fot. z arch. br. Mariana Markiewicza

Br. Marian Markiewicz o życiu Jana Pawła II: najczystsze wyznanie wiary [ROZMOWA]

Czy przed konklawe w 1978 roku czegoś się spodziewano? O co prosiła w Watykanie Matka Teresa? Przed kim Jan Paweł II uciekał jako papież? O tym oraz o więzi z Karolem Wojtyłą opowiada w rozmowie z misyjne.pl br. Marian Markiewicz, który nazywany był przez Jana Pawła II „winowajcą”.

fot. Anna Gorzelana

Anna Gorzelana (misyjne.pl): Przed konklawe Brat obciął włosy kardynałowi Wojtyle i zachował je. Czyżby już wtedy brat przeczuwał, że to może być przyszły papież?

– Gdy byłem nowicjacie, nasz kapelan dużo opowiadał o pomazańcu z Krakowa, że „dostanie trzy korony”. Ciągle recytował wiersz Słowackiego o słowiańskim papieżu, a także przepowiednie Wernyhory – i to mi zostało w pamięci. Gdy pojechałem do Rzymu – to było jeszcze za Pawła VI – kardynał mieszkał w domu, w którym pracowałem, i zostałem jego kierowcą. Często jeździliśmy do Watykanu, w niedzielę do kościoła polskiego na spotkanie z Polonią.

Jak wyglądały dni pomiędzy śmiercią Pawła VI a konklawe?

– Nie mogłem przyjechać do Polski, bo nie miałem paszportu, ale gdy pojechałem odebrać kardynała Wojtyłę z lotniska, od razu zapytałem, czy zostanie papieżem. Uśmiechnął się i mówił: „Marianku, nie martw się, Duch Święty wskaże”.  Podczas dziewięciu dni żałoby jeździliśmy codziennie do Watykanu na konferencje kardynałów. Pamiętam, że to było gorące lato, więc po obiedzie jeździliśmy na basen ojców werbistów, żeby popływać. Raz był taki przypadek: weszło dwóch, szybko pod prysznic, do wody. Podpływają do kardynała, mówią: „Good morning, eminence”. Okazało się, że to dwóch kardynałów.

Kardynał Wojtyła był już znany? Podobno widniał na nieoficjalnej liście papabile – domniemywanych kandydatów na papieża.

– Tak, był rozpoznawany. Pamiętam, jak raz do nas przyszedł jeden z kardynałów włoskich i mówi do prałata Stanisława Dziwisza: „Monsignore, jak nie będzie wychodził Włoch, to Włosi się rzucają na Wojtyłę”. Trzy dni przed wyborem nowego papieża kardynał zaprosił czterech kardynałów, wśród nich Albina Lucianiego, który siedział naprzeciw kardynała Wojtyły – obsługiwałem ich stoły. Pamiętam uśmiech Lucianiego, jego akcent wenecki: „Grazie, fratello…”. Trzy dni potem Luciani został wybrany na Jana Pawła I.

fot. z arch. br. Mariana Markiewicza

Czyli poznał brat dwóch papieży!

– Wyjeżdżając na sierpniowe konklawe, kardynał Wojtyła powiedział do księdza rektora kolegium polskiego: „Józiu, jak zostanę papieżem, to ufunduję windę w kolegium”. Wybrali Lucianiego, więc gdy przywieźliśmy polskiego kardynała Wojtyłę do domu, powiedział: „Józiu, wybacz, żem tak licho spisał”.

Po 33 dniach rządów Jana Pawła I Brat znów pojechał odebrać kardynała Wojtyłę z lotniska.

Pamiętam wyraźnie – to był ten sam kardynał, ale jakby inny. Czuło się, że coś się wydarzy. Był zamyślony, jakby nieobecny. 13 października rano przyszła wiadomość z Watykanu, że bp Andrzej Deskur dostał wylew. Jeszcze bardziej było widać po kardynale, że coś przeczuwa. Wieczorem, po powrocie z bazyliki św. Piotra, z modlitwy do Ducha Świętego przed konklawe, kardynał Wojtyła mówi: „Marianku, a ostrzygłbyś mnie, żebym jakoś wyglądał na tym konklawe?”.Ostrzygłem. I coś mnie tknęło, żeby włosów nie wyrzucać – zostały. Potem były relikwiami, które poszły w cały świat – do Korei, Ameryki, Afryki. Rozdawałem je ludziom z różnych krajów, księżom, grupom modlitewnym.

Gdy już wybrano kardynała Wojtyłę, trzeba było szybko spakować jego rzeczy, część Brat porozdawał.

–Porozdawałem, bo nie wiedziałem, że wszystko się tak potoczy. Było dużo rzeczy: otwieracze do listów, różne pamiątki. Pakowaliśmy z siostrami to, co będzie potrzebne papieżowi na pierwsze dni pontyfikatu, bo przecież pojechał na konklawe tylko w sutannie.

Przy kolacji ksiądz Dziwisz mówił, że spakujemy i pojedziemy, będziemy mieli okazję widzieć Ojca Świętego. Wszyscy pytali księdza Dziwisza o pierwsze spotkanie z papieżem. Opowiadał, że wpuścili go do środka, otworzyli furtkę konklawe, wszystko zaplombowane – pokój, okna, żadnych telefonów.

I co mu papież powiedział?

– „Stasiu, koniec z nartami”. Pojechaliśmy do Watykanu. Wjechaliśmy windą na piętro papieskie. Ojciec Święty był w kaplicy – półmrok, witraże, krzyż, Matka Boża Częstochowska, a papież modlił się na klęczniku. Kiedy się przywitaliśmy, powiedział: „A co wy się tak po nocach włóczycie?”. Oprowadził nas po całym piętrze: jadalnia, sypialnia, gabinet, biblioteka. W bibliotece wzdychał: „Mój Boże, kiedy ja to wszystko przeczytam?”. Potem zaproponował, by pojechać na basen, ale w każdej bramie Szwajcar stał i pilnował – dopiero później Ojciec Święty zarządził, żeby w Watykanie był basen, to go zrobili. To była pierwsza niezapomniana wizyta. Byłem jednym z pierwszych, którzy spotkali nowego papieża.

fot. z arch. br. Mariana Markiewicza

Kard. Wojtyła chodził po górach, jeździł na nartach, pływał. A jako papież – czy jeszcze udawało mu się „wyrwać” do sportu?

– Długo jeszcze próbował. Wojtyła mówił kiedyś, że 50% polskich kardynałów jeździło na nartach – czyli dwóch: Wyszyński i on. Wtedy wraz z księżmi Rakoczym i Kowalczykiem wyjeżdżali z Watykanu przebrani. Gdy Gwardia Szwajcarska widziała koloratkę, salutowali. Jeden prowadził samochód, a drugi tak trzymał gazetę, że papieża nie było widać. I to działało – do czasu, bo zawsze znajdzie się ktoś spostrzegawczy. Raz wyjechali na narty. Ksiądz Rakoczy stał „na czatach”, papież już podjeżdżał do umówionego miejsca i nagle, za grupą Włochów, idzie młody chłopak, który ujrzał nas i krzyknął: „O mamma mia, Santo Padre!”. Wtedy papież powiedział: „Uciekajmy, bo nas poznali”. Potem już jeździł oficjalnie, z obstawą.

Cofnijmy się jeszcze do konklawe. Określany jest Brat „winowajcą”, bo to Brat przywiózł kard. Wojtyłę na konklawe, a papież później to pamiętał.

– Tak, za każdym razem mi to wypominał. „Twoja wina, że tu jestem. To ty mnie tu przywiozłeś i zostawiłeś” – żartował. Za drugim razem też byłem kierowcą. Trafił mu się pokój pod apartamentami papieskimi, tylko sklepienie go dzieliło. Okno wychodziło na Bramę św. Anny. Gdy później kard. Karol Wojtyła zamieszkał w tych apartamentach jako papież, bywaliśmy u niego, np. z kolędą – chodziliśmy ze śpiewnikami, śpiewaliśmy wszystkie zwrotki. A Ojciec Święty – wszystko z pamięci. Gdy doszliśmy do „Oj maluśki, maluśki” i skończyły się teksty, on tworzył kolejne zwrotki na bieżąco.

Ojciec Święty rozdawał wtedy też prezenty?

– Tak, losowaliśmy pamiątki, które dostawał z różnych okazji. Pierwszy raz trafił mi się piękny, kryształowy krzyż z jednej z najstarszych weneckich hut. Z czasem były kolejne drobiazgi, a gdy moi rodzice przyjechali na spotkanie, Ojciec Święty im powiedział: „Ładnie żeście tego synka wychowali. Przywiezie człowieka i zostawi, i się nie przejmuje, co się z nim dzieje”.

Jan Paweł II podczas spotkania z rodzicami br. Mariana, fot. z arch. br. Mariana Markiewicza

A jak długo Brat jeszcze pracował w Watykanie?

– Moja rola skończyła się na konklawe i pierwszych latach pontyfikatu. Pracowałem w domu, ale już go nie woziłem. Od 17 października do świąt byłem może z 28 razy w apartamentach papieskich, zawsze wtedy wjeżdżałem na górę. Bywały też niespodzianki. Kiedyś biskup Andrzej Deskur był na kolacji, już poruszał się na wózku. Ksiądz Stanisław Dziwisz mówi: „Marianku, idź po biskupa, bo w związku z dniem kobiet siostry mają dziś wolne”. Więc wsadziłem wózek do bagażnika, podjechałem pod windę, wjechaliśmy, a na górze słyszę: „Dobrze, że jesteś, bo Angelo dostał wolne, sióstr też nie ma. Ty obsłużysz obiad Ojca Świętego”. Założyłem białą marynarkę, nalałem wodę i wino. Wchodzę z wazą, głośno się witając: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, a papież odwraca się do mnie i mówi: „A ty tu co robisz?”. Odpowiadam: „Przyszedłem pokutować za to, że ojca przywiozłem na konklawe”. Śmiał się: „Pokutuj, pokutuj”. Poszedłem z wazą dalej, a on głośno mówi: „Ale się zdziwiłem, że Angelo tak dobrze po polsku się nauczył!” – nie widział mnie wcześniej, stałem za jego plecami. Jest zdjęcie, jak mnie wskazuje palcem i mówi: „Nie byłoby was tutaj, gdyby nie on, bo on mnie tu przywiózł i zostawił”.

Ważnym wydarzeniem w życiu Brata była choroba.

– Po powrocie do Polski dopadł mnie guzek na kręgosłupie. Ból taki, że aż mi się w oczach mroczyło, szczególnie po prawej stronie. Pamiętam, jak kiedyś w kaplicy, po przyjęciu Komunii, chciałem się odwrócić. Głowa pomyślała, ale nogi nie wykonały ruchu. Padłem. Wtedy zaczęły się badania, co się dzieje – punkcja, badania i wyszło: między dziewiątym a dziesiątym kręgiem guz blokował przepływ rdzenia, stąd paraliż w nodze. Potem szpital, słyszałem: „On nie będzie chodzić bez operacji”. Modlili się o to, żebym wrócił „na nogi”. Ojciec Święty też się modlił – gdy usłyszał o mojej chorobie, zapytał, ilu nas jest w zakonie. Gdy usłyszał, jak niewielu, powiedział, że tym bardziej musi się modlić za Marianka. Wszak statystyka była okrutna: na 11 takich przypadków tylko 4 wyszły o własnych siłach. Reszta – wózek.

Brat już wtedy traktował to wszystko jak cud?

– Cuda za życia Jana Pawła II się działy. Modlił się za mnie, tak jak za tylu ludzi. I tak jak wielu otrzymywało łaski, tak i ja. W parafiach, kiedy prowadzę spotkania, nieraz mówię: cuda były za życia i są po śmierci. A jeden z cudów stoi przed wami.Pamiętam siostrę Eufrozynę – sercankę, która wypisywała wszystkie prośby o modlitwę i kładła papieżowi na klęcznik. On to wszystko czytał i modlił się za tych ludzi. A potem przychodziły podziękowania: że zdrowie wróciło, że ból minął. Ja to też tak odczytuję. Dwa tygodnie po pierwszej operacji, konieczna była jeszcze druga. 105 dni w szpitalu, a potem rok rehabilitacji. Chodziłem po schodach – dziewięć pięter i maszynownia, w górę i w dół. Pielęgniarki mogły mieć mnie dość! Jedna mówi: „Ty jesteś wariat, ty nas wykończysz”.

Ale Brat chodzi do dziś.

– Ćwiczyłem w basenie, potem marszobiegi po parkach. Aż w końcu – przełom: rower. Od roweru zaczęła się pełna sprawność – dostałem od znajomych porządny niemiecki rower i zaczęło się. Do wczoraj mam przejechane 53 350 km. A na odchodne dostałem od Ojca Świętego biały rower. Było sześć rowerów: trekkingi, sportowe, różne. Ja mówię: „Ten biały”. I jeździłem nim nawet po Watykanie.

Rower br. Mariana, dar od Jana Pawła II, fot. Anna Gorzelana

Raz, na zjeździe Robotników Świata w 1981 r., ks. Dziwisz zadzwonił: „Masz krawat?”. „Po co mi krawat?”. „Będziesz robił za polskiego robotnika” – z Polski nikogo by wtedy nie wypuszczono. I z krawatem, na papieskim rowerze, pojechałem na plac. Ojciec Święty mnie wypatrzył i pamiętam, jak mi pogroził palcem… A ja skruszony.

Brat poznał wiele osób – zaczynał służbę w Zgromadzeniu Braci Serca Jezusowego w latach 70.

– Tak – ksiądz Jerzy Popiełuszko wtedy był na czwartym roku seminarium. Ja poznałem więcej świętych. Matkę Teresę też woziłem po Rzymie – przywoziłem ją do kolegium. Pamiętam, gdy ktoś zapytał, czy potrzeba jej jakichś zbiórek, pieniędzy. A ona odpowiedziała: „Nie, dajcie mi świętych księży do współpracy i to mi wystarczy”. I tak samo miałem ich blisko.

A dziś czuje Brat orędownictwo tych świętych osób, które spotkał za życia?

– Modlę się za ich wstawiennictwem każdego dnia – od rana, w południe, kiedy tylko mogę. W archikatedrze, w której pracuję, mamy grób bł. Stefana Wyszyńskiego. Modlę się też za wstawiennictwem Ojca Świętego, czcigodnego sługi Bożego kard. Augusta Hlonda – poznałem wielu biskupów, którzy umarli w opinii świętości, trwają ich procesy beatyfikacyjne.

Anna Gorzelana z br. Marianem Markiewiczem przy grobie bł. Stefana Wyszyńskiego

Gdy umarł Jan Paweł II, pojawiły się okrzyki „Santo subito” – pamięta Brat ten wieczór?

– W dniu śmierci pracowałem w seminarium na Krakowskim Przedmieściu,  czuć było wówczas szczególny nastrój. Wsiadłem na rower i pojechałem w miejsca związane z Ojcem Świętym: na plac Zwycięstwa, do kościoła pw. św. Anny, na Aleję Jana Pawła – wszędzie same znicze, ludzie się modlili. Objechałem wszystko, wróciłem, wprowadzam rower i słyszę: „21:37 – przeszedł do domu Ojca”. Od tego czasu już nie modliłem się za niego, tylko za jego wstawiennictwem.

Pamięta Brat ostatnie spotkanie?

– Na którejś z pielgrzymek w Polsce – wtedy woziłem rzeczy, odpowiadałem za transport. Papież był w kilku miejscach jednego dnia, więc papamobile były w różnych punktach. A ja jeździłem ze skrzynią-chłodnią, w której była krew Ojca Świętego, narzędzia chirurgiczne, lekarstwa, opatrunki. Zawsze stałem za ołtarzem – gdyby trzeba było interweniować. Na koniec dnia wszystko wracało do jego lekarza, a rano znów pakowaliśmy. W nocy przywoziliśmy rzeczy do miejsc noclegu.

Bracia wykonują często niewidzialną pracę, która ma ogromną odpowiedzialność.

– Tak, dlatego wszystko działało jak w zegarku. Ojciec Święty zawsze dziękował tym, którzy dbali o orszak. Po uroczystościach wręczał różańce, medale. A na koniec wizyty jechaliśmy na lotnisko: my do Warszawy, oni do Rzymu. Tak wyglądało kilka pielgrzymek. Kaplica zawsze musiała być przy sypialni — z niej wychodził rano i dopiero wtedy służby mogły ruszyć.

fot. z arch. br. Mariana Markiewicza

Czy Brat jest w stanie znaleźć jeden najważniejszy dzień w swoim życiu – może pamiętne konklawe albo śmierć Jana Pawła II?

– Najbardziej utkwił mi dzień zamachu. Zawiozłem biskupów na spotkanie do Auli, a Ojciec Święty pojechał na plac. Zrobił pierwsze okrążenie, a ja miałem oddać listy biskupów do Domu Pielgrzyma– to jest pierwsza uliczka za Placem św. Piotra. Pomyślałem: zanim objadą cały plac, to zdążę wrócić. Oddaję listy, wychodzę, a tu helikopter, syreny policyjne, karabinierzy, pisk opon. Dochodzę do kolumnady i biegnie do mnie zapłakana Polka: „Był zamach! Strzelali do papieża!”. Nogi mi się ugięły, wszedłem na pas, którym jeżdżą samochody papieskie. Doszedłem prawie pod samo papieskie podwórze. Szwajcarzy mnie znali, więc mnie nie zatrzymywali. Słyszałem komunikaty z radia: „Ojciec Święty już opuścił Watykan. Już jest w drodze. Już dojechał do kliniki”. Znam tę drogę – ile razy ją przejeżdżałem. Normalnie trzeba tam odstać swoje w korkach, a kierowca zawiózł Ojca Świętego błyskawicznie. To był cud, bo krew się lała bez przerwy. Na placu był obraz Matki Bożej przywieziony z Kościana, w ludowych strojach, cały ozdobiony ziarnem – mieli go wręczyć jako dar. Ksiądz Pospieszny wpadł na pomysł, żeby postawić obraz na tronie. Postawili i cały plac się modlił. Dzieci płakały, dorośli płakali, ludzie mdleli. I nagle – albo podmuch wiatru, albo coś innego – obraz zsunął się z fotela i uderzył o podium. Mikrofony były metalowe, więc huk był straszny. I wtedy poszedł przez plac taki jęk, jakby stało się coś najgorszego.

fot. Arturo Mari / Associated Press – https://newsroom.ap.org/editorial-photos-videos/detail?itemid=257b4550d2a140e1ae83a76eab1eda6f&mediatype=photo, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=177282677

Brat był wtedy na placu?

– Stałem z boku i wszystko widziałem. I dopiero wtedy dotarło do mnie, że przecież zawiozłem biskupów do auli. Idę tam, otwieram drzwi – cisza. Siedzą, nikt nic nie wie. Strażnik przy wejściu też nie wiedział, co się wydarzyło. To były inne czasy – nie było internetu, transmisji online. Biskup Szymecki wyszedł na mównicę, mówi, że był zamach. Modlili się o zdrowie papieża. A potem wróciliśmy na plac – ludzie wciąż się modlili. Po krótkiej modlitwie wróciliśmy do domu, zjedliśmy coś i rano : „Jedziemy do kliniki zobaczyć, co z Ojcem Świętym”.

Podjechaliśmy pod klinikę. Zatrzymaliśmy się na górnym podjeździe. Ludzie nas zobaczyli, kamery zaraz ruszyły. Odciągnęli nas od kamer, najniższy poziom kliniki – tam gdzie normalnie nie wolno wchodzić. Przyszli lekarze, powiedzieli, jaki jest stan Ojca Świętego: „Teraz organizm musi sam zacząć walczyć”. A potem problem: jak wyjść, żeby nie rzucić się mediom na pożarcie – kamery ruszyły za naszym samochodem. Przebiliśmy się dopiero głębiej, pod drugą bramą.

A plac? Ludzie modlili się całą noc…

– Potem Watykan jakby przeniósł się do Polikliniki Gemelli – wszyscy patrzyli w okna, czekając na wiadomości. Nie tylko noc, oni wciąż tam trwali na modlitwie. Dopiero w niedzielę, na Anioł Pański, okno się otworzyło i wszyscy usłyszeli nagrany głos papieża. Jan Paweł II  był kompletnie wyczerpany – w środę operacja, a w niedzielę już przemówił, dziękując za modlitwy. Bardzo wyraźnie pamiętam moment, w którym wypowiedział słowa przebaczenia zamachowcowi – to był szok. Widziałem mężczyzn, dorosłych facetów, którzy płakali – to było wyznanie wiary. Najczystsze.

fot. z arch. br. Mariana Markiewicza

Emocje wciąż są żywe, Brat to wszystko pamięta bardzo wyraźnie.

– Mam to wszystko przed oczami, jak film. Dźwięki, zapach, krzyk, płacz ludzi. Nic się nie zatarło. Bo to było jak wyrwane z normalnego życia. Takich chwil się nie zapomina.

Na ile Brat ma jeszcze dziś przestrzeń, żeby dzielić się tamtym doświadczeniem?

– Czasem odwiedzam wspólnoty, grupy – ludzie chcą słuchać. Jeszcze mówię po włosku, więc bywam czasem przewodnikiem. Gdy siedzę w archikatedrze, zawsze coś o sobie opowiem, a potem przychodzą różni ludzie – z tych „szczęśliwych” i pytają. Kiedyś dużo jeździłem po Polsce – do południa szkoły, domy opieki, wieczorem kościół. Raz miałem spotkanie w domu poprawczym. Pokazywałem zdjęcia z rzutnika, rozmawiałem półtorej godziny. Zadawali konkretne pytania, a potem dyrektor mówi: „Nie poznaję tych chłopaków. Ja zapraszam aktorów, sportowców i po 15 minutach już papiery lecą. A ciebie słuchali”. A ja mu odpowiedziałem: „Między artystami a mną jest taka różnica, że ja mówię z pozycji świadka. A nie z pozycji gwiazdy”. Najbardziej wzruszeni byli ludzie starsi, bo to były ich lata młodości. Patrzyli na te zdjęcia, na twarzach uśmiechy. Nie mam ani jednego zdjęcia, na którym papież i ja nie uśmiechamy się.

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze