Terlikowska: jeśli nie ewangelizujemy, tracimy swoją tożsamość 

4 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Jako uczniowie Jezusa dostaliśmy bardzo konkretne zadanie: „Idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody”. Mamy więc zasiewać ziarno wiary – bez gwarancji, że przyniesie ono obfite owoce. Mamy całkowicie zaufać Panu Bogu, że to działanie ma głęboki sens.  

Zadanie, które dostaliśmy, jest bardzo konkretne. Każdy z nas, uczniów Jezusa, ma nieść Dobrą Nowinę. Nie wszyscy wyjadą do egzotycznych krajów, by tam mówić o Jezusie. Zdecydowana większość z nas będzie je realizowała w swoim miejscu zamieszkania, w swojej pracy, a coraz częściej także w wśród swoich bliskich, którzy gdzieś w swoim życiu się pogubili i zerwali więź z Panem Bogiem, albo żyją tak, jakby Pana Boga nie było. Czy w takiej sytuacji mamy machnąć ręką, odwrócić się na pięcie i robić swoje, w myśl zasady, że przecież każdy wybiera w swoim życiu jak chce i nic nam do jego wyborów? A może trzeba zerwać relacje, omijać z daleka takie osoby, by zamanifestować, jak bardzo nie podoba nam się taka droga? To nie jest rozwiązanie. Nie tego Bóg od nas oczekuje. Stawiając nas na drodze osób niewierzących, ma w tym swój cel. Swoim życiem, swoją radością, swoim zaufaniem mamy o Nim świadczyć. Misja, którą Bóg nam dał, to zgoda na to, czego nie wiem, całkowite zawierzenie Panu Bogu. To zatracenie własnej tożsamości po to, by oddać się w dyspozycję Duchowi Świętemu.  

Nie jest to zadanie łatwe, bo w każdym z nas drzemią przeróżne lęki i uprzedzenia. Boimy się niezrozumienia, wyśmiania, wyszydzania (No co ty, jesteś katolikiem?). Gdzieś tam w tyle głowy pojawia się obawa, czy nie będą nas wytykać palcami, czy nie uznają za, delikatnie mówiąc, osoby niespełna rozumu? A i łatwo przyjść mogą zwątpienie czy zniechęcenie, bo przecież nie zawsze efekty naszej pracy widać od razu. W wielu przypadkach to długi proces. To, jak zadziała zasiane przez nas słowo, często pozostanie dla nas tajemnicą. Pan Bóg ma jednak swoje plany i nawet to, co po ludzku może wydawać się nam bezsensowne, w jego oczach ma głęboki sens. „Jestem z Wami po wszystkie dni aż do skończenia świata” – zapewnia nas Jezus. W tym dziele nie jesteśmy sami.  

Niemal każdego dnia stawiani jesteśmy w sytuacjach, które wymagają od nas dawania świadectwa. To, jak się zachowujemy, jak odnosimy się do innych, jak ich traktujemy ma kolosalne znaczenie. To rzutuje na naszą relację z Panem Bogiem i z drugim człowiekiem. Jeśli stawiam się wyżej, czuję się lepszym, bardzo łatwo mogę popaść w pychę. Ja mam być tylko narzędziem, nie mogę siebie stawiać w centrum, to nie ja jestem najważniejsza. Bardzo łatwo przychodzi nam też osądzanie i ocenianie innych. W takiej sytuacji jedyne, co możemy zrobić, to prosić Boga o przebaczenie i powierzać Mu nasze myśli. „Bóg jest w stanie wypełnić nas miłością do tych, wobec których jesteśmy tak krytyczni’ – przekonuje Merlin Carothers w książce pt. „Z piekła do nieba”. Nasza postawa w stosunku do niewierzących powinna być więc pełna miłości. „Powierzcie wasz język Bogu. Proście, by go poskromił i wykorzystał w dobrym celu. Jeśli wzbiera w was potrzeba zabrania głosu, zapytajcie Boga, czy to, co zamierzacie powiedzieć, naprawdę jest konieczne. Jeśli w ciszy zdacie się na Boży osąd, On ześle Wam właściwe słowa: łagodne, krzepiące, podnoszące na duchu, trafiające bezpośrednio w potrzeby waszych rozmówców, i to w sposób, o który nigdy byście się nie podejrzewali” – radzi Cartohers.  


Właściwe słowa są konieczne, bo rozmowa z osobami niewierzącymi nie musi należeć do łatwych. Różni nas nie tylko postrzegania świata, ale też fakt, że mówimy innym językiem. Takie słowa jak prawda, dobro, wolność, godność, tolerancja, szacunek mają dla nas zupełnie inne znaczenie. Bardzo trudno odwoływać się choćby do istnienia pewnych obiektywnych norm czy wartości, w sytuacji, kiedy druga strona tego nie akceptuje albo wręcz je odrzuca. Ale trzeba próbować i się nie zniechęcać, bo nigdy nie wiemy, jak Pan Bóg posłuży się tym słowem w życiu tego człowieka. I musimy nauczyć się słuchać. Słowotok, nawet najpobożniejszy, może przynieść efekt odwrotny i zamiast doprowadzić ludzi do Pana Boga, skutecznie ich odstraszy. 

Ważna jest rozmowa z osobami niewierzącymi, ale dużo ważniejsze jest świadectwo, które dajemy naszym życiem. Jak mogę kogoś przekonywać, żeby zechciał na Jezusa się otworzyć, kiedy sama jestem na Niego zamknięta, kiedy mnie samej brakuje tego zachwytu nad cudami Pana Boga, także tymi maleńkimi, dokonującymi się w codzienności. Jak mogę o Nim świadczyć, kiedy sama w Niego nie wierzę, nie wierzę w to, że On umarł i zmartwychwstał, a ja jestem jego ukochanym dzieckiem, o które się troszczy i któremu przebacza, jeśli ono potyka się i upada. Jak mogę mówić o Jezusie, kiedy brakuje mi szczerości, kiedy chcę być kimś innym niż jestem. Przyznanie się do własnych słabości, grzechów, upadków pozwala nam pokazać, że Pan Bóg nigdy nikogo nie skreśla, zawsze czeka na swoje dzieci, gotowy im w każdej chwili przebaczyć. Nigdy nie jest za późno, żeby zmienić swoje życie i wybrać Jezusa. „Okazując ludziom miłość Chrystusa, sprawiamy, że oni Go widzą. Jezus chce, żebyśmy okazywali miłość każdemu i przy każdej okazji” – przekonuje Carothes. Nie naszym więc zadaniem jest osobę niewierzącą przekonać do naszych racji. My, stając na jej drodze, mamy być tylko narzędziem w rękach Boga. Możemy natomiast otaczać te osoby modlitwą i prosić o to, by zasiane w nich słowo wydało plon obfity.  

Terlikowska: jeśli nie ewangelizujemy, tracimy swoją tożsamość 
Oceń ten artykuł

Zobacz także
Wasze komentarze