną relację z Bogiem, swoją drogę ku Bogu. I dlatego musimy pozostać wolni w tym, by żaden człowiek, a już tym bardziej karmiący się grzechem, nie miał władzy nad naszym życiem. Przede wszystkim, byśmy nie pozwolili przez rozczarowanie, gorycz, czy nieopanowany gniew zawładnąć im swoim myśleniem i postrzeganiem świata.  

Nie oznacza to oczywiście, że żaden człowiek nie może być dla nas autorytetem czy przewodnikiem. Bardziej chodzi o taką wolność, która opiera się na świadomości, że wiara przekracza nawet najlepsze relacje międzyludzkie i świadomość tego, że jej fundament opiera się na osobistym zaproszeniu Boga, kierowanym do człowieka. I chociaż postępowanie czy słowa innego człowieka mogą nami zachwiać, zasiać wątpliwość, to nie są w stanie zburzyć tego fundamentu. Nie są wstanie odebrać tej podstawowej ludzkiej godności (w przypadku osób skrzywdzonych), ani nie powinny być w stanie zachwiać wiarą w osobistej relacji z Bogiem.  

Ksiądz Tomaš Halík w książce „Drzewo ma jeszcze nadzieję” opowiada o swoim kryzysie, który wywołało uświadomienie sobie, że ludzie będący blisko Kościoła, często niewiele różnią się od zbrodniarzy. Popełniają przestępstwa, czasami nawet w imię Boga. „Przyjęcie i przetrawienie gorzkich doświadczeń z Kościołem w taki sposób, by nie opuścić Kościoła ani nie stać się jego zgorzkniałym i wiecznie skrzywdzonym dysydentem, sztuka znalezienia w samym Kościele i w jego tradycji swojego miejsca, obronienia go, a przy tym szanowania odmienności innych, pozwalają człowiekowi odkryć zdumiewającą tajemnicę katolicyzmu jako jedności przeciwieństw” – pisze T. Halík. 

Indywidualna relacja z Bogiem nie może jednak prowadzić nas do pułapki indywidualizmu w wierze. Nasz Bóg jest miłością. Tym, co kieruje Boga ku światu, ku człowiekowi jest właśnie miłość. Dlatego chrześcijanin nie może wierzyć w Boga, nie wierząc w miłość, także tę urzeczywistnianą w relacjach międzyludzkich. Dlatego z całym przekonaniem, tęsknotą za prawdą i całą sprawiedliwością może potępiać całe zło, którego dopuszczają się ludzie Kościoła, duchowni. Może zgodzić się na fakt – tak w Kościele są złodzieje, pedofile, mordercy, karierowicze i łapówkarze. Ale są też ludzie, którzy podnoszą, bezinteresownie pomagają, bezkompromisowo służą prawdzie, ocalają nadzieję. Tam szukam nadziei, a w zasadzie nie muszę jej szukać, ale po prostu wśród takich ludzi sycę się nią, kiedy trudno mi być w Kościele.  

Mówiąc Credo wyznaję wiarę w to, że Bóg jest obecny we wspólnocie, pośród tych, którzy wspólnie zmierzają do Niego. Wiarę w to, że w tej wspólnocie są też inne relacje niż nadużycia czy manipulacje oraz to, że żadne zło nie zniszczy tej miłości. Nie zniszczy jej także w ofiarach. Wyznaję wiarę, że także we wszystkich wierzących (nie tylko w duchownych) odnajduję Boga. Zwłaszcza uczestnicząc w Sakramencie Jedności, w Eucharystii. 

 

 

Tam szukam nadziei, kiedy trudno być w Kościele 
3.6 (60%) 1 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze