fot. PAP/EPA/BIENVENIDO VELASCO
Bp Tomasz Sztajerwald: współpraca z łaską jest kluczowa, nie można traktować łaski Bożej magicznie
Gdzie przebiega granica między światem duchowości a światem psychologii? Czy łaska może zastąpić terapię? Na czym polega magiczne rozumienie działania łaski? Co z męstwem i cierpieniem? Jak może w naszych dylematach pomóc teoria Viktora Frankla? Czy dbałość o własną duchowość może pomóc księżom w przezwyciężeniu kryzysów? Z bp. Tomaszem Sztajerwaldem, biskupem pomocniczym warszawsko-praskim, psychologiem, doktorem nauk społecznych, rozmawiali dla KAI o. Michał Bortnik OSPPE i Robert Bogdański.
Biskup pomocniczy diecezji warszawsko-praskiej, Tomasz Sztajerwald, ma wykształcenie teologiczne i doktorat z psychologii, pracował jako wikariusz w parafii, wychowawca seminaryjny i jako terapeuta, był też rektorem seminarium diecezjalnego. Wydaje się więc dobrym kandydatem do rozmowy o problemach związanych z postawami wobec duchowości i psychologii, o formacji i duchowości kapłanów, oraz o tym, czy terapia może zastąpić łaskę, lub też odwrotnie. W rozmowie stara się zwracać uwagę na konieczność unikania generalizacji i na to, że zero-jedynkowe widzenie problemów spłyca je i nie prowadzi do osiągnięcia dobrych wniosków.
„To nie jest w pełni wyrażalne – mówi pytany o granice między światem duchowości a psychologii. – Nie możemy wziąć centymetra i odmierzyć, gdzie leży granica między tymi sferami. One mogą się uzupełniać, przenikać. Problemem jest to, że w coraz bardziej zlaicyzowanym społeczeństwie trudno jest mówić o łasce. Niektórzy rozumieją ją bardzo magicznie, więc odrzucają sferę związana z duchowością. Ale – jak mówi św. Tomasz – łaska nie niszczy natury, tylko ją podnosi, uwzniośla. Jeżeli człowiek z łaską współpracuje”.
Pytanie o sens cierpienia
Kwestia współpracy z łaską jest według bp. Sztajerwalda kluczowa dla właściwego rozumienia duchowości. Człowiek nie może być wobec łaski bierny:
„To nie jest magia, że Bóg dał łaskę i człowiek dzięki temu automatycznie może wskoczyć na wyższy poziom. Jeżeli człowiek wierzący współpracuje z łaską, to ma ona szansę coś w nim zmieniać. Dzieje się tak, jeżeli ją przyjmuje, stara się na nią odpowiedzieć i z nią współpracować, gdy jest wrażliwy na natchnienia, które Bóg daje” – powiedział hierarcha.
Rozmówca KAI odwołuje się do przykładu spowiedzi, gdy człowiek walczy z jakąś swoją wadą główną, z której się wielokrotnie spowiada i otrzymuje łaskę rozgrzeszenia, a w końcu udaje mu się tę wadę przezwyciężyć. Z punktu widzenia psychologii ktoś powie, że ten człowiek wyćwiczył się, nabył pewną kompetencję. Z punktu widzenia duchowego możliwe jest inne spojrzenie: ludzie wierzący często powiadają, że po wielu spowiedziach w zakresie pewnego grzechu czy wady, coś w końcu w nich jakby „zaskoczyło” i oni ewidentnie widzą, że jest to dziełem Boga, który wsparł te ich ludzkie wysiłki. Chodzi np. o walkę z nałogami czy o pracę nad własnym charakterem.
„Więc jeżeli rozumiemy łaskę w sposób magiczny, to nie zrozumiemy właściwie tej rzeczywistości, natomiast w porządku duchowym widzimy, że przez nią Bóg towarzyszy naszemu własnemu wysiłkowi, umacniając nas” – powiedział bp Sztajerwald.
Nieuchronnie pojawia się w tej sytuacji pytanie o sens cierpienia.
„To nie jest oczywiście tak, że gdy człowiek otworzy się na łaskę Bożą, to będzie mniej cierpiał – powiedział bp Sztajerwald – ale łatwiej jest odkryć sens w cierpieniu, gdy włączy się w to łaskę Boga. Łatwiej jest wtedy znaleźć siły do znoszenia cierpienia”.
W tym miejscu znowu stajemy wobec kwestii granic między różnymi sferami życia. Wiele osób przyjmuje taką postawę, że komuś, kto cierpi wystarczy tylko powiedzieć, żeby powierzył swoje cierpienie Panu Bogu i wszystko będzie dobrze, ale to jest postawa, która zdaniem hierarchy nie zawsze może prowadzić do dobrych owoców:
„Są rodzaje cierpienia, jak niektóre rodzaje depresji, które są tak dojmujące, że człowiek chciałby przestać istnieć i potrzeba mu pomocy psychologicznej, niekiedy nawet farmakologicznej. Terapia może nas doprowadzić do momentu, w którym człowiek będzie miał więcej siły, żeby współpracować z łaską, a ona sama będzie mogła skuteczniej działać”.
Dzielnie znosić nieuniknione cierpienie
Przyjęcie właściwej postawy wobec niedogodności i cierpienia utrudniają nam koncepcje nośne we współczesnej kulturze. Jedna z nich opiera się na przeświadczeniu, że człowiek, aby być szczęśliwym powinien żyć w dobrostanie i powinien zniwelować to, co go uwiera, czyli właśnie cierpienie.
„Samo w sobie nie zawsze musi to być złe – powiada bp Sztajerwald – ale problem zaczyna się wtedy, gdy usiłujemy na siłę osiągnąć dobrostan nie patrząc na to, że mamy pewne uwarunkowania, które na to nie pozwalają, które sprawiają, że osiągnięcie pełnego dobrostanu nie jest możliwe”.
Na przykład rodzice małego dziecka narażeni są na niedogodności, czasem bardzo duże, z powodu opieki nad nim. Może się wtedy rodzić w nich frustracja, gdy porównują ten stan ze stanem, gdy dziecka nie mieli i mogli robić wszystko, co chcieli. Podświadomie mogą tak się koncentrować na ponownym powrocie do tamtego dobrostanu, że nie będą w stanie widzieć żadnych pozytywów obecnego etapu w życiu. Konsekwentne wysuwanie na plan pierwszy własnego dobrostanu może doprowadzić do tego, że po prostu nie będą chcieli mieć więcej dzieci, gdyż to będzie w ich odczuciu zagrażać ich dobremu samopoczuciu.
„Jeżeli jednak zrozumiemy, że pewne elementy są częścią naszego życia i wcześniej czy później przemijają, gdy nauczymy się dbać o wyższe wartości, to możemy zobaczyć inny sens w cierpieniu” – powiedział bp Sztajerwald.
Przywołał on teorię Viktora Frankla, zdaniem którego, aby człowiek osiągnął szczęście i integrację osobową powinien się m.in. nauczyć dzielnie znosić nieuniknione cierpienie. Rozmówca KAI podkreślił mocno, że Franklowi chodziło o cierpienie nieuniknione, nie namawiał on do specjalnego wystawiania się na niedogodności.
„W przypadku Frankla to było doświadczenie ekstremalne, ale skoro nawet tam, w obozie koncentracyjnym, mógł on odnaleźć wewnętrzny pokój, to tym bardziej można go odnaleźć w sytuacjach mniej ekstremalnych” – powiedział hierarcha.
I niekiedy takim nieuniknionym cierpieniem czy niedogodnością mogą być niektóre zwyczajne sytuacje naszego życia. Zrozumienie tego naprawdę bardzo pomaga w codziennym funkcjonowaniu, pomaga trochę sobie odpuścić, mniej się frustrować. A tym, co jest bardzo istotne w chrześcijaństwie to fakt, że takie nieuniknione niedogodności czy cierpienia człowiek może świadomie oddawać Bogu z miłości do Niego i do bliźniego, np. ofiarując je w jakiejś intencji. Taka świadomość może niekiedy bardzo pomóc osobom, które przeżywają wiele trudności i niedogodności i nadać im głębszy, duchowy sens.
Powstaje pytanie: jak podchodzi do tego współczesna kultura? Czy potrafi nadać sens cierpieniu? Wydaje się, że proponuje ona jedno rozwiązanie, które polega na tym, aby usunąć je za wszelką cenę z horyzontu naszego życia, aby nieustannie dbać o swój dobrostan. Ale nie zawsze przecież jest to możliwe. Ponadto istnieje pewne ryzyko – wyobraźmy sobie, że wszyscy bez wyjątku zaczniemy koncentrować się w sposób skrajny wyłącznie na swoim dobrostanie. Może się wtedy okazać, że nie otrzymamy znikąd pomocy, gdy pojawi się w naszym życiu cierpienie. Dlaczego? Bo może zdarzyć się tak, że nikt będzie chciał nam pomóc, gdyż to naraziłoby jego dobrostan. Chodzi o stratę wolnego czasu, wysłuchiwanie naszych trudności, może poświęcenie jakichś środków.
„To oczywiście skrajność na użytek dyskursu – powiedział rozmówca KAI – ale pokazuje kierunek myślenia. To jest problem. Bo osiągnięcie szczęścia może także polegać na tym, że godzimy się na to, że niekiedy odpuścimy sobie walkę o własne prawa, szczęście czy dobrostan w imię czegoś wyższego, w konsekwencji mogąc cieszyć się czyimś szczęściem. Tak jak rodzice, którzy rezygnując w jakimś stopniu ze swoich praw czy dobrostanu na rzecz dobra dziecka, po jakimś czasie mogą zobaczyć, że ich wysiłki owocują jego rozwojem”.
Mistycy stąpali twardo po ziemi
Bp Sztajerwald zgadza się, że polemika wokół felietonu ks. Jerzego Szymika pokazała, że istnieje problem, którego być może wcześniej nie dostrzegaliśmy i dlatego teraz tak gwałtownie wydostał się na światło dzienne domagając się przepracowania. Powstaje jednak pytanie, co to właściwie jest:
„Czy to jest stan psychiki współczesnych księży, czy wygórowane oczekiwania ludzi wobec nich, czy tożsamość kapłańska – kim ma ksiądz być? I w końcu – pozostaje jeszcze pytanie: jaka jest duchowość księdza? I z tym ostatnim – przyznajmy się – chyba jest pewien problem: jaka jest duchowość księży, jak ją rozwijamy?”
Rozmówca KAI wskazał na niebezpieczeństwo generalizacji, bo są księża, którzy nad swoją duchowością pracują, są też ci dotknięci swego rodzaju wypaleniem zawodowym. Bo ksiądz jest tym, od którego oczekuje się, że będzie zawsze tylko „pomagał, pomagał, pomagał”, a jest też wielu, którzy nie zdecydowali się na poproszenie niekiedy o pomoc, także psychologiczną, gdy była taka potrzeba i z tego wynikł ich kryzys. Są jednak i tacy, którzy zaniedbali troskę o budowanie swojej duchowości: „ich kryzysy mogły być efektem braku czuwania nad sobą, braku dbania o życie duchowe, a zatrzymaniem się tylko na pobożności i niewystarczającym budowaniu prawdziwej relacji z Chrystusem”.
„Przy okazji tej debaty jasno rysuje się problem potrzeby zadbania o duchowość księdza. Jeżeli do pomocy sobie, np. w kryzysie, używam środków słusznych i godziwych oraz moralnie dobrych, jakim jest m. in. poddanie się leczeniu, co niekiedy jest wskazane, a nawet konieczne, to co do zasady nie ma tutaj dyskusji. Natomiast istnieje pytanie, jak dbam o tę drugą stronę swojego człowieczeństwa, o sferę duchową, szczególnie, jako ksiądz” – powiedział bp Sztajerwald.

„Może warto, by każdy sobie zadał to pytanie i zrobił rachunek sumienia: kiedy ostatnio miałem prywatny dzień skupienia, czy mam stałego spowiednika czy kierownika duchowego, czy dbam o modlitwę? Nie chodzi tu tylko o pobożność, choć to oczywiście ważne, ale czy modlitwa jest dla mnie czymś więcej niż pobożnym odmówieniem np. brewiarza, czy staje się treścią mojego życia, czy jestem człowiekiem duchowym. Dzięki rozwijaniu swojej duchowości otwieramy się na przestrzeń działania łaski. Jesteśmy dzięki niej zdolni do zrezygnowania z czegoś, co nam się należy, bo widzimy w tym jakieś większe dobro. Wtedy wyrzeczenie, rezygnacja ze swojego dobrostanu czy nawet chwilowe niezaspokojenie swoich ważnych potrzeb staje się nie tyle dolegliwością, ile darem udzielanym w imię wyższych wartości” – powiedział rozmówca KAI.
Czy więc Bóg sam wystarcza? Jak rozstrzygnąć dylemat, który wywołał tak gwałtowny spór? Odpowiedź bp. Tomasza Sztajerwalda jest stanowcza, ale zniuansowana: „W najgłębszym teologicznym sensie – tak. Jeżeli mamy do czynienia z człowiekiem, który chce i prowadzi życie duchowe, żyje w stanie łaski uświęcającej, w zgodzie ze sobą i z Bogiem, to w pewnym momencie może znaleźć się na takim etapie rozwoju duchowego, w którym zorientuje się, że nie potrzebuje poza Bogiem nikogo i niczego. Bóg zaspokaja jego najgłębsze pragnienia – miłości, akceptacji. Nie oznacza to, że inne potrzeby znikają, stają się nieistotne. Po prostu znajdują one swoje właściwe miejsce, nie są już najważniejsze, nie konkurują ze sobą o pierwsze miejsce. Przykładem są dla nas mistycy, którzy stąpali twardo po ziemi, ale jednocześnie wiedzieli, że Bóg jest najważniejszy – bo tego doświadczyli. Lecz jeśli ktoś znajduje się w trudnym stanie, na przykład w ciężkiej depresji, wówczas powinien postępować zgodnie z zasadą właściwego porządku działania i autonomii każdej ze sfer. Trzeba zająć się tym, co chore w sferze fizycznej czy psychicznej, nie zarzucając swojej współpracy z łaską – modlitwy czy sakramentów. To przecież może i powinno iść równolegle. A w pewnym momencie to, co niepoukładane, zranione czy chore w ludzkiej naturze może być już na tyle uporządkowane, że takiemu człowiekowi będzie łatwiej odpowiadać na łaskę i dojść na którymś etapie swojego życia do świadomości, że Bóg sam wystarcza; co więcej, łaska może pomagać w procesie zdrowienia, jeśli się na nią otwiera. Ale zanim to nastąpi, może być tak, że najpierw potrzebne mu było – poza modlitwą – wsparcie kogoś, wysłuchanie, może farmakologia. Problem w tym, że często używa się tych słów św. Teresy w takiej zero-jedynkowej dyskusji: wystarczy, czy nie wystarczy? Trzeba wziąć pod uwagę kontekst. To nie są słowa wytrychy”.
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Papież z aksamitu. Niezwykłe przygotowania w więzieniu Chorrillos
W Afryce więcej katolików niż w Europie [RAPORT]
Wiara, która jednoczy. Festiwal Młodych w Ziemi Świętej





Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny