fot. Karolina Binek/misyjne.pl

„Chłopcy muralowcy” odmieniają Wrocław i kościoły [REPORTAŻ]

Filip miał 10 lat, kiedy po raz pierwszy zaangażował się w malowanie muralu na wrocławskim podwórku. Dziś, jako młody artysta, maluje religijne freski i renowuje miejskie murale. Razem z przyjacielem Stanisławem tworzą duet „Chłopcy Muralowcy” – i udowadniają, że talent to nie dar, a coś, dzięki czemu można odmienić czyjeś życie.

Zaczyna padać, a ja wysiadam akurat z tramwaju na przystanku Jedności Narodowej. Nagle do deszczu dołączają grzmoty i pioruny. Burza. Zrobiło się szaro i ponuro. I chociaż idę do miejsca, w którym jeszcze nie byłam, to bez spoglądania w nawigację, orientuję się, gdzie mam dzisiaj wywiad. Bo kolorowy mural w niedużym tunelu wręcz zachęca, by iść dalej i zobaczyć, co jeszcze zostało tam namalowane.

Po wejściu na dość duże podwórze widzę jeszcze więcej wyjątkowych malunków na ścianach budynków. A pośród nich znajduje się Okap – nieduża pracownia, w której spotykam dwóch studentów grafiki.

Filip Mikołajek, obecnie jeden z głównych renowatorów muralowego projektu na wrocławskim Nadodrzu, opowiada: „Zaczęło się 11 lat temu, kiedy mój tata – Mariusz Mikołajek – razem z Janem Mikołajkiem oraz Witoldem Liszkowskim, założyli fundację. Ja byłem wtedy dzieciakiem. Chodziłem, nosiłem rzeczy, coś tam pomagałem. Namalowałem parę rybek. Dziś jestem częścią zespołu – trochę już potrafię malować, a przede wszystkim – czuję się odpowiedzialny za to miejsce”.

Dla Filipa „Kolorowe Podwórka” to nie tylko projekt artystyczny, ale i żywa historia rodzinnej i społecznej przemiany.

– To miejsce było kiedyś tragiczne, pełne przemocy, uzależnień, brudu. Ludzie się bali, nie wychodzili na podwórko. A teraz? Jest bruk, są murale, jest cisza, spokój. Ludzie czują, że to ich – i że warto tu być.

fot. Karolina Binek/misyjne.pl

Z tą opinią zgadza się Stanisław, który do projektu dołączył niedawno, ale już czuje, że chciałby zostać w nim na dłużej. Razem z Filipem najpierw chodzili do tego samego gimnazjum, a teraz oboje studiują grafikę we Wrocławiu i tak ponownie połączyły się ich losy.  Dziś wspólnie renowują murale i malują nowe. Można znaleźć ich na Facebooku i Instagramie pod nazwą „Chłopcy Muralowcy”.

>>> Fundacja Makatka, która daje mamom nadzieję. „Nie jesteś sama, nawet jeśli tak się czujesz” [ROZMOWA]

„O, to ja!”

W projekt malowania murali na wrocławskich podwórkach przy ulicy Roosevelta 5A od początku zaangażowani byli nie tylko artyści, ale przede wszystkim mieszkańcy. Starsi i młodsi.

– To nie było tak, że w 2013 r. Mariusz, Witold i Jan przyszli ze swoim pomysłem i od razu zaczęli malować, co tylko chcieli – opowiada Filip. – Najpierw był czas rozmów z mieszkańcami. Mariusz i Witold codziennie wychodzili na podwórko, poznawali ludzi, ich historie, tworzyli portrety wrocławian oraz ich psów i kotów, rozmawiali o tym, co ich boli. I dopiero po kilku miesiącach pojawił się pomysł murali.

Na początku oczywiście nie każdy mieszkaniec wiedział, o co chodzi. Ale wydarzyła się pewna historia, dzięki której zaangażowało się wielu ludzi z wrocławskiego Nadodrza. Niektórzy z nich byli Romami. Inni kibicami. Romowie poprosili, by mural nawiązywał do ich kultury. Gdy dowiedzieli się o tym kibice – przedstawili swój pomysł – by podczas malowania budynków nie zapomnieć o Śląsku Wrocław. I tak – dziś niektóre z malowideł nawiązują do świata piłkarskiego, inne przedstawiają postaci historyczne czy ogród rajski, a na jeszcze kolejnych można zobaczyć mieszkańców.

– Miałem niedawno bardzo ciekawą sytuację. Przeprowadzałem renowację jednego z murali i akurat odświeżałem twarz którejś z postaci. Nagle podszedł do mnie dorosły mężczyzna i powiedział: „O! To ja!”. Malowałem wcześniej na własną rękę, ale kiedy poznałem Filipa i wszedłem w ten świat, zobaczyłem, że to nie jest zwykłe malowanie. Tu chodzi o coś więcej – o pamięć, tożsamość i realną zmianę. A taka sytuacja jak ta sprawia, że czuję się częścią czegoś większego. Widzę, jak mieszkańcy reagują. Jak dziękują, pokazują swoje dzieci, psy, wnuki, których wizerunki są na ścianach. To porusza – opowiada Stanisław.

fot. Karolina Binek/misyjne.pl

A mury… się pomaluje

Pierwsze podwórko powstało w ramach przygotowań Wrocławia do bycia Europejską Stolicą Kultury (co maiło miejsce w 2016 r.). Fundacja zdobyła klucze do budynku, który dziś nazywa się Ośrodkiem Kulturalnej Animacji Podwórkowej (OKAP), a później, krok po kroku, zaczęła odmieniać przestrzeń.

– Na początku – wspomina Filip – ludzie myśleli, że przyszli jacyś „wielcy artyści”, którzy będą traktowali wszystkich z góry. Dopiero po wspomnianych rozmowach i powstaniu więzi między nimi a mieszkańcami – rozpoczęły się konkretne prace. To była siła. I dlatego to podwórko się udało.

Z czasem pojawiły się nie tylko murale, ale też ceramiki tworzone przez mieszkańców. Zenon, były ślusarz, niechętny na początku do rzeźbienia, dziś ma na koncie ponad 130 ceramicznych elementów na murach – od złotej rybki po rozbudowane płaskorzeźby.

>>> Nie jesteś tu gościem, jesteś częścią wspólnoty. Młodzi odnajdują swoje miejsce w Licheniu [ROZMOWA]

– To było i wciąż jest nasze wspólne dzieło – mówi Filip. – Ludzie przynosili zdjęcia dzieci, zwierząt. Na muralach jest pies, kot, wnuk – wszystko, co dla nich ważne. I dzięki temu to miejsce żyje.

– To był moment, kiedy murale zaczęły łączyć ludzi – a nie ich dzielić. Kiedy sztuka przestała być elitarna, a stała się codziennością. Nawet dzisiaj, gdy coś malujemy, to zapraszamy do tego przechodniów lub mieszkańców. Chcemy, by mieli swój wkład w te działania – mówi Stanisław.

Kontynuacja i ewolucja

Po sukcesie pierwszego podwórka mieszkańcy sąsiedniego podeszli do fundacji z pytaniem: „A czy my też możemy mieć takie kolorowe ściany?”. Zebrali 300 podpisów, wsparła ich wspólnota mieszkaniowa, miasto powiedziało „tak”.

– Tam nawet nie było kostki brukowej – wspomina Filip. – Trzeba było wszystko zacząć od zera. Ale po roku było pięknie. Ludzie zaczęli się tam chętniej spotykać, przestali wyrzucać śmieci gdzie popadnie, dzieci zaczęły się bawić. Można powiedzieć, że cywilizacja wróciła tam na dobre.

Artyści często sami brali udział w pracach remontowych, bo aby mural dobrze wyglądał i przetrwał jak najdłużej – potrzebne jest do niego odpowiednie podłoże. – Nie było ogromnych budżetów – mówi Filip. Co mogliśmy, to robiliśmy sami. I to też budowało więź – dopowiada.

fot. Karolina Binek/misyjne.pl

Dziś projekt nadal żyje. Część murali trzeba odświeżać. Niektóre zniknęły pod ociepleniem bloków. Ale dzięki życzliwości firm budowlanych – artyści mogli wrócić i tworzyć nowe dzieła.

– Pojawiły się barokowe kompozycje, mural o Rousseau, Frida Kahlo – mówi Staszek. – Każdy fragment to nie tylko sztuka, ale historia. A Filip dodaje: „To już nowe pokolenie przejmuje pałeczkę. Nie ma już z nami pana Witolda. Ale my chcemy to kontynuować. To dzieło zasługuje na ciągłość.

Jak długo maluje się mural?

Czas malowania muralu zależy od wielu czynników – wielkości i struktury ściany, tematyki, warunków atmosferycznych oraz liczby osób zaangażowanych w projekt. Przykładowo, stworzenie muralu w stylu barokowym, który miał kilka pięter i powstawał w upale, zajęło ok. miesiąca intensywnej pracy we dwójkę. Inne realizacje, takie jak renowacja mniejszych fragmentów, mogą trwać ok. dwóch tygodni. Mural o powierzchni 50 m² wykonywany samodzielnie – to zaś jakieś trzy tygodnie pracy.

Proces tworzenia muralu rozpoczyna się od spotkania z osobą zlecającą – najczęściej jest to rozmowa z księdzem lub z opiekunem miejsca. Wtedy ustalane są oczekiwania i tematyka. Następnie artyści przygotowują projekt, zazwyczaj w wersji cyfrowej, co ułatwia jego prezentację i nanoszenie na ścianę. Po zaakceptowaniu projektu mierzona jest ściana, robi się kosztorys obejmujący nie tylko wynagrodzenie, ale też ilość potrzebnych materiałów, przede wszystkim farb. Po zagruntowaniu powierzchni, jeśli warunki techniczne na to pozwalają, szkic rzucany jest na ścianę za pomocą rzutnika. Jeśli nie ma takiej możliwości, rysowany jest ręcznie lub przy użyciu siatek i punktów odniesienia. Samo malowanie rozpoczyna się od warstw bazowych, a kolejne etapy zależą już od przyjętej techniki – czy to styl malarski, graficzny, czy komiksowy.

fot. Facebook Chłopcy Muralowcy

Kilkunastometrowy Jezus

Większość zleceń trafia do chłopaków z polecenia – często od księży, którzy wcześniej widzieli ich prace w przestrzeni publicznej, szczególnie w ramach projektów takich jak „Kolorowe podwórka”.

Tematyka religijna jest im szczególnie bliska. Obaj artyści są wierzący i podkreślają, że malowanie scen biblijnych, aniołów czy postaci świętych jest dla nich nie tylko twórczą pracą, ale też formą modlitwy i duchowego zaangażowania. Traktują takie realizacje jako osobistą misję, która daje poczucie spełnienia i bycia w zgodzie z samym sobą. Stanisław miał okazję niedawno namalować mural w Oratorium Chrystusa Króla, a Filip kilkunastometrowego Jezusa w kościele. Oboje marzą o tym, by kiedyś ozdobić swoimi pracami sklepienie którejś ze świątyń.

fot. Facebook Chłopcy Muralowcy

Gdy pytam ich o to, czym jest dla nich talent, odpowiadają, że to narzędzie – dar, który trzeba rozwijać. Uważają, że choć pewne predyspozycje są wrodzone, to jednak prawdziwy rozwój wymaga codziennej pracy, ćwiczeń i zaangażowania. Dla nich bycie artystą to nie tylko inspiracja, ale też rzemiosło i zawód, który wymaga dyscypliny i pokory.

>>> Nie żył długo, ale żył naprawdę. Pier Giorgio Frassati i jego droga do świętości [ROZMOWA]

Mural na wysokości

Za najtrudniejszy element swojej pracy uważają warunki atmosferyczne oraz wysiłek fizyczny, szczególnie podczas długotrwałych projektów realizowanych na wysokościach i przy panujących wysokich temperaturach. Praca nad muralem to nie tylko wyzwanie artystyczne, ale i fizyczne – ludzie często nie zdają sobie sprawy, jak męczące potrafi być codzienne wspinanie się po rusztowaniach i kilkugodzinne malowanie w pełnym słońcu. Mimo to największą radość daje im moment, kiedy schodzą z rusztowania i patrzą na gotowe dzieło. Wtedy mają świadomość, że to, co stworzyli, podoba się ludziom, zmienia przestrzeń i może przynieść komuś radość. Widok szarego, nijakiego budynku zamienionego w kolorową, pełną życia przestrzeń to dla nich największa nagroda. A jeśli jeszcze ktoś przechodzi obok muralu i robi mu zdjęcie – wtedy chłopacy też czują się docenieni.

Ta praca nauczyła ich przede wszystkim pokory i umiejętności rozmowy z drugim człowiekiem. Dzięki muralom zrozumieli, że praca artysty to nie tylko tworzenie „dla siebie”, ale przede wszystkim dla innych. I że najważniejsze jest podejście pełne szacunku, empatii i zrozumienia. Mimo że to również sposób na zarabianie pieniędzy, na pierwszym miejscu stawiają sens, relacje i satysfakcję, jaką daje im tworzenie czegoś wartościowego.

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze