fot. PAP/EPA/ALEX PLAVEVSKI
Wokół umowy Watykanu z Chinami. Kompromis, który nikogo nie zadowolił [ANALIZA]
Umowa zawarta w 2018 r. pomiędzy Watykanem a Chińską Republiką Ludową była już odnawiana kilkukrotnie. Była i jest obiektem surowej krytyki. Najbardziej problematyczny jest fakt, że jej dokładna treść wciąż stanowi tajemnicę. By dobrze zrozumieć kontekst i złożoność całej sytuacji, trzeba spojrzeć nieco głębiej i szerzej oraz wyjść poza uproszczoną wizję Kościoła „państwowego” i „podziemnego” oraz prześladujących go „chińskich komunistów”.
Już cztery lata po zawarciu tego prowizorycznego porozumienia, w 2022 r., abp. Paul Richard Gallagher, sekretarz ds. relacji z państwami i organizacjami międzynarodowymi w Sekretariacie Stanu Stolicy Apostolskiej, w rozmowie z jezuickim periodykiem „American Magazine” stwierdził, że efekt umowy „nie jest szczególnie imponujący”. Było to dość ostrożne dostrzeżenie pewnych problemów związanych z umową, ale abp Gallagher starał się chyba mówić o niej z bardzo umiarkowanym optymizmem. „Porozumienie przynosi pewne efekty, choć mogłoby ich być więcej” – dodał i wskazał, że obie strony są na etapie wzajemnego budowania zaufania. Zaznaczył również, że jego treść nie będzie ujawniona aż do jego definitywnego podpisania. Póki co jest to dokument tymczasowy i prowizoryczny, choć z pewnością „historyczny”, ponieważ pomiędzy Chinami a Watykanem nie istniały żadne relacje od 1951 r.
>>> Chiny wywierają presję na katolików Kościoła podziemnego
Liczne tajemnice wokół porozumienia budzą spekulacje, którymi żywi się krytyka. Nic dziwnego, chiński rząd niejednokrotnie łamał to, co uważa się za jego postanowienia. Porozumienie dotyczy bowiem sposobu mianowania biskupów. Najprościej rzecz ujmując, władze ChRL przedstawiają Watykanowi kandydatów do zatwierdzenia. Umowa zdaje się w pewien sposób zatwierdzać nieformalną praktykę, która już występowała wcześniej. Papieże nieraz akceptowali biskupów – zazwyczaj na ich prośbę – obranych w ramach Patriotycznego Stowarzyszenia Katolików Chińskich i wyświęconych bez uprzedniej zgody Stolicy Apostolskiej. Praktykę taką potwierdził papież Benedykt XVI w liście do katolików chińskich z 2007 r. Ciekawym przykładem jest archidiecezja Xi’an. Jej ordynariusz, Li Duan, będąc w strukturach „oficjalnego Kościoła”, wyrażał otwarcie swoją wierność papieżowi oraz wyświęcił potajemnie „podziemnego” biskupa Wu Qinjinga, wyznaczonego przez papieża na ordynariusza diecezji Zhouzhi (wkrótce potem aresztowanego przez chińskie władze). Pojawiający się w tym momencie w głowie mentlik powinien przekonać, że sytuacja Kościoła w Chinach jest bardziej skomplikowana niż się wydaje. Podobnie było z kolejnym arcybiskupem Xi’an, Anthonym Dang Mingyanem, którego miałem przyjemność poznać osobiście w 2015 r. Rozpoczął on sprawowanie swego urzędu przy akceptacji Chin oraz Watykanu.
W ramach obecnego porozumienia teoretycznie papież może odrzucić daną kandydaturę, lecz w praktyce rząd Chin zdaje się czasami ignorować wagę papieskiej akceptacji. Podejmowano bowiem nieraz decyzje bez konsultacji z Watykanem i bez zgody Ojca Świętego. Najbardziej rażącym złamaniem porozumienia było mianowanie dwóch biskupów zaraz po śmierci Franciszka, jeszcze przed wyborem Leona XIV na Tron Piotrowy. Chiny wyraźnie dały znak, że nie potrzebują papieża, by wyznaczać biskupów – wbrew umowie z 2018 r., którą w 2024 r. przedłużono na cztery lata.

Religia w Chinach
ChRL oficjalnie, zgodnie z tzw. Dokumentem nr. 19 z 1982 r., akceptuje pięć religii: buddyzm, taoizm, islam, protestantyzm (jidujiao – „Nauka Jezusa”) i katolicyzm (tianzhujiao – „Nauka Pana Niebios”). Jest jednak pewien kłopot z interpretacją chińskiego słowa zongjiao, oznaczającego religię. Podobny problem zresztą istnieje w innych krajach Dalekiego Wschodu. W tamtejszych językach nie istnieje bowiem pojęcie, które odpowiadałoby religii w naszym rozumieniu. Dlatego chiński termin zongjiao jest de facto XIX-wiecznym neologizmem i oznacza religię jako formę zinstytucjonalizowanej doktryny religijnej, niekoniecznie wiarę jako taką. Pytając się Chińczyków o ich religię, wielu odpowie, że do żadnej nie przynależy, praktykując jednocześnie wiele obrzędów związanych z tradycyjną religią chińską. Oczywiście, w przypadku katolików wyznawanie zongjiao jest bardziej oczywiste, lecz i w tym wypadku dokładna ich liczba w Chinach kontynentalnych nie jest znana. Szacuje się, że jest ich ok. 12 milionów.
Obecne podejście chińskich władz do zongjiao oparte jest przede wszystkim na 36 artykule Konstytucji z 4 grudnia 1982 r. (kilkukrotnie nowelizowana później), który głosi:
„Obywatele Chińskiej Republiki Ludowej korzystają z wolności wyznania. Żaden organ państwowy, organizacja społeczna ani jednostka nie mogą zmuszać obywateli do wyznawania lub niewyznawania jakiejkolwiek religii ani dyskryminować obywateli wierzących lub niewierzących. Państwo chroni normalną działalność religijną. Nikt nie może wykorzystywać religii do prowadzenia działań, które zakłócają porządek publiczny, zagrażają zdrowiu obywateli lub ingerują w system edukacji państwowej. Organizacje religijne i sprawy religijne nie podlegają kontroli sił zagranicznych”.
Warto zwrócić uwagę na to, że pod względem podejścia władz do religii artykuł ten podzielony jest niejako na dwie części. Pierwsza sugeruje dość otwarty i liberalny stosunek do religii, drugi podaje w wątpliwość te początkowe wrażenie. Przede wszystkim interpretacja tego, czym jest „normalna działalność religijna” nie jest jasna ani oczywista. Zależy w zasadzie od Komunistycznej Partii Chin. To ona również decyduje, czy dane aktywności religijne „zakłócają porządek publiczny”. Najbardziej jednak istotne dla relacji Watykanu z Chinami jest – moim zdaniem – ostatnie zdanie. „Organizacje religijne i sprawy religijne nie podlegają kontroli sił zagranicznych”, głosi artykuł, a przecież Watykan taką „siłą zagraniczną” jest. Zarządzanie Kościołem w Chinach przez papieża wymaga kontroli, do której rości sobie prawo jednocześnie rząd Chin.
Długa historia nieporozumień: papiestwo i Chiny od Ricciego do Qianlonga
Warto zauważyć, że takie podejście władz Chin jest głęboko zakorzenione w tradycji chińskiej oraz w historii tego państwa. Uważam, że postrzegania stosunku ChRL do Kościoła przez kalkę „komunistycznych represji” jest wadliwe, zwłaszcza w dekadach po reformach Deng Xiaopinga. Prof. Bogdan Góralczyk, polski sinolog, często podkreśla, że w przypadku Chin mamy do czynienia nie tyle z państwem, co z „cywilizacją ubraną w szaty państwa”. Watykan nie negocjuje tutaj tak po prostu z „komunistami” wrogo nastawionymi do religii, co ze starożytną cywilizacją, która od wieków traktowała to, co „obce” jako podrzędne, a może i nawet groźne. Dodatkowo, silna, autorytarna i obejmująca szerokie aspekty życia społecznego władza cesarska i urzędnicza jest wpisana genetycznie w krwioobieg chińskiej cywilizacji. Chiny to zhongguo, czyli Państwo Środka – centrum świata, a cesarz to Syn Nieba (tianzi). Wiele osób bardzo by się zdziwiło, jak wiele z tych dawnych czasów zostało w mentalności Chińczyków.
Kiedy jezuicki misjonarz Matteo Ricci dotarł do Chin w XVI w., zachwycił się chińską cywilizacją i zauważył, że nie da się ogłosić Ewangelii Państwu, nie „stając się Chińczykiem”. Uczył się mandaryńskiego, nosił strój uczonego mandaryna (tak nazywali się urzędnicy w dawnych Chinach), zgłębiał nauczanie Konfucjusza. Jego misja w Pekinie, zbudowana na otwartości na chińską kulturę i na imponującej wiedzy z astronomii i matematyki, stała się wzorcem chrzczonym odtąd „metodą akomodacyjną”. Jezuici argumentowali, że chińskie rytuały ku czci nieba, Konfucjusza oraz przodków mają charakter cywilny, a nie religijny, i że chrześcijanie mogą je odprawiać bez grzechu. To pozwoliło Kościołowi zdobyć wyznawców wśród elit, a liczba wiernych zwiększała się.
Okresowe prześladowania często miały podłoże niezgody na „niechiński” charakter chrześcijaństwa (warto o tym pamiętać, gdy będziemy mówić o obecnie prowadzonej „sinizacji” Kościoła). Dominikanie i franciszkanie, którzy przybyli do Chin w XVII w., uznali jezuicki kompromis za herezję. Spór trafił do Rzymu. W 1704 r. papież Klemens XI wydał dekret Cum Deus Optimus zakazujący chińskich rytów – decyzja ta, z punktu widzenia Pekinu, oznaczała, że Rzym rości sobie prawo regulowania tego, co Chińczycy mogą lub nie mogą robić we własnym domu. Cesarz Kangxi, który wcześniej uznał swoim autorytetem „jezuickie podejście” i w 1692 r. zapewnił Kościołowi praktycznie pełną wolność, odebrał to jako zniewagę i wydalił z Chin misjonarzy, którzy nie chcieli złożyć przysięgi wierności jego zasadom. Reakcja cesarza Yongzhenga była jeszcze ostrzejsza – w 1724 r. wszystkich nieposłusznych misjonarzy wypędził z kraju. Warto zwrócić uwagę tutaj na pewną prawidłowość – cesarz był w stanie zaakceptować i życzliwie podchodzić do chrześcijaństwa, które jednocześnie praktykowało obrzędy ważne dla chińskiej kultury i aprobowało jego autorytet. Chrześcijaństwo w tej wizji powinno być „chińskie”, a interwencje i autorytatywne decyzje „jakiegoś papieża” były odbierane niemal jak obelga na cesarskim majestacie.

Zresztą, przez długi czas Chiny nie nawiązywały z żadnym krajem stosunków dyplomatycznych w naszym rozumieniu. Przyjmowały „trybutariuszy” – to przecież chiński władca był Synem Nieba, a chińska cywilizacja najwspanialsza, niepotrzebująca niczego z zewnątrz. Bodaj najsłynniejszym przykładem takiego myślenia jest poselstwo Macartneya z 1793 r., który w imieniu brytyjskiego króla Grzegorza III chciał prosić o otwarcie Chin na eksport z Wielkiej Brytanii oraz ustanowienie stałych placówek dyplomatycznych w Pekinie oraz Londynie. W odpowiedzi brytyjskie poselstwo nie otrzymało żadnego odzewu w sprawie, po którą przybyło – ta petycja była dla Chińczyków po prostu obraźliwa, bo sugerowała jakoby jakiś inny władca był równy cesarzowi Chin. Natomiast cesarz Qianlong łaskawie zaakceptował „prośbę” Grzegorza III, by stał się on wasalem władcy Chin i zasugerował, że powinien on „wzmacniać swoją lojalność i przyciąć wieczne posłuszeństwo”. To umożliwiłoby brytyjskim barbarzyńcom skorzystanie „z dobrodziejstw chińskiej cywilizacji”. Na dworze w Pekinie naprawdę uważano, że Chiny nie potrzebują niczego z zewnątrz, a inne państwa mogą jedynie pragnąć dóbr i kultury Państwa Środka, którą to łaskawie dzielą się z nimi. Oczywiście, było to mniemanie błędne, o czym Chińczycy wkrótce mieli się boleśnie przekonać.
>>> Piotr Adamek SVD: chińskie tradycje są silnie obecne w tajwańskim katolicyzmie [ROZMOWA]
„Stulecie narodowego poniżenia”
W wyniku problemów wewnętrznych oraz przewagi technicznej i militarnej Brytyjczyków w 1842 r. – po przegraniu tzw. I wojny opiumowej – Chiny zostały zmuszone do otwarcia pięciu miast dla kupców, konsulów i misjonarzy z zagranicy (wówczas też Hongkong stał się kolonią brytyjską). Tak rozpoczęło się bainian guochi, czyli „stulecie narodowego poniżenia” – czas traktowany w Chinach jako jedna z najciemniejszych kart w dziejach tego kraju, gdy obce mocarstwa narzucały mu swoje warunki. Dla cesarstwa, które uważało się za centrum świata i najpotężniejsze państwo, był to ogromny cios. Wkrótce, kolejne miasta musiały otworzyć konsulaty oraz porty na handel z Europejczykami. Korzystała na tym nie tylko Wielka Brytania, lecz i inne państwa europejskie. Dzięki tym narzuconym traktatom do Chin mogli przybywać również katoliccy i protestanccy misjonarze, którzy po tzw. II wojnie opiumowej (1856-1860), w wyniku kolejnych narzuconych warunków, mogli bez przeszkód poruszać się po całym terytorium Chin.
Oczywiście, obrotni Chińczycy potrafili wyciągać profity z szybko rosnącego obrotu handlowego z Europejczykami. Z drugiej strony, sprzedaż opium, którego legalizację Europejczycy wymusili na cesarstwie, doprowadziła nie tylko do zapaści zdrowotnej sporego procenta populacji Chin, lecz także znacznie przyczyniła się do zubożenia ludności. W europejskich enklawach w Państwie Środka powstawały parki, gdzie na bramach wisiał nie tylko zakaz wstępu dla psów, lecz także dla Chińczyków. Dzisiaj, wędrując po kolonialnych dzielnicach – czy to w Kantonie wzdłuż Rzeki Perłowej, czy w Szanghaju – możemy zobaczyć pozostałości tego mrocznego z perspektywy Chin czasu. A wśród nich znajdują się kościoły.
Misjonarze zyskali nie tylko wolność w głoszeniu Ewangelii, lecz i ochronę. W praktyce chrześcijanie w mniejszych miejscowościach stawali się często grupami uprzywilejowanymi. Atak na misjonarza wiązał się z szybką interwencją dworu cesarskiego obawiającego się reakcji Europejczyków, a nawet zemstą ze strony tych drugich. Ingerencja i uprzywilejowanie obcokrajowców (do których dołączyła także Rosja i Japonia) połączone z ubożeniem i pogłębianiem się kraju w chaosie doprowadziły do krwawego odwetu. Tzw. bokserzy zaczęli katalizować gromadzącą się nienawiść do zagranicznych przybyszów, a zwłaszcza szerzonej przez nich wiary – chrześcijaństwa. Na przełomie XIX i XX w. zamordowano wielu obcokrajowców i misjonarzy, a także tysiące chińskich chrześcijan. Dwór cesarski częściowo sprzyjał powstańcom. Mocarstwa zagraniczne zainterweniowały, wywołując kolejną krwawą jatkę – zamordowano wielu Chińczyków, którzy z tzw. bokserami nie mieli nic wspólnego. Chociaż formalnie nie opanowano Chin, to w praktyce państwa europejskie zdominowały ten kraj, a cesarza uczyniły marionetką. Autorytet dynastii upadł całkowicie.

Ku stosunkom dyplomatycznym
W 1912 r. ustanowiono Republikę Chińską, która jednak była dość fasadowa. W praktyce Chiny pogrążyły się w wojnie pomiędzy regionalnymi watażkami, a później pomiędzy dwiema partiami politycznymi – Guomintangiem (Narodowa Partia Chin) i Komunistyczną Partią Chin. Obie partie uformowały się dzięki pomocy z Moskwy, obie też miały silny rys autorytarny. Nie było mowy o tworzeniu państwa demokratycznego w sensie zachodnim. Pośród tej zawieruchy w 1922 r. powstała Delegatura Apostolska w Pekinie. Na jej czele stanął bp Celso Constantini, którego działania wpływały na rozwój Kościoła w Państwie Środka. Już cztery lata później wyświęcono sześciu chińskich biskupów. Ważna była działalność ks. Frédérica-Vincenta Lebbe, który uzyskał nawet chińskie obywatelstwo i szacunek ówczesnych władz Państwa Środka. Przedstawiciele rządu Republiki Chińskiej pojawili się na jego pogrzebie. Nie były to jeszcze stosunki dyplomatyczne, ale zdawało się, że sprawy idą w dobrym kierunku.
W 1939 r. papież Pius XII dekretem Plane Compertum Est zniósł zakaz „rytów chińskich” – uznał, że dawniej obrzędy ku czci Konfucjusza czy przodków mogły mieć zabobonny charakter, obecnie zaś mogą bez przeszkód być łączone z katolicyzmem. Dzisiaj, idąc do kościoła katolickiego w Chinach, możemy ujrzeć katolików, którzy poza celebracjami znanymi z naszych świątyń, odprawiają również rytuały na cześć przodków.
W 1943 r. marzenie stało się rzeczywistością – nawiązano oficjalne stosunku dyplomatyczne. Republika Chińska wysłała swojego przedstawiciela do Watykanu. W 1946 r. – w samym środku wojny domowej – do Chin przybył pierwszy internuncjusz apostolski, abp Antonio Riberi. Wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze.
Trzy lata później zmieniło się wszystko.
„Dwa Kościoły”
Wojnę domową w Chinach wygrali komuniści, a guomindanowskie władze Republiki Chińskiej uciekły na Tajwan. 1 października 1949 r. Mao Zedong, przemawiając pod Zimowym Pałacem Cesarskim, proklamował Chińską Republikę Ludową. Powiedział wówczas, że „Chiny wstały z kolan”. „Stulecie upokorzeń miało dobiegnąć końca. Nuncjusz Riberi nie wyjechał razem z rządem Republiki do Tajpej – pozostał w Nanjing, a Watykan nie cofnął swojego uznania dla starego rządu. Był to sygnał nieufności wobec nowego ładu, który Pekin odczytał jednoznacznie. W 1951 r. władze komunistyczne wyrzuciły nuncjusza z kraju. Dyplomatyczne stosunki między Stolicą Apostolską a Pekinem zostały zerwane – na 67 lat.
W lipcu 1949 r. Pius XII wydał słynny Dekret przeciw komunizmowi, ekskomunikując katolików, którzy świadomie wspierali partie komunistyczne. Chiny nowej ery z kolei widziały w Kościele katolickim nie wspólnotę wiernych, lecz ramię imperialistycznej infiltracji. O tym jak postrzegała Kościół katolicki Komunistyczna Partia Chin już w pierwszych latach panowania, możemy przekonać się z dokumentów zachowanych w Archiwum Miejskim Szanghaju. W 1949 r. pisano, że „gdy walka polityczna i siły produkcyjne osiągną wysoki poziom rozwoju w fazie ich potęgi, wtedy będziemy mogli zniszczyć Kościół katolicki”. Z kolei w dokumencie z 1953 r. czytamy: „przeprowadzimy decydujący atak na imperialistów ukrytych w Kościele katolickim”. Dla ChRL Kościół katolicki, mający związki z Watykanem, który na dodatek utrzymywał stosunki dyplomatyczne z Republiką Chińską na Tajwanie, był przedstawicielem wrogów, działających przeciwko Chinom. W encyklice Ad Sinarum gentem z 7 października 1954 r. papież Pius XII podjął dyskusję z tym punktem widzenia, podkreślając, że katolicy są patriotyczni, lojalni i kochają swoją ojczyznę ziemską.

Z czasem język oficjalnych dokumentów KPCh nieco łagodnieje, ale wciąż przejawia się pewien niepokój. Sprawę Kościoła postanowiono rozwiązać poprzez uniezależnienia Kościoła w Chinach od Watykanu. W 1957 r. powstało Patriotyczne Stowarzyszenie Katolików Chińskich (PSKCh), któremu powierzono kontrolę nad „oficjalnym” Kościołem. Biskupi mianowani przez to stowarzyszenie – bez zgody Rzymu – byli w świetle prawa kanonicznego wyświęceni ważnie, lecz niegodziwie i niezgodnie z prawem. Pius XII odpowiedział ekskomuniką wobec tych, którzy w procedurze brali udział. Katolicy, którzy chcieli zostać wierni papieżowi, zeszli do podziemia (w czasie rewolucji kulturalnej 1966-1967 wszystkie religie musiały zejść do podziemia). W ten sposób powstały niejako „dwa Kościoły”, choć uważam to sformułowanie za dość nieszczęśliwe.
W praktyce Watykan nigdy nie uznał „oficjalnego” Kościoła za „schizmatycki”. W kolejnych dekadach papieże po cichu akceptowali niektórych biskupów wybranych przez PSKCh, ci z kolei sami nieraz zwracali się do Watykanu o zatwierdzenie. Jeszcze przed porozumieniem z 2018 r., gdy podróżowałem po Chinach, to byłem w diecezjach, których biskupi byli akceptowani tak przez Stolicę Apostolską (choć nieoficjalnie), jak i przez chiński rząd. W niektórych wypadkach „oba Kościoły” się przenikały, a „podziemni” katolicy korzystali z „oficjalnych” świątyń. Oczywiście, nie zawsze to wyglądało tak kolorowo – były diecezje, w których „rządowy” biskup nie posiadał nawet nieformalnej aprobaty papieża, a ten wybrany zgodnie z prawem kanoniczym musiał się ukrywać i podlegał prześladowaniom. Najkrócej rzecz ujmując, w mojej opinii mamy do czynienia raczej z Kościołem rozbitym niż podzielonym na pół.
Między liberalizacją…
Gdy dyktator Mao Zedong umarł w 1976 r., Chiny mocniej otworzyły się na świat. Religie mogły odetchnąć, ale tylko te, które były oficjalnie uznane przez rząd. Warto zauważyć, że choć uznano katolicyzm, to nie dotyczyło to „podziemnej” struktury Kościoła, pozostającej w pełnej łączności z papieżem. Relacje Chin z Watykanem wciąż stanowiły poważne obciążenie, tym większe, że Stolica Apostolska wciąż utrzymywała oficjalne relacje z rządem Republiki Chińskiej na Tajwanie, który jest przecież przez Pekin uznawany za zbuntowaną prowincję.
Jan Paweł II, który wstąpił na Tron Piotrowy w 1978 r., wyczuł jednak historyczny moment. W 1983 r. napisał osobisty list do Deng Xiaopinga, ówczesnego przywódcy Chin, prosząc o bezpośredni kontakt między Stolicą Apostolską a władzami narodu chińskiego. Odwołał też nuncjusza apostolskiego z Tajwanu, pozostawiając na placówce jedynie szefa misji, obniżając w ten sposób rangę stosunków na najniższy poziom. Jan Paweł II nie otrzymał nigdy odpowiedzi na swój list. Wielokrotnie jednak starał się zbliżyć z Chinami, on też po cichu, nieoficjalnie, akceptował niektórych biskupów wyznaczonych w ramach PSKCh. Podobnie zresztą czynił później Benedykt XVI. W jego słynnym liście z 2007 r. wzywał do pojednania i przyznał, że Stolica Apostolska często odpowiada pozytywnie na prośby biskupów wyświęconych bez mandatu papieskiego o ich zatwierdzenie. Zauważył, że niektórzy z nich się z tym nie ujawnili, co wprowadzało niepotrzebny zamęt wśród wiernych. Wezwał również cywilne władze do uznania biskupów „podziemnych” wiernych papieżowi. Jednocześnie Ojciec Święty wykluczył uznanie Patriotycznego Stowarzyszenia Katolików Chińskich. Stawiał jednocześnie sprawę jasno:
„W świetle tych niezbywalnych pryncypiów rozwiązanie istniejących problemów nie może polegać na nieustannym konflikcie z prawowitymi władzami cywilnymi; równocześnie jednak jest nie do przyjęcia uległość wobec nich, gdy bezprawnie wtrącają się w sprawy dotyczące wiary i dyscypliny Kościoła. Władze cywilne dobrze wiedzą, że Kościół w swoim nauczaniu wzywa wiernych, by byli dobrymi obywatelami, pełnymi szacunku współpracownikami, udzielającymi się na rzecz dobra wspólnego w ich kraju, ale także jest jasne, że oczekuje od państwa, by zagwarantowało tymże obywatelom katolikom pełną możliwość praktykowania ich wiary, z zachowaniem szacunku dla autentycznej wolności religijnej”.
Zapoczątkowano rozmowy z Pekinem, lecz nie zakończyły się one przełomem.

… a zaciskaniem pęt
W tym samym czasie chiński rząd zaostrzał swoje podejście do religii. Xi Jinping po przejęciu władzy w 2012 r. powrócił do bardziej autorytarnego modelu władzy, także wewnątrz partii. „Kolektywny cesarz”, czyli Komunistyczna Partia Chin, ponownie zaczął zamieniać się w „cesarza jednoosobowego” i kult jednostki. Sytuacja religii również stała się w tym kontekście trudniejsza. Z nową mocą powróciła idea odbudowy wielkich Chin i nieufnego spojrzenia na wpływy zagraniczne. Chrześcijaństwo – w tej wizji – musi być „chińskie”. „Sinizacja” – oficjalnie głoszony program dostosowania wszystkich religii do „chińskiej kultury” i „wartości socjalistycznych” – objęła w niektórych miejscach nakazy usuwania krzyży z kościołów, zastępowanie obrazów religijnych portretami przywódców KPCh, zakaz nauczania religii osobom poniżej 18. roku życia, wymóg rejestracji wszelkiej działalności religijnej. Warto jednak dodać, że podobne działania nie występowały na obszarze całych Chin. Podczas gdy w prowincji Zhejiang burzono nawet kościoły, to w Shaanxi Kościół funkcjonował stosunkowo swobodnie. Natomiast partia coraz bardziej zaczęła sobie podporządkowywać Patriotycznie Stowarzyszenie Katolików Chińskich. Tak wyglądało tło, na którym doszło do rozmów z Watykanem.
Umowa z 2018 r.
22 września 2018 roku Pekin i Stolica Apostolska ogłosiły podpisanie „tymczasowego porozumienia w sprawie mianowania biskupów w Chinach”. Jednym z głównych architektów dokumentu był kard. Pietro Parolin. Tekstu umowy nigdy nie podano do wiadomości publicznej. Do dziś nie jest znany jego pełny kształt – co samo w sobie jest faktem znaczącym i wielokrotnie krytykowanym.
Ogólny mechanizm, zrekonstruowany na podstawie wypowiedzi obu stron i analiz eksperckich, wygląda następująco: gdy w diecezji pojawia się wakat, lokalne Patriotyczne Stowarzyszenie Katolickie wysuwa kandydatów; po głosowaniu duchowieństwa i wiernych nazwisko elekta trafia do Rady Biskupów pod nadzorem PSKCH, a stamtąd – do Watykanu. Papież ma prawo weta.
W momencie podpisania papież Franciszek zatwierdził siedmiu biskupów mianowanych wcześniej przez Pekin bez zgody Watykanu, cofając wobec nich kary kościelne. Jednocześnie poprosił o rezygnację lub cofnięcie do drugiej linii dwóch „podziemnych” biskupów, których uznanie przez Rzym pozostawało w konflikcie z nowymi ustaleniami. Szybko wywołało to krytykę o opuszczenie przez Watykan podziemnych katolików, którzy przez całe dekady byli prześladowani, lecz wytrwali, by zachować jedność z papieżem. Duża liczba niewiadomych pogłębia krytykę.
Nie wiadomo, ile razy – jeśli w ogóle – Watykan skorzystał z prawa weta. Liczne raporty mediów i organizacji pozarządowych wskazują, że Watykan nie zawetował żadnego chińskiego kandydata, nawet po ewidentnych naruszeniach umowy. Nie wiadomo, jakie mechanizmy konsultacji działają między kolejnymi turami negocjacji. Nie wiadomo, co Pekin uzyskał w zamian za formalne uznanie prawa papieskiego weta – czy istnieją nieujawnione klauzule polityczne.
Umowa była przedłużana trzykrotnie: w 2020 roku na dwa lata, w 2022 roku na kolejne dwa lata, w październiku 2024 roku – na cztery lata, do 2028 roku.
Od początku wielkim krytykiem porozumienia jest kard. Joseph Zen, emerytowany arcybiskup Hongkongu. Stał się twarzą sprzeciwu. Wielokrotnie pisał do papieża Franciszka. Jego oceny były bezprecedensowo ostre jak na język watykańskiej dyplomacji. Reuters cytował jego słowa po podpisaniu umowy: „Wpychają trzodę w paszcze wilków. To niesamowita zdrada. Konsekwencje będą tragiczne i długotrwałe, nie tylko dla Kościoła w Chinach, ale dla całego Kościoła, bo niszczy to wiarygodność”. Zen atakował nie papieża bezpośrednio, lecz kardynała Parolina, o którym mówił, że „manipuluje” Franciszkiem, który – zdaniem kardynała – „nie rozumie zbyt wiele o Chinach”. W rozmowie z Catholic News Agency powiedział wprost: „Nie można iść na kompromis z Komunistyczną Partią Chin – z prześladowcami wiary”. Swoje stanowisko zawarł w książce „For Zion I Will Never Keep Silent” (2018).
Kardynał Zen był z kolei krytykowany przez innych purpuratów. W 2020 r. nowy dziekan Kolegium Kardynalskiego, Giovanni Battista Re, skrytykował go w liście do wszystkich kardynałów za „atakowanie papieża i Stolicy Apostolskiej”.
Czy da się posunąć do przodu za rządów Xi Jinpinga?
Tymczasem rząd chiński notorycznie łamie warunki porozumienia. Mianuje biskupów bez zgody Watykanu czy przesuwa granice diecezji według własnego uznania. Do tego dochodzą intensyfikacja represji wobec katolików czy „zaginięcia” biskupów. Raporty wskazują, że Chiny systematycznie używają umowy nie jako ram współpracy, lecz jako narzędzia wywierania presji na Kościół „podziemny”.
Zdaje się, że porozumienie stara się używać taktyki z poprzedniej epoki, gdy Chiny miały krótki epizod największych swobód w swoich dziejach. Nadal nie oznaczało to zachodnich wolności obywatelskich, w tym wolności religijnej, ale religie mogły doświadczać relatywnej swobody. Wówczas też papieże stosowali metodę zbliżenia i pojednania poprzez zatwierdzanie nielegalnie wyświęconych biskupów na ich prośbę. Xi Jinping postanowił ponownie całe państwo – mówiąc dość bezpośrednio – „wziąć za mordę”.
Tradycja chińska, wciąż żywa w polityce i mentalności tego państwa, wskazuje, że Kościół nie powinien się spodziewać swobody, jaką cieszy się w zachodnich demokracjach. Nie chodzi tu wcale o dość powszechnie – moim zdaniem wadliwie – postrzeganie represji wobec Kościoła jako typowo komunistycznych prześladowań religii. Państwo Środka od zawsze z trudem akceptowało zewnętrzne wpływy. Jeśli coś mogło być przyjęte, to najpierw musiało stać się „chińskie”. Tak się „schińszczył” buddyzm, tak chińskie i konfucjańskie wartości przyjęła mandżurska dynastia Qing. Trauma związana ze „stuleciem upokorzeń”, mocno obecna w publicznym przekazie chińskiego rządu, wzmacnia dodatkowo tę silną niechęć do obcych ingerencji i wpływów. A tak pretendowanie Watykanu do zarządzania katolikami w Państwie Środka jest to tam odbierane.
Z drugiej strony Stolica Apostolska może iść na ugodę, ale nie może pozwolić na podporządkowanie Kościoła państwu, a zwłaszcza partii, która w swoich założeniach często ma ideę sprzeczne z nauczaniem Kościoła. Obecnie to Watykan idzie na ustępstwa, o które ze strony Chin trudno. I na razie nie zanosi się, by miałoby to ulec zmianie. Być może na tron musi wstąpić najpierw nowy „cesarz”.
Pytanie tylko, czy warto utrzymywać niezbyt korzystny obecnie dla Kościoła układ, by w razie zmian we władzach chińskich postarać się o lepsze warunki? A może ten czas nerwowego oczekiwania doprowadzi do zapaści Kościoła w Chinach? Być może umowa nie sprzyja jedności, lecz wystawia „podziemnych” katolików na zwiększone prześladowania ze strony Komunistycznej Partii Chin? Dyplomacja watykańska ma tutaj wiele do przemyślenia.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Chiny i chrześcijaństwo: most wciąż w budowie
„Ciao Leone” – Afryka żegna papieża. Leon XIV odwiedził 4 kraje i 11 miast
Abp Mokrzycki wzywa do modlitwy przed 40. rocznicą katastrofy w Czarnobylu





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny