fot. Anna Gorzelana/misyjjne.pl

70 lat temu robotnicy upomnieli się o chleb i wolność. Poznański Czerwiec ’56

Zaczęło się od codziennego upokorzenia, od skandalicznych norm pracy, zaniżonych pensji, niesprawiedliwie naliczanych podatków, braków w sklepach. 28 czerwca 1956 roku w sposób spontaniczny sto tysięcy robotników wyszło na ulicę, “żądając chleba”, a także szybko upomnieli się o wolność, godność i Boga. W siedemdziesiątą rocznicę wydarzeń Czerwca ‘56 warto przypomnieć ten przełomowy poznański bunt.

Poznański Czerwiec był pierwszym i jedynym tak wielkim buntem robotniczym w PRL i jednym z najbardziej niewygodnych wydarzeń dla komunistycznej propagandy – przeciw państwu „robotników i chłopów” wystąpili robotnicy, ludzie pracy, których władza stale przywoływała w przemówieniach, na plakatach i akademiach, którym rzekomo chciała być

Silniejsze niż strach

Rankiem 28 czerwca 1956 roku w Zakładach im. Józefa Stalina w Poznaniu, (czyli dawnych i późniejszych Zakładach Hipolita Cegielskiego), zawyła syrena. Dla tysięcy robotników wyszło z zakładów i ruszyło w stronę centrum miasta.

>>> Nie będziesz miał ChataGPT przede mną [FELIETON]

Powody protestu narastały od dawna. Podwyższone normy, błędy w naliczaniu podatków od wynagrodzeń, fatalna organizacja pracy, drożyzna i braki żywności tworzyły mieszankę, która musiała wybuchnąć. Robotnicy próbowali wcześniej rozmawiać z władzami – wysyłali delegacje, składali postulaty, domagali się korekt. Fiasko rozmów w Warszawie, do których doszło dwa dni przed protestem, przelało czarę goryczy.

Do robotników z Cegielskiego dołączali pracownicy kolejnych poznańskich zakładów, między innymi odzieżowych, graficznych i maszynowych. Miasto zaczęło iść razem. Tłum dotarł pod Zamek, gdzie mieściły się siedziby władz miejskich i partyjnych. Początkowo była to demonstracja ludzi domagających się rozmowy i elementarnej sprawiedliwości, lecz szybko okazało się, że nie chodzi tylko o ekonomiczne postulaty.

fot. Anna Gorzelana/misyjjne.pl

Na ulicach początkowo pojawiały się hasła związane z najprostszymi potrzebami: „Chleba”, później dotyczące coraz szerszego kontekstu społecznego („Wolności”), również na tle religijnym: „Precz z komunizmem”, „My chcemy Boga”, „Żądamy religii w szkołach”. W zrywie patriotycznym śpiewano hymn, „Rotę” i pieśni religijne. Wydarzenia z końca czerwca 1956 roku były sprzeciw wobec systemu, który próbował kontrolować nie tylko fabrykę i pensję, ale także pamięć, sumienie i język wspólnoty.

Od manifestacji do strzałów

Władza nie potrafiła rozmawiać z tłumem, bo musiałaby przyznać, że bunt wyrósł z realnej krzywdy. Pogłoska o zatrzymaniu robotniczej delegacji doprowadziła do zaostrzenia sytuacji. Część demonstrantów ruszyła pod więzienie przy ulicy Młyńskie, inni znaleźli się pod budynkiem Urzędu Bezpieczeństwa przy ulicy Kochanowskiego, jednym z najbardziej znienawidzonych symboli komunistycznego terroru – tam padły strzały.

Gdy protest zaczął zamieniać się w walki uliczne, do Poznania ściągnięto wojsko i przeciw mieszkańcom miasta użyto czołgów, transporterów i broni maszynowej. Komunistyczne państwo odpowiedziało na robotniczy gniew językiem siły. Według ustaleń IPN zginęło co najmniej 58 osób, a kilkaset zostało rannych. Najmłodszą ofiarą, która stała się symbolem Czerwca ‘56, był trzynastoletni Romek Strzałkowski.

Jak opowiada o jego śmierci prof. Paweł Stachowiak: – Według znanych dziś wersji, Romek Strzałkowski został zastrzelony nie dlatego, że uczestniczył bezpośrednio w wydarzeniach, ale dlatego, że znalazł się “w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwej porze”. Obrażenia na jego znalezionym ciele wyraźnie wskazują, że na nim została wykonana egzekucja – mówi profesor, wskazując na pamięć o niewinnej ofierze wydarzeń, a których było wiele.

Procesy, czyli druga odsłona walki

Następnego dnia premier Józef Cyrankiewicz wygłosił słynne przemówienie o „odrąbywaniu ręki” każdemu, kto podniesie ją przeciw władzy ludowej. Po pacyfikacji przyszły aresztowania, przesłuchania i śledztwa. Zatrzymywano uczestników protestu, bito ich, zastraszano i próbowano wymusić zeznania pasujące do tezy propagandy. Jesienią 1956 roku rozpoczęły się pokazowe procesy: „proces trzech”, „proces dziewięciu” i „proces dziesięciu”. Ich nazwy brały się od liczby oskarżonych i miały potwierdzić wersję przygotowaną przez władzę. Na ławie oskarżonych zasiedli przede wszystkim młodzi robotnicy, a szczególnie ważnym aspektem okazuje się rola adwokatów.

fot. Anna Gorzelana/misyjjne.pl

Poznańscy prawnicy utworzyli zespół obrończy, podejmując się obrony oskarżonych bezpłatnie albo za niewielkie wynagrodzenie. Szczególne miejsce zajmuje mecenas Hejmowski, który w sądach wykazywał, że to nie rzekomi prowokatorzy stworzyli Czerwiec, ale niesprawiedliwość systemu, dramatyczne warunki życia i brutalność aparatu bezpieczeństwa.

“My chcemy Boga”

Wątek kościelny Poznańskiego Czerwca bywa opisywany ostrożnie, bo Kościół jako instytucja nie był organizatorem buntu ani jego politycznym kierownictwem. Poznań i cała archidiecezja wchodziły w rok 1956 po latach mocnego nacisku ze strony władz. Państwo ograniczało nauczanie religii, przejęło kościelną Caritas, konfiskowało majątek, utrudniało działalność duszpasterską i inwigilowało hierarchię. Po aresztowaniu prymasa Stefana Wyszyńskiego Kościół w Polsce znalazł się w czasie nazywanym czasem milczenia, co wyjaśnia prof. Paweł Stachowiak: – Odsunięcie kard. Stefana Wyszyńskiego miało bardzo poważny, negatywny wpływ na kondycję Kościoła – przypomina politolog. – Czerwiec 1956 roku to okres, kiedy kard. Stefan Wyszyński jest zamknięty i kiedy Kościół jest wciąż sparaliżowany stanem lęku i ostrożności – zauważa.

Tym mocniej brzmią więc religijne hasła, które pojawiły się na ulicach Poznania. „My chcemy Boga” i żądanie powrotu religii do szkół nie były dodatkiem do ekonomicznego protestu, ale świadectwem, że robotnicy rozumieli swoją biedę szerzej niż tylko jako problem wypłaty. Upominali się o prawo do życia w prawdzie, do wychowania dzieci, do publicznego wyznawania wiary, do Polski, w której człowiek nie jest własnością państwa.

>>> Kawa o zapachu wyjątkowości. Wrocławski Cafe Równik [REPORTAŻ]

Kustosz pamięci

Po 1956 roku władza próbowała narzucić milczenie. Czerwiec miał zniknąć z oficjalnej pamięci albo pozostać w niej jako „wypadki poznańskie”, incydent wywołany przez nieodpowiedzialne elementy, lecz miasta, które widziało czołgi na ulicach i pogrzeby swoich mieszkańców, nie dało się przekonać, że nic się nie stało. – O ile w czasie tych wydarzeń Kościół odgrywał raczej rolę świadka i nie była to rola aktywna, później Kościół odegrał ogromną, fundamentalną rolę “kustosza pamięci” o Czerwcu 1956 – zauważa prof. Paweł Stachowiak, wspominając o upamiętnieniu, które było organizowane z ramienia archidiecezji.

Dopiero po latach pamięć ta mogła wybrzmieć pełniej – już nie tylko w kościołach, między innymi w Poznańskich Krzyżach, w muzeum, w książkach, wystawach, rocznicowych uroczystościach i kolejnych próbach opisania tego, co stało się 28 czerwca 1956 roku. Poznański Czerwiec był wydarzeniem, które odsłoniło pęknięcie w samym fundamencie komunistycznej Polski. 

Zdjęcia, dokumenty, głosy świadków, pamiątki po ofiarach i represjonowanych przypominają, że tamten dzień był bardzo konkretnym doświadczeniem miasta – zapisanym w twarzach ludzi, w nazwach ulic, w przestrzeni między Cegielskim, Zamkiem, więzieniem przy Młyńskiej i gmachem bezpieki przy Kochanowskiego.

Galeria (11 zdjęć)
Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze