Domowa modlitwa za zmarłych przodków z kadzidełkiem i ofiarowanym pożywieniem/fot. archiwum SVD
Piotr Adamek SVD: chińskie tradycje są silnie obecne w tajwańskim katolicyzmie [ROZMOWA]
Na Tajwanie istnieje pewna płynna granica między kulturą, tradycją i religią. Nie spotkałem też wielu ludzi, którzy byliby naprawdę antyreligijni czy ateistyczni w sensie europejskim – mówi Piotr Adamek SVD.
Dr Piotr Adamek to polski misjonarz werbista i sinolog. Od wielu lat pracuje na Tajwanie, gdzie jest związany z Katolickim Uniwersytetem Fu Jen, znajdującym się w Tajpej. Zajmuje się naukowo religią i filozofią Chin, szczególnie relacjami między chrześcijaństwem a tradycją chińską – konfucjanizmem, daoizmem i religijnością ludową. Praca na uczelni jest dla niego okazją nie tylko do dialogu międzyreligijnego, ale i do głoszenia Ewangelii.
Piotr Ewertowski: Zastaję Ojca wciąż na uczelni czy już w klasztorze?
Dr Piotr Adamek SVD: – Nasz klasztor znajduje się właściwie na uczelni. To część uniwersytetu, który został założony przez werbistów na Tajwanie. Właściwie nie tylko przez werbistów, bo było to nowe przedsięwzięcie na Tajwanie – razem z jezuitami i z lokalnym Kościołem. Jeśli liczyć wcześniejszy okres działalności w Pekinie, to mamy już w sumie około stu lat historii – w tym dwadzieścia lat w Pekinie. Na Tajwanie uniwersytet został założony wspólnie przez wspomniane środowiska i do dziś jest z nimi związany.

Mieszkamy w jednym z instytutów uniwersytetu, w budynku jednego z fakultetów. Werbiści przejęli cztery fakultety. Dwa dotyczą języków obcych i nauk ścisłych. My mieszkamy właśnie w budynku nauk ścisłych. Dwa kolejne fakultety pozostają pod naszą opieką, ale są zarządzane przez siostry ze Zgromadzenia Sióstr Służebnic Ducha Świętego.
W tygodniu jesteśmy więc właściwie cały czas na uczelni. Zwykle tylko w niedzielę, a czasem już w sobotę, wyjeżdżamy do pracy duszpasterskiej poza uniwersytetem. Od poniedziałku do piątku jesteśmy jednak głównie tutaj.
Ojciec mówi dobrze w języku chińskim – mandaryńskim. Ale języków chińskich jest dużo. Na Tajwanie istnieje język tajwański, który od mandaryńskiego wydaje się być jeszcze trudniejszy. Ojciec opowiadał, że stara się go uczyć.
– Są tu dwie sprawy. Po pierwsze, sam język chiński jest czymś, czego człowiek uczy się właściwie przez całe życie. Nawet teraz podchodzę do niego z pewną nieśmiałością. W normalnej komunikacji nie stanowi to problemu, ale co jakiś czas trafia się nowy znak czy nowe słowo. Dotyczy to nawet mandaryńskiego.
Jeśli chodzi o tajwański – czy raczej język tajwański, bo właściwie można go uznać za osobny język – sytuacja jest trochę specyficzna. Nie można powiedzieć, że przeżywa kryzys, ale jego użycie się zmienia. Na Tajwanie wszyscy mówią po mandaryńsku. Jednocześnie około 10 procent mieszkańców to ludzie, którzy przybyli z kontynentu w latach 40. i 50. XX wieku. Oni zwykle rozumieją tajwański, bo mieszkają tu od dziesięcioleci, ale na co dzień nim nie mówią.
Większość Tajwańczyków – około 75–80 procent – używa tajwańskiego w domu, zwłaszcza w rozmowach z dziadkami czy rodzicami. Natomiast młodzi ludzie często używają na zewnątrz mandaryńskiego, szczególnie w kontaktach z obcokrajowcami.

Staram się więc rozmawiać po tajwańsku, kiedy tylko mogę. Na przykład bardzo dobrze rozmawia się z paniami sprzątaczkami. Jednak szczególnie na północy Tajwanu trudno używać go jako zwykłego języka codziennego, bo młodzi ludzie – także nasi studenci – często używają między sobą mandaryńskiego.
Do tego dochodzi jeszcze grupa Hakka, która ma swój własny język, różny zarówno od tajwańskiego, jak i mandaryńskiego. To kolejne około 10 procent społeczeństwa. Są też rdzenni mieszkańcy wyspy, związani językowo raczej z rodziną austronezyjską. W praktyce więc nie zawsze jest okazja, aby używać tajwańskiego. Staram się jednak uczyć go krok po kroku.
Jestem zafascynowany religijnością ludową, która łączy tradycyjne wątki kulturowe z chrześcijaństwem. Czy mógłby Ojciec opowiedzieć trochę o jej formach na Tajwanie – czy to wśród ludności chińskiej, czy tej autochtonicznej?
– Tych form jest wiele. Mogę więcej powiedzieć o katolicyzmie tajwańskim, bo wśród ludności rdzennej bywam rzadziej. Jeśli wejdzie się do większości kościołów katolickich na Tajwanie – a także do domów katolickich rodzin – różnica jest widoczna niemal od razu. Oczywiście kościół wygląda normalnie: jest ołtarz, krzyż. Natomiast z tyłu kościoła znajduje się miejsce dla przodków. Jest ono różnie urządzone. W tradycyjnej rodzinie chińskiej istnieje tzw. tablica przodków. Podobny element pojawia się także w kościołach. Czasem jest to duża tablica z napisem wskazującym na przodków. W niektórych parafiach znajduje się cała ściana fotografii zmarłych, za których się modlimy. W innych są imiona zapisane na tabliczkach.

Dla Chińczyków modlitwa za przodków jest bardzo ważna. W tradycyjnej religijności ludowej składa się przodkom ofiary z jedzenia czy alkoholu. Uważa się, że przodkowie są obecni właśnie w tej tablicy. W Kościele katolickim podkreślamy natomiast modlitwę za przodków. Wyraża się ona jednak w formach zbliżonych do miejscowej tradycji. Na przykład zamiast świec często używa się kadzidełek. Podnosi się je trzy razy jako znak czci dla przodków, a następnie umieszcza przed ołtarzem. Czasem przynosi się także inne rzeczy – na przykład ciastka czy nawet Coca-Colę. To jest forma ofiary.
1 kwietnia będziemy mieć ceremonię zwaną Jitian Jingzu, czyli ceremonię ofiary dla nieba i uczczenia przodków. Wiąże się ona ze świętem Qingming, czyli świętem czyszczenia grobów.
Ceremonia ku czci dla nieba i przodków odbywa się również na Uniwersytecie, gdzie Ojciec pracuje.
– Na naszym Uniwersytecie Katolickim wprowadził ją jeszcze kardynał Paul Yu Pin, a później arcybiskup Stanislaus Lo Kuang.
W czasie ceremonii składana jest ofiara niebu. W języku chińskim Boga nazywa się przecież Panem Nieba (Tianzhu). To jest bardzo ważny element. Najpierw kapelan akademicki składa ofiarę niebu – także przy użyciu kadzideł. Następnie poszczególne fakultety, reprezentowane przez dziekanów lub nauczycieli, oddają cześć przodkom. To jest coś specyficznego dla naszego uniwersytetu.
Czyli to ceremonia w formie tradycyjnej, ale odnosząca się do Boga?
– Trzeba pamiętać, że 99 procent studentów nie wyznaje katolicyzmu. Nie chodzi więc o ceremonię katolicką w ścisłym sensie.

Podkreślamy raczej elementy bardzo głęboko zakorzenione w chińskiej kulturze – cześć dla przodków i odniesienie do nieba. Wyjaśniamy oczywiście, że chodzi o Pana Nieba, czyli Boga, ale nie akcentujemy tego jako wyłącznie katolickiej ceremonii.
Wspominaliśmy tutaj chińskie imię Boga chrześcijańskiego jak Tianzhu. Jakie terminy w katolicyzmie najtrudniej przetłumaczyć na chiński?
– Takich terminów jest bardzo dużo. Każdy znak chiński ma swoją historię i konotacje. Weźmy choćby słowo Bóg. Katolicy używają terminu Tianzhu, czyli „Pan Nieba”. Protestanci często używają słowa Shangdi. Oba mają bardzo długą historię religijną. Shangdi oznacza w starożytności najwyższe bóstwo związane z przodkami z czasów dynastii Shang. Natomiast Tian, czyli niebo, jest bardziej bezosobowe.
Jest też pojęcie Dao. W protestanckich tłumaczeniach Biblii Logos bywa tłumaczony właśnie jako Dao. A Dao oznacza drogę, zasadę kosmosu, coś fundamentalnego dla całej rzeczywistości. Innym słowem jest Shen, które oznacza bóstwo lub duchową istotę. Ma ono jednak konotacje związane z lokalnymi bóstwami czy duchami.

W dodatku chińska leksyka religijna jest bardzo silnie ukształtowana przez buddyzm. Wiele terminów jest więc spontanicznie interpretowanych w sposób buddyjski. Dlatego każde tłumaczenie ma swoje ograniczenia.
Na koniec chciałbym zapytać o sekularyzację. Tajwan jest bardzo nowoczesnym społeczeństwem. Jak to wpływa na przyjmowanie chrześcijaństwa?
– Europejski sekularyzm bardzo różni się od chińskiego. Kiedy przyjechałem na Tajwan sześć lat temu, pytałem studentów pierwszego roku o ich religię. Około 95 procent odpowiedziało, że nie ma żadnej. Pomyślałem więc: dobrze, to znaczy, że są niewierzący. Ale kiedy zapytałem dalej: „Czy wierzycie w duchy?”, to prawie wszyscy odpowiedzieli, że tak. „Czy chodzicie czasem do świątyni?” – tak. „Czy składacie ofiary przodkom?” – tak. Kiedy zapytałem: „Dlaczego więc mówicie, że nie macie religii?”, odpowiedzieli: „Bo to nie jest religia. To jest po prostu nasza wiara”.

Na Tajwanie słowo „religia” oznacza raczej instytucję – przynależność do Kościoła czy klasztoru. Natomiast większość ludzi po prostu żyje w świecie, w którym obecna jest wiara w duchy, przodków i różne rytuały. Nie chodzą co tydzień do świątyni, ale w pewnych momentach życia – na przykład przy pogrzebie albo w określone święta – organizują religijne ceremonie.
Dlatego nie powiedziałbym, że mamy tu sekularyzm w europejskim sensie. Raczej istnieje pewna płynna granica między kulturą, tradycją i religią. Nie spotkałem też wielu ludzi, którzy byliby naprawdę antyreligijni czy ateistyczni w sensie europejskim.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Prezydent Tajwanu w liście do Leona XIV: siła nie przyniesie pokoju
Chiny obchodzą „Dzień Powrotu Tajwanu do Ojczyzny”; według Tajpej to pretekst do aneksji
Misjonarz z Kenii o Kościele na Tajwanie: tutaj każda parafia działa synodalnie [ROZMOWA]





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny