Franciszek. Papież całego Kościoła [MISYJNE DROGI]

3 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Kościół nie może stać w miejscu, jego misją jest działalność pastoralna, to jest ciągła akcja, bycie zawsze w pogotowiu.

Przyjeżdżał do naszej parafii zawsze sam, zazwyczaj jeździł autobusem albo metrem. W drodze do kościoła często zatrzymywał się i rozmawiał z ludźmi, także z tymi, którzy czekali na niego przed kościołem. Gdy wchodził do świątyni, po kolei odwiedzał kaplice poświęcone poszczególnym świętym. Następnie udawał się do miejsca, w którym znajdował się Najświętszy Sakrament, a po adoracji kierował się do konfesjonału, w którym był nasz wikariusz. Po prostu spowiadał się u niego. Właściwie trudno powiedzieć, kiedy po raz pierwszy poznałem kard. Jorge Bergoglio. Przez 10 lat moją parafię pw. Matki Bożej Gromnicznej w Córdobie odwiedził co najmniej 13 razy. Jako zakonnik, jezuita, z szacunku dla drugiej osoby, metropolita Beunos Aires starał się odwiedzać parafie tak często, jak tylko mógł. Zawsze był wśród ludzi, nie bał się z nimi rozmawiać i słuchać ich. Miał taki zwyczaj, że przyjeżdżał zawsze na święto patronalne parafii. Polskim odpowiednikiem takiego święta jest odpust parafialny. Kard. Bergoglio robił tak jeszcze jako biskup pomocniczy, a potem kontynuował tę tradycję, kiedy został arcybiskupem całego Buenos Aires. Najczęściej był już w parafii dzień wcześniej, 31 grudnia, ponieważ 1 stycznia przypadało nasze święto parafialne. Swój przyjazd zawsze zapowiadał kilkanaście tygodni wcześniej, a w przeddzień jeszcze potwierdzał, czy może przyjechać. Odczytywałem to jako znak jego wielkiej pokory. Mimo tylu swoich obowiązków zawsze pamiętał o drobnych rzeczach, nie patrzył na nikogo „z góry”. Miał ogromny szacunek do innych ludzi, nawet jeśli byli to zwykli parafianie. Po odprawieniu mszy św. w naszej parafii, żegnał się ze wszystkimi wiernymi, ściskał dłoń każdego człowieka, który na niego czekał i każdemu składał noworoczne życzenia. Zawsze go wspominam jako człowieka bezpośredniego. Nie bał się ludzi.

Foto: PAP/EFE/EPA

Gdy dowiedzieliśmy się, że kard. Bergoglio został papieżem, cała Argentyna świętowała. Nie wszyscy dowiedzieli się jednak o tym od razu, tutaj jest naprawdę inny świat. Ja dowiedziałem się przypadkowo oglądając wiadomości. Pamiętam, że poszedłem potem do kościoła na mszę świętą, i już wtedy było w nim bardzo dużo ludzi. W Buenos Aires całą noc i cały dzień trwała prawdziwa i radosna fiesta. To był widzialny znak, ponieważ on stamtąd pochodził i był naprawdę znany. Córdoba w tym względzie zachowała się bardziej wstrzemięźliwie. Dla porównania, w Polsce po wyborze kard. Karola Wojtyły jeszcze dwa miesiące po konklawe trwały rozmowy w rodzinie, w sklepie, pociągu, autobusie i tak dalej. Wciąż się o tym mówiło, ludzie jakby odkrywali, kim są. Argentyna jest jednak bardziej zróżnicowana i rozległa, stąd każdy jej region inaczej reagował na tę wiadomość. Ale może wybranie kard. Bergoglio na papieża miało podobną misję do wypełnienia, co w przypadku Polski? Nie wiem. Niezwykle trafne są słowa papieża Franciszka, który porównuje Kościół do pogotowia. Kościół nie może stać w miejscu, jego misją jest działalność pastoralna, to jest ciągła akcja, bycie zawsze w pogotowiu. Franciszek nie raz podkreślał i mówił, że „woli Kościół po wypadku, niż w stanie ciągłej choroby”. Tą chorobą jest konformizm. Chodzi o to, żebyśmy my, jako Kościół, jako wspólnota, nadawali ten ton światu, właśnie dzisiaj, kiedy więcej rodzi się pytań, które poddają pod wątpliwość, niż Dobrej Nowiny, która utwierdza człowieka w przekonaniu, że Pan Bóg go kocha. Pontyfikat Franciszka to takie ożywienie, by działać, by przypomnieć sobie o tym, że marzenia o świętości wcale nie muszą być takie odległe.

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<<

Zobacz także
Wasze komentarze