fot. ChatGPT

Bł. Jordan z Saksonii i jego work life balance [PATRON DNIA] 

Bł. Jordan z Saksonii to drugi przełożony dominikanów, którego liczne listy – zwłaszcza pisane do przyjaciółki, mniszki Diany z Bolonii – burzą stereotypowe postrzeganie średniowiecznej religijności. Dla niego ważny był umiar w pracy i praktykach pokutnych, dbałość o ciało i zdrowie, naturalność w uczuciach oraz ludzkie przyjaźnie. 

W żaden sposób nie oznacza to, że pochwalał życie pozbawione obowiązków czy dyscypliny. Przeciwnie, być może dzięki tak często powtarzanemu przez niego w listach umiarkowaniu, pracował sumiennie i skutecznie. Ten urodzony w Niemczech pod koniec XII w. student Uniwersytetu Paryskiego zafascynował się kazaniami św. Dominika i przyjął dominikański habit w 1220 r. Jako przełożony generalny Zakonu Kaznodziejów, którym został już dwa lata później, w ciągu 15 lat swojej służby zakon dziesięciokrotnie zwiększył liczbę klasztorów. W tym czasie liczba dominikanów zwiększyła się z 300 do 4000. Niestrudzenie podróżował z prowincji do prowincji, głosił liczne kazania, przewodził kapitułom, interweniował w sprawach konfliktowych i angażował się w życie polityczne, gdy było to konieczne. A przy tym starał się mieć czas dla przyjaciół i dbać o zdrowie. Czytanie bezpośrednich pism świętych, które nie są hagiografiami, pomagają spojrzeć lepiej na prawdziwsze oblicze epoki, która przyjęła miano głęboko chrześcijańskiej. Pozbawione jest one tej nadmiernej surowości i czasem wręcz ponurej powściągliwości w – nieraz tłumionych – emocjach, czym wyróżniał się nieraz w kulturze i w religijności wiek XIX, a co nieraz bezrefleksyjnie przenosimy na poprzednie epoki. 

Ciekawym wątkiem w biografii bł. Jordana jest jego wielka przyjaźń z bł. Dianą d’Andalò, mniszką dominikanką z klasztoru św. Agnieszki w Bolonii. To tak liczne listy do niej wiele mówią o charakterze i duchowości Jordana. Sama Diana również jest postacią fascynującą. O jej silnym charakterze i uporze niech mówi fakt, że wdała się – chyba dosłownie, skoro skończyła ze złamanym żebrem – w bójkę z rycerzami swojego ojca, który nie zgadzał się, by wstąpiła do klasztoru. Chociaż tym razem musiała wrócić do domu, to gdy była już trochę starsza, uzyskała zgodę rodziny i została dominikanką. O tej błogosławionej chętnie napiszę więcej bliżej dnia jej liturgicznego wspomnienia. Tymczasem co nieco o Jordanie, choć Diana będzie się w jego historii wielokrotnie przewijać. 

fot. https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=920453

Nie pokutować zanadto 

Zdaje się, że Diana (co współgrałoby z jej płomiennym temperamentem i skłonnością do angażowania się „na maxa”) i jej współsiostry z nowo założonego Klasztoru św. Agnieszki lubowały się w surowych umartwieniach, skoro Jordan musiał często i z naciskiem pisać, że nie popiera zbyt radykalnie oraz nieostrożnie czynionej pokuty. Zwracał uwagę, że należy dbać o ciało, choćby z tego względu, że brak snu, wypoczynku, pożywienia skutkuje brakiem sił, a więc i osłabnięciem sił, i woli do należytej służby Bożej. „Pragnę Ci teraz przekazać tę jedną, jedyną naukę, a mianowicie, abyś – jak często Was do tego zachęcałem – najpierw Ty sama strzegła roztropności i przez wycieńczenie organizmu albo zmęczenie ducha nie pozbawiła Twego ciała skutku dobrych czynów, Twej duszy – miłości, Twych bliskich – przykładu, Boga – czci, i tak dalej. Całe to zło zdarza się zwykle, kiedy tracimy rozsądny umiar” – pisał w liście do s. Diany pisanym z Paryża w Adwent 1225 r. [Wszystkie użyte w tekście fragmenty listów i oznaczonych cydzysłowem wypowiedzi przypisywanych Jordanowi pochodzą z przekładu Pawła Krupy OP: Jordan z Saksonii „Najdroższej Dianie…”, wyd. W Drodze 2017.] 

Są bowiem rzeczy ważniejsze niż asceza, która przecież nie jest celem samym w sobie, lecz jedynie środkiem. Jordan stwierdził nawet w tym samym liście, że „ćwiczenia i umartwienia cielesne nie na wiele się zdają, a pośród postów, czuwań i łez łatwo zagubić właściwą miarę. Natomiast nigdy nie zdarzy się Wam przesadzić w cnotach, takich jak pokora, cierpliwość, łagodność, posłuszeństwo, miłość i skromność. Starajcie się raczej o nie”. Dominikanin sugeruje zatem, że jeżeli umartwienia nie budują cnót, to na nic się zdają. Nie neguje ich, bo przecież asceza jest pożyteczna i konieczna, lecz stawia je na właściwym im miejscu. 

Kilka miesięcy wcześniej, pisząc z Lombardii, przestrzegał swoją duchową córkę i siostrę przed zaniedbywaniem rzeczy istotnych dla ciała. „Nie odmawiaj sobie zanadto jadła, napoju i snu, lecz we wszystkim zachowaj cierpliwość i umiar” – pisał. Kilka lat później doradzał jej również, by się nie przepracowywała, powtarzając jednocześnie sugestie o roztropności w umartwieniach cielesnych. „Poza tym, najdroższa, wprowadź proszę, nieco umiaru do Twojej pracy i Twojemu zakonnemu życiu nałóż wędzidło roztropności” – czytamy w liscie z Magdeburga w 1227 r. Podobnie więc jak w przypadku praktyk religijnych, tak i w kwestii pracy szukał odpowiedniego umiaru. 

fot. Prospero Fontana – https://www.domenicani.net/gallery.php?step=2&id_gallery=332&id_cat=7&id_sottocat1=11&id_sottocat2=402&titolo_cat=BEATI%20DOMENICANI, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=134218047

Czas odpocząć 

Dominikańska anegdota mówi, że gdy pewien brat zapytał Jordana, czy lepiej całkowicie oddać się modlitwie, czy może poświęcić studiowaniu – generał zakonu odparł pytaniem: „A co jest lepsze: tylko jeść czy tylko pić?”. W życiu potrzebne jest to i to. Inna anegdota opowiada, że pewnego razu podczas odmawiania modlitwy ze swoimi współbraćmi, jeden z nich zaczął się śmiać, a wkrótce śmiech opanował też wielu innych. Jeden z braci zbulwersowany począł napominać chichoczących zakonników, lecz Jordan zareagował inaczej. „Najmilsi, śmiejcie się z całych sił, nie bacząc na tego brata – ja daję wam pozwolenie” – miał odpowiedzieć. Nie była to pochwała „śmieszkowania” z modlitwy czy braku skupienia na niej. Czytamy dalej, że bracia przyjęli naukę i „zaprzestali na przyszłość nieprzystojnych śmiechów”. Znowu, nie tyle pochwalał zakłócanie modlitwy, co uważał, że śmiech jest czymś naturalnym i dobrym. 

>>> Odpoczywać trzeba umieć [FELIETON]

W swoich listach Jordan nierzadko podkreśla radosne spotkania z braćmi i przyjaciółmi. Zresztą pisał nie tylko do Diany. Ten czas spędzony z innymi ludźmi był dla niego ważny. Wiedział także, kiedy należy się zatrzymać i zadbać o siebie. Nie był zwolennikiem maltretowania swojego ciała za wszelką cenę. Gdy ciężko zachorował w 1227 r. to odpoczął i uważnie słuchał rad lekarza. Wrócił do pracy kaznodziejskiej dopiero, gdy poprawił się stan jego zdrowia. „W dniu św. Wawrzyńca, choć jeszcze mocno osłabiony, po zasięgnięciu opinii medyka, zjechałem z Werony do Trydentu. Tam odzyskałem siły na tyle, że w święto Wniebowzięcia mogłem wygłosić kazanie do ludu, a nazajutrz do miejscowego kleru” – pisał do Diany 16 sierpnia 1227 r. z Trydentu. 

Kilka lat później zachęcał swoją przyjaciółkę, by zatroszczyła się o swoje zdrowie po niewielkim wypadku. „Bardzo cierpię z powodu Twej nogi, którą ponoć zwichnęłaś. Proszę więc i nalegam, abyś tak nodze, jak i całemu Twemu ciału zechciała poświęcić nieco więcej troski” – pisał ze Strasburga w sierpniu 1234 r. 

Chłopaki płaczą 

Nie tylko śmiech był dla Jordana czymś naturalnym, lecz również płacz. Wówczas jeszcze w chrześcijańskiej Europie nie funkcjonował tak dobrze stereotyp o „niepłaczących chłopakach”. W średniowieczu męskie łzy, również wojownika i rycerza, były raczej czymś szlachetnym niż „niemęskim” (chyba że łączyło się to z tchórzostwem). Publiczny płacz mężczyzn przewija się w wielu pismach tej epoki. Nie brakuje tego i w listach bł. Jordana. 

freepik.com/freepik

Pokazuje to najmocniej śmierć jego ukochanego przyjaciela Henryka. Pozornie może się nawet wydawać, że nie ufa Bogu w obliczu tej straty. „Płaczę za najwierniejszym przyjacielem, płaczę za najukochańszym bratem i najdroższym synem – Henrykiem, przeorem z Kolonii. Bo chociaż szczęśliwie opuścił to wygnanie, aby powrócić do Ojca i ojczyzny, to przecież zostawił na tym świecie mnie biednego” – żalił się Dianie. W liście do innej bliskiej mu osoby, być może siostry, wyznał: „Tak, płakałem przed jego śmiercią, płakałem, gdy umierał, płakałem, gdy odszedł, i wciąż jeszcze łzy cisną mi się do oczu”. 

Dodał, że „porwał go szloch”, gdy modlił się wraz z innymi za Henryka. Gdy rozpoczęły się jego ostatnie chwile, to gorliwą modlitwę przeplatał płacz innych braci. Śmierć ich towarzysza wycisnęła z nich obfite łzy. „Jakiż powstał lament, jaki szloch, gdy tak dobry ojciec opuścił ukochanych synów i kiedy synowie żegnali ojca!” – opisał Jordan całą sytuację. Nie było w nim wstydu czy zażenowania, które mogłoby towarzyszyć wciąż współczesnym mężczyznom. Zupełne inne czasy. 

Bł. Jordan z Saksonii zmarł podczas wizytacji klasztorów w Ziemi Świętej w 1237 r. Jego okręt rozbił się na wybrzeżu syryjskim. Kilka miesięcy wcześniej zmarła jego przyjaciółka, bł. Diana. Przyjaciele wspólnie udali się, by ujrzeć Oblicze swego Pana, któremu wiernie służyli, z którym za życia ziemskiego śmiali się i płakali. 

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze