Fot. arch. Maksymilian Nawara OSB

Fot. arch. Maksymilian Nawara OSB

Skąd wiesz, że się modlisz? Ojciec Maksymilian Nawara OSB o medytacji, uzdrawianiu pamięci i nauce umierania

„Modlitwa to nie osiąganie, ale strata, która potwierdza miłość” – mówi o. Maksymilian Nawara, benedyktyn z Lubinia i opat, prezes Benedyktyńskiej Kongregacji Zwiastowania o charakterze międzynarodowym, który od dwudziestu lat uczy medytacji chrześcijańskiej. W rozmowie obala mity o duchowym zaawansowaniu, mierzy się z lękami chrześcijan przed tradycją Wschodu i tłumaczy, jak na medytacyjnej poduszce leczyć trudne wspomnienia.

Zofia Urbanek: Prowadził Ojciec kiedyś rekolekcje pod hasłem „W modlitwie nie ma zaawansowanych”. Skoro nie ma zaawansowanych, to po co w ogóle mówić o rodzajach, metodach czy stopniach modlitwy?

Ojciec Maksymilian Nawara OSB: – Modlitwa odzwierciedla życie i do życia prowadzi. A życie jest dynamiczne i zmienne: czasem jest nam na modlitwie lepiej, czasem gorzej. Jeżeli mierzymy postęp tylko własnym doświadczeniem czy myśleniem, ograniczamy modlitwę do naszej aktywności. A modlitwa jest przede wszystkim działaniem Ducha, a Duch wieje, jak chce. Oczywiście, im więcej człowiek się modli, tym bardziej jest w modlitwie zadomowiony. Ale niezależnie od tego, jak daleko zaszedł, życie będzie przynosić do modlitwy napięcia i rozproszenia. Zaawansowanie nie polega na tym, że one znikają, tylko na tym, że uczymy się z nimi obchodzić.

>>> Natłok myśli na modlitwie to dobry znak? Nauczyciel medytacji o ciszy [ROZMOWA]

Katechizm wymienia modlitwę ustną, rozmyślanie i kontemplację. To szczeble, po których się wchodzi, czy też raczej trzy języki modlitwy?

– Każdy musi odkryć nie tylko wezwanie do modlitwy, ale też to, do jakiej konkretnej modlitwy jest wezwany. Na drodze duchowej formy modlitwy najczęściej się upraszczają, ale kontemplatyk nie porzuca modlitwy ustnej. Liturgia godzin czy nabożeństwa opierają się przecież na modlitwie ustnej i będą nam towarzyszyć przez całe życie, bo jesteśmy chrześcijanami żyjącymi we wspólnocie. Zmienia się raczej ich jakość. Człowiek modli się ustami, ale wie, że może za tym podążać serce. Nawet nabożeństwo, które kiedyś go nudziło, teraz może go karmić.

A jeśli jakaś forma modlitwy przestaje pomagać?

– Trzymanie się na siłę dawnych form może nas zatrzymać na drodze. Jeżeli ktoś modli się, rozmyślając, i po pewnym czasie czuje, że rozmyślanie go męczy i nic mu nie daje, powinien pójść dalej, do modlitwy uproszczenia. I nie martwić się, że zdradza Pana Boga. Jest po prostu zaproszony, by iść głębiej niż refleksja.

Fot. arch. Robert Nawara OSB
Fot. arch. Robert Nawara OSB

Papież Leon XIV mówił latem, że modlitwę myli się dziś z techniką psychologiczną, która ma poprawić samopoczucie. Gdzie przebiega granica między medytacją chrześcijańską a mindfulness?

– Każda motywacja wystarczy, żeby zacząć drogę modlitwy, ale nie każda wystarczy, żeby na niej wytrwać. Jeśli ktoś szuka well-beingu i przeczytał na forum albo sztuczna inteligencja mu podpowiedziała, że pomoże mu medytacja, to dobry powód, żeby zacząć. Szybko jednak może się rozczarować. Medytacja w formie jest prosta, ale trwanie w niej jest niesamowicie wymagające, bo trzeba się zmierzyć ze wszystkim, co jest w środku: z myślami, emocjami, pamięcią. Ktoś szukał oazy, bańki mydlanej, a znalazł soczewkę, która skupia całe jego życie w jednym punkcie. Wtedy albo porzuci praktykę, albo jego motywacja się oczyści i zauważy, że nie chodzi o święty spokój, tylko o zbliżanie się do Boga.

Czyli medytacja to nie sposób na relaks?

– Relaks się pojawia, ale jak to nazywamy, jest to skutek uboczny. Ale nie można się na nim zatrzymać, bo potem trzeba wejść na pustynię, gdzie jest tylko zmaganie – czasem długo. Kto zatrzyma się na odpuszczaniu napięć, nie pójdzie w głąb, a pójście w głąb oznacza wejście nawet w proces uzdrawiania pamięci. Ojcowie nazywali relaksację, taki przyjemny stan pokojem otępiającym: siedzę, trochę jestem na jawie, trochę gdzie indziej, jest mi dobrze. To nie jest naszym celem.

>>> Życzliwa uważność – spójrz na świat tak, jak patrzy Bóg

A sama uważność, o której tyle się dziś mówi?

– W tradycji medytacji, w której żyję i której uczę, są dwa ważne greckie słowa: proseuche, czyli modlitwa, i prosoche, czyli uważność. Każda prawdziwa modlitwa jest uważna, a każda uważność prowadzi do modlitwy. Prosoche możemy dziś przetłumaczyć jako mindfulness. W Lubiniu ćwiczymy ją w pokłonach, w pracy, w medytacji w ruchu, przy zmywaniu naczyń. To bardzo pomaga, ale samo bycie przytomnym nie poprowadzi mnie dalej. Nie chodzi ani o dobre samopoczucie, ani o samą uważność, tylko o to, żeby uważność prowadziła głębiej w życie duchowe.

Czy tradycja benedyktyńska ma własne rodzaje modlitwy?

– Reguła św. Benedykta ma dwanaście rozdziałów o tym, jak mnisi mają śpiewać psalmy – to ich główne zajęcie. Jest też lectio divina, czyli czytanie słowa. O modlitwie wewnętrznej jest tylko jedno zdanie: jeśli chcesz się modlić, po prostu idź i się módl. Benedykt pisze jednak, że jego Reguła jest dla początkujących, a tym, którzy chcą iść dalej, poleca „Rozmowy z ojcami” Jana Kasjana. U Kasjana jest opis modlitwy, której uczymy w Lubiniu. Tradycja benedyktyńska daje więc dużą wolność w wyborze metody.

Jak w takim razie wybrać swoją drogę modlitwy?

– To jak w lesie, w którym widać wiele ścieżek. Nie można iść wszystkimi naraz, bo nigdzie się nie dojdzie. Na początku człowiek szuka, próbuje tu i tam, ale w końcu musi zdecydować: to współgra ze mną, tą drogą idę. Kiedy uczę medytacji, mówię, że to jak z zupą pomidorową z ryżem: nie opowiadam, jak smakuje, tylko jem ją razem z wami. Czy komuś posmakuje, to już jego sprawa. Po dwudziestu latach nauczania wiem, że ludzie przychodzą i odchodzą, a czasem wracają po latach i mówią, że dopiero teraz są gotowi. Nie chodzi o to, czy najlepsza jest medytacja, modlitwa karmelitańska czy benedyktyńska, tylko o to, żeby znaleźć tę, do której ja jestem wezwany.

Wspomniał Ojciec o uzdrawianiu pamięci. Co się dzieje, gdy ktoś siada do medytacji i od razu zalewają go rozproszenia?

– Potrzebne są dwie rzeczy: czas i cisza. Jeśli ktoś medytuje raz w tygodniu po pięć minut, nie dotrze głębiej. To jak z fusami w szklance – muszą mieć czas, żeby opaść. Najpierw zmagamy się z bieżącymi myślami: o pracy, szkole, dzieciach. Cisza to dla mnie nie brak dźwięków, tylko miejsce, w którym; jestem sam,  nie ma silnych bodźców i sam nie produkuję hałasu. Gdy siedzę w niej dłużej, mózg nudzi się bieżącymi sprawami – kiedy już przemyślę życie wszystkich sąsiadów i całej Polski – i zaczyna wyciągać coś z magazynów pamięci. Najmocniej utrwalamy skrajności: ekstazy i traumy. Ewagriusz z Pontu mówi, że najczęściej wraca postać tego, kto nas skrzywdził, i przyjemności.

Fot. arch. Robert Nawara OSB
Fot. arch. Robert Nawara OSB

I co wtedy robić?

– Najczęściej zaczynamy rozpamiętywać: co mogłem zrobić, dlaczego tego nie zrobiłem. To jak rozdrapywanie rany – nie zabliźni się. Uzdrawianie pamięci nie polega na terapeutyzowaniu kolejnych wspomnień. Cokolwiek się pojawia, zauważamy, że myślenie o przeszłości nie jest powrotem do przeszłości, i z każdym wydechem to puszczamy. To nie kurs na trzy dni, tylko długi proces.

Używam obrazu księżniczki, która siedzi na łożu, a dookoła niej jest mnóstwo zdjęć – od dzieciństwa po dziś. Podnosi każdą fotografię i albo się uśmiecha, albo płacze. Każde wspomnienie wytrąca ją z równowagi tu i teraz. Tak wygląda nieuzdrowiona pamięć: siedzimy z przyjaciółmi przy kawie, ktoś zażartuje, a jedna osoba nagle smutnieje i mówi, że musi już iść. W procesie duchowym księżniczka zbiera zdjęcia, układa je chronologicznie na podłodze i patrzy na całą historię swojego życia. I widzi, że to historia zbawienia – nie tylko wspaniałych chwil, ale też trudnych, jak u ludu, który przez czterdzieści lat na pustyni doświadczał i cudów, i zdrady, i złotego cielca.

>>> Franciszkanin: moda na medytację mindfulness przypomniała katolikom o kontemplacji

Co to zmienia w codziennym życiu?

– Moje blizny przestają świadczyć o porażce, a zaczynają o tym, że przetrwałem – jak u wojownika, który wraca z bitwy. Poznaję też swoje czułe miejsca. Jeśli ktoś dotknie zranionego ramienia, nie mówię: „Skrzywdziłeś mnie”, tylko: „Uważaj, to moje wrażliwe miejsce”. Mogę zaakceptować, że nie muszę być doskonały i nikt tego ode mnie nie wymaga. Staję przed Bogiem taki, jaki jestem, i Jemu się powierzam. To trwa długo, ale przynosi niezwykłą wolność.

Każdy z nas ma też swój obraz Boga: dobrego ojca, ale też policjanta, surowego ojca czy księgowego. Czy modlitwa takie fałszywe obrazy oczyszcza, czy je utrwala?

– Ja zadaję sobie pytanie: jak spotkać się z Bogiem na modlitwie? Ono zakłada, że mogę się z Nim nie spotkać, bo mogę się spotkać tylko z moimi wyobrażeniami o Nim. Dlatego dla mnie medytacja jest najbezpieczniejszą formą modlitwy: nie ma w niej mojej aktywności – poza słowem, którego się trzymam. Wyobrażenia, emocje i myśli przychodzą i odchodzą, a my nie nadajemy im znaczenia. Po prostu trwamy wobec Tego, który jest. Takie jest imię Boga: „Jestem, który jestem”. Nie mówi nam ono, czy jest księgowym, czy policjantem. On po prostu jest i zawsze jest obecny. To ja mam problem z byciem, bo myślami bywam daleko. Ludziom na długich sesjach medytacyjnych cytuję poetycką wersję psalmu: „Bądź spokojny i poznaj, że Ja jestem Bogiem. Bądź spokojny i poznaj. Bądź spokojny. Bądź”.

A jak wygląda modlitwa do własnego wyobrażenia Boga?

– Albo zagadujemy Pana Boga – przychodzimy do Jezusa i ze szczegółami opowiadamy, co się wydarzyło, bo przecież mógłby się nie orientować – albo tkwimy w rozmyślaniu o własnym wyobrażeniu. W obu przypadkach mówimy o sobie. W medytacji nie opowiadam o swoim życiu. Wzywam tylko imienia: „Panie Jezu Chryste” albo „Jezu”, a na wydechu „ufam Tobie”. Nie wyobrażam sobie, jak Jezus wygląda, tylko słucham brzmienia tego słowa, bo – jak mówi katechizm – w imieniu Jezus jest obecność. Jestem już dość stary i nie ufam ani temu, co myślę, ani temu, co czuję, bo to się zmienia. Dlatego wybrałem modlitwę prostą i ogołacającą, w której nie mam się czego złapać.

Co jest najważniejsze w takim siedzeniu, skoro niczego się w nim nie osiąga?

– Życie duchowe polega na stracie, a nie na osiąganiu. Jezus mówi: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół”. Czasu nie mogę zaoszczędzić ani zamrozić – mogę go tylko tracić. Jeżeli tracę go na powracanie do obecności, potwierdzam miłość. Po półgodzinnej medytacji człowiek wstaje i nie ma się czym pochwalić: nie miał wielkich refleksji ani uczuć, nie ma nawet poczucia namodlenia. Po różańcu czy nieszporach mam coś odhaczone. A tu siedziałem i siedziałem – właściwie po co? Właśnie na tym to polega: na stracie, która potwierdza miłość.

Fot. arch. Robert Nawara OSB
Fot. arch. Robert Nawara OSB

To brzmi niemal jak przygotowanie do śmierci.

– Każdy, wierzący czy nie, musi kiedyś oddać ostatnie tchnienie. Przez medytację uczę się umierać, bo uczę się puszczać swoje ego, które nie chce się puścić do końca. Chciałbym ten ostatni wydech oddać w pokoju i z zaufaniem, powierzając się Bogu, który jest miłością – a nie bronić się spazmatycznie i łapczywie łapać powietrza. Życie polega na przyjęciu i oddaniu, na wdechu i wydechu. O tym jest medytacja.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że uczy się medytacji po to, by w razie nagłej śmierci zdążyć wypowiedzieć imię Jezus. Ale na co dzień ludzie mają swoje życie. Ja mam trójkę dzieci i znalezienie czasu na modlitwę bywa kosmicznie trudne. Czy taka poszatkowana modlitwa się liczy?

– Najczęściej mówię: zanim zaczniesz się przejmować, że nie masz czasu na modlitwę, zacznij się do Pana Boga uśmiechać. W codzienności jest mnóstwo narzędzi kontemplacyjnych. Wstawiasz wodę na herbatę – możesz na chwilę usiąść, zamknąć oczy i wrócić do oddechu. Jedziesz windą na szóste piętro – możesz się oprzeć, poczuć, jak stoisz, i wrócić do oddechu. Im częściej łagodnie wracasz do obecności, tym łatwiej znaleźć przestrzeń na medytację. Nie stawiaj sobie poprzeczki – pół godziny dwa razy dziennie – bo nie dasz rady i odpuścisz. Masz pięć minut – usiądź na pięć. Masz trzy – usiądź na trzy. Gdy ostatnio to powiedziałem, jedna z uczestniczek uznała to za wybawienie, bo myślała, że musi mieć przynajmniej pięć minut.

>>> Papież: medytacja czyni nas obecnymi na kartach Ewangelii

Czy wystarczy przy zmywaniu naczyń powtarzać imię Jezus?

– To lepsze niż myślenie o głupotach. Ale jeśli powtarzanie jest mechaniczne, zostaje w głowie. Chodzi o to, żeby przebywać ze słowem. Dlatego uczymy się łączyć słowo z oddechem: do oddechu mogę wrócić zawsze, a modlitwa sama się dzieje. Trzeba zejść z głowy do serca. Ta droga jest bardzo krótka, ale strasznie wymagająca. Kiedy jednak człowiek się tego nauczy, modlitwa przestaje być problemem – staje się powietrzem, którym się oddycha.

Jak to pogodzić z dniem, który pędzi od jednego zajęcia do drugiego?

– Miałem kiedyś konferencję zatytułowaną „Medytacja w życiu bez odcinków”. Żyjemy odcinkami: kawa, pieluchy, samochód, praca, szkoła, zakupy. Modlitwę też wkładamy w taki odcinek, rano i wieczorem, a reszta dnia jest jakby poza nią. Tymczasem obecność Pana nie kończy się, kiedy kończę modlitwę. Mogę do niej wrócić na czerwonym świetle, w windzie, w kolejce w markecie. I to jest dobra nowina, bo jest za darmo: nie trzeba aplikacji, rejestracji, sprzętu ani abonamentu. Działa nawet tam, gdzie nie ma internetu.

Studiował Ojciec w Indiach. Czasami ludzie uważają, że medytacja czerpie z buddyzmu i często się krzywią. Czy chrześcijanie mogą się czegoś nauczyć od tradycji Wschodu?

– Od prawie trzydziestu lat jestem zaangażowany w dialog międzyreligijny, szczególnie z buddyzmem zen, a w tym semestrze prowadzę na Uniwersytecie Opolskim wykład pt. „Chrześcijaństwo a medytacja Dalekiego Wschodu”. W Indiach przez dwa lata studiowałem chrześcijaństwo orientalne. Nauczyłem się w tych kontaktach bardzo dużo, bo nie jest to dialog formalny, kurtuazyjny. Przyjechali kiedyś do nas mnisi z Japonii, którzy o chrześcijaństwie wiedzieli niewiele. Mówimy im, że się modlimy, a jeden z nich pyta: „A skąd wiesz, że się modlisz?”. To jedno z najtrudniejszych pytań, jakie usłyszałem w życiu. Takie pytania każą wyjść poza formułki, które powtarzamy, choć nie do końca wiemy, co znaczą.

fot. Freepik/jcomp

Skąd w takim razie lęk przed wszystkim, co przychodzi ze Wschodu?

– Rozumiem lęki, ale nie rozumiem ignorancji. Gdy ktoś mówi, że chrześcijanin nie może praktykować jogi, pytam: której? Są rodzaje jogi niebezpieczne i takie, które nie mają z niebezpieczeństwem nic wspólnego. Wrzucanie wszystkiego do jednego worka robi ludziom krzywdę. Istnieją pewne formy, czy metody, które są uniwersalne. Weźmy różaniec, czyli sznur z koralikami. Prawosławni mają czotki, hindusi dżapamalę, swoje sznury modlitewne mają też buddyści i sufi. Kto od kogo zaczerpnął? Nikt tego nie udowodni. Ludzie w różnych miejscach i czasie odkryli, że to pomaga w praktyce duchowej. Tak samo jest z nieruchomą postawą i oddechem. Ktoś mi kiedyś powiedział, że poduszki na których siedzimy są buddyjskie. Nie wiedziałem, że poduszka może być buddyjska, albo chrześcijańska. Poduszka jest poduszką, którą możesz różnie zastosować.

Czym więc różni się medytacja chrześcijanina od medytacji buddysty?

– Intencją. Buddysta nie dąży do relacji z Bogiem, zależy mu na czymś innym. Technika jest wtórna. Mówię studentom: jeśli ktoś was zapyta, czy chrześcijanin może praktykować jogę, zapytajcie najpierw, którą, a potem – po co. Jeśli ktoś ma problem z koncentracją, niektóre techniki zen bardzo pomagają. Ale po co chrześcijaninowi nagłe oświecenie?

Jestem przełożonym kongregacji, która jest absolutnie międzynarodowa. Mamy klasztory w Indiach, Afryce i Ameryce Południowej, a kiedy je odwiedzam, trudno być europejskim katolikiem, który uważa swoją wersję za najprawdziwszą. Do innych tradycji odnoszę się z wielkim szacunkiem, a każde takie spotkanie może nas ubogacić – czytelnicy „Misyjnych Dróg” wiedzą o tym najlepiej, bo to doświadczenie misjonarzy. Wychodzimy wtedy z swojego świata polskiego katolicyzmu, który uważamy za wzorcowy, i zaczynamy widzieć, że Ewangelia jest uniwersalna.

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

zł
Zobacz także
Wasze komentarze