Ukraina. Bezdomności nauczyć się nie da [MISYJNE DROGI]

3 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

W pracy z osobami bezdomnymi bardzo ważne są drobiazgi i niuanse. Właśnie na nie zwraca się uwagę podczas formacji wolontariuszy przygotowujących się do tej pracy. 

Dla wolontariuszy MISEVI Polska nadchodzący wrzesień oznacza niemal tylko jedno – przygotowania dobiegły końca. Już za kilka tygodni wyjadą na Ukrainę, by pracować z osobami w kryzysie bezdomności. Tylko czy roczna formacja wystarczy, by zrozumieć, czym tak naprawdę jest życie na ulicy? To był luty – pamiętam dobrze, bo wyjazd przypadał w moje urodziny. Spakowałam plecak i pojechałam do Odessy, a razem ze mną Olga. Siostry miłosierdzia, tam posługujące, zaproponowały nam zaangażowanie się w pracę na rzecz osób bezdomnych. Wizyta moja i Olgi miała być rozeznaniem potrzeb i możliwości działania. Prysznic, punkt medyczny, czyste ubrania, wsparcie psychiczne i duchowe – to tylko jakieś słowa-klucze, w których staramy się zamknąć to, co dzieje się na miejscu. Łaźnia, do której przychodzą potrzebujący, to przede wszystkim przestrzeń przemiany – fizycznej i duchowej. Małe codzienne cuda dziejące się dzięki bawełnianej koszulce, maszynce do golenia, wytęsknionemu poczuciu „bycia zaopiekowanym” i spojrzeniu takiemu, po którym zło przestaje już być rozwiązaniem. Widząc te cuda, długo zastanawiałam się, w jaki sposób możemy przygotować wolontariuszy, którzy będą pracować w Odessie. Z jednej strony mamy przecież teoretyczną wiedzę na temat bezdomności (oczywiście z zaznaczeniem, że czasami ta wiedza jest zupełnie nic niewarta, bo przecież każda bezdomność jest inna – ma inne przyczyny, inny przebieg, po prostu – dotyczy innego człowieka), wiemy, jak rozmawiać, by łagodzić sytuacje stresowe, znamy możliwe przyczyny bezdomności, „typowe” zachowania, które mogą jej towarzyszyć. Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że alkoholizm to choroba, a życie bez domu po pewnym czasie też staje się uzależnieniem. Tylko czy to wystarczy, żeby praca nie była – właśnie – tylko pracą. Żeby działy się te codzienne małe cuda?

Foto; Arkadiusz Kijas

Jak możemy nauczyć empatii? Jak ukształtować spojrzenie tak, by widziało szerzej? Czy powinniśmy pozwalać na angażowanie się wolontariuszy w niejednokrotnie dramatyczne historie tych, którzy przychodzą po pomoc? Gdzie jest granica pomiędzy zdrowym dystansem a znieczulicą? Co zrobić z „usłyszanymi” i „zobaczonymi” cierpieniami po powrocie? Czy o nich mówić, czy schować głęboko i wracać samemu, bo przecież nikt, kto nie był na miejscu, nie zrozumie? Jak mówić o bezdomności, żeby nie odrzucała, a przyciągała, żeby była portretami pięknych ludzi. Jak być obok, żeby nie zranić? Za każdym razem, gdy rozpisuję roczny plan formacji, zastanawiam się, w jaki sposób ją prowadzić, na co zwrócić uwagę, przygotowując do wyjazdu nowe osoby. Mam w sobie dużo obaw – przede wszystkim o to, by nowych wolontariuszy nie zniszczyć. Brzmi mocno? Być może. Czuje się jednak ogromną odpowiedzialność za to, by nie przerwać działania „małych codziennych cudów”. Człowiek – niezależnie od tego, kim jest, skąd jest i jaką przeszłość ma za sobą – to najwrażliwszy z materiałów, w którym przyszło nam rzeźbić – dobrym słowem, serdecznym gestem, ciepłym spojrzeniem. A może właśnie te cuda to nie nasz proces twórczy? Może nie jesteśmy ich autorami, a tylko ich częścią? I w końcu – może te „małe codzienne cuda” są bardziej „dla nas” niż „dla nich”? Może wystarczy zaufać?

 

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<<

Zobacz także
Wasze komentarze