fot. arch. WTZ w Szamotułach

„Drobne postępy są wielkim osiągnięciem”. WTZ w Szamotułach zmieniają życie [REPORTAŻ]

W Warsztatach Terapii Zajęciowej w Szamotułach dzień zaczyna się wcześnie – od przyjazdu uczestników, wspólnej modlitwy i pracy, która dla wielu z nich jest czymś więcej niż terapią. To miejsce, w którym osoby z niepełnosprawnościami uczą się samodzielności, budują relacje i odzyskują wiarę w siebie.

W dniu, w którym umówiłam się na rozmowę z siostrą Grażyną – franciszkanką Rodziny Maryi, w Warsztatach Terapii Zajęciowej w Szamotułach dzieje się wiele. Wszystko za sprawą przygotowań do kiermaszu, na którym będzie można nabyć wyroby podopiecznych tej placówki i wesprzeć ich rozwój oraz umożliwić im wyjazdy, na przykład do teatru lub do muzeów.

Warsztaty Terapii Zajęciowej, jak wszędzie, działają od poniedziałku do piątku. Ale na co dzień przyjeżdżają tutaj nie tylko ich uczestnicy, lecz także osoby związane ze Spółdzielnią Socjalną „Talent” i terapeuci, wśród których są także siostry.

– Łączna liczba uczestników warsztatów to czterdzieści osób. Są to osoby z różnego rodzaju niepełnosprawnościami, które wymagają wsparcia, ale jednocześnie posiadają potencjał do rozwoju i aktywnego uczestnictwa w życiu społecznym. Oprócz tego funkcjonuje u nas spółdzielnia socjalna, w której pracują trzy osoby wywodzące się właśnie z warsztatów, co stanowi ważny element kontynuacji procesu aktywizacji w naszej placówce – wyjaśnia siostra Grażyna.

Ważnym uzupełnieniem działalności są zajęcia klubowe, które skierowane są zarówno do osób, które kiedyś były uczestnikami warsztatów i podjęły zatrudnienie, jak i do tych, które dopiero ubiegają się o przyjęcie do tego miejsca. Dzięki temu utrzymywana jest ciągłość relacji i wsparcia, a osoby te nie tracą kontaktu z miejscem, które odegrało ważną rolę w ich życiu.

fot. Karolina Binek

– W zajęciach klubowych uczestniczy obecnie pięć osób, a spotkania odbywają się w wymiarze kilku godzin miesięcznie, co stanowi formę podtrzymania więzi oraz wsparcia w dalszym funkcjonowaniu – opowiada franciszkanka.  

>>> Straciłam marzenia o macierzyństwie. Bo jestem sama [KOMENTARZ]

Dzień po dniu

Dzień w tej placówce rozpoczyna się wcześnie, ponieważ już o 7.30 przyjeżdżają pierwsi uczestnicy WTZ. Część z nich jest dowożona specjalnie zorganizowanym transportem, ponieważ nie mają możliwości samodzielnego dotarcia ani wsparcia ze strony rodziny. Dwa busy przemierzają więc każdego dnia teren powiatu szamotulskiego, zabierając uczestników z różnych miejscowości. Inni docierają pieszo, jeśli ich stan zdrowia na to pozwala lub są przywożeni przez bliskich.

Kiedy wszyscy pojawią się już w placówce prowadzonej przez franciszkanki, nadchodzi czas na wspólną modlitwę.

– Jest to krótki moment skupienia, podczas którego powierzamy Bogu nasze codzienne sprawy, planowane w danym dniu działania oraz intencje osobiste i rodzinne. Ten element ma znaczenie nie tylko religijne, ale również integracyjne, ponieważ buduje wspólnotę i poczucie przynależności – tłumaczy moja rozmówczyni.  

Po modlitwie uczestnicy rozdzielają się zgodnie z planem zajęć. Część z nich bierze udział w ćwiczeniach rehabilitacyjnych prowadzonych przez specjalistę. Zajęcia te odbywają się zarówno w formie grupowej, jak i indywidualnej i mają na celu poprawę sprawności fizycznej lub przynajmniej utrzymanie jej na możliwie najwyższym poziomie przez jak najdłuższy czas. W przypadku wielu osób jest to niezwykle istotne, ponieważ pozwala zachować samodzielność w codziennym funkcjonowaniu.

Pozostali uczestnicy kierują się do swoich pracowni, każda z nich pełni inną funkcję i rozwija inne umiejętności. Pod opieką terapeutów zajęciowych uczestnicy wykonują różnorodne zadania, które są dostosowane do ich możliwości i potrzeb. W trakcie tych zajęć powstają konkretne prace. Wspólne tworzenie daje poczucie sprawczości i pozwala uczestnikom zobaczyć realne efekty swojej pracy.

fot. archiwum warsztatów

Co istotne – wykonane przedmioty nie zostają w pracowniach i nie służą tylko jako piękne pamiątki do podziwiania. Są sprzedawane podczas kiermaszów, wydarzeń lokalnych oraz targów. Uczestnicy mają możliwość zobaczenia, że ich praca ma wartość i jest doceniana przez innych ludzi. Daje im to ogromną satysfakcję, a także wzmacnia poczucie własnej wartości.

– Środki uzyskane ze sprzedaży nie są przeznaczane na cele komercyjne, przeznaczamy je na naszych uczestników. Organizowane są wycieczki, wyjścia do kina, teatru, wspólne spotkania, zabawy oraz różnego rodzaju wydarzenia okolicznościowe. Dzięki temu nasi podopieczni mają możliwość doświadczenia rzeczy, które często nie byłyby dla nich dostępne w innych warunkach – opowiada siostra Grażyna.

Szczególnym wydarzeniem w ciągu roku jest piknik integracyjny, który organizowany jest w czerwcu, w okolicach rocznicy powstania warsztatów. Jest to duże wydarzenie, w którym biorą udział nie tylko uczestnicy warsztatów, ale także osoby z innych placówek, dzieci ze szkół specjalnych, seniorzy oraz przedstawiciele lokalnej społeczności. Spotkanie ma charakter otwarty i integracyjny, a jego przebieg zależy w dużej mierze od warunków pogodowych, ponieważ odbywa się na świeżym powietrzu.

W pracowniach

Warsztaty Terapii Zajęciowej w Szamotułach powstały dzięki siostrze, która wcześniej kierowała domem dziecka i – jak zaznacza siostra Grażyna – była szczególnie wrażliwa na potrzeby środowiska lokalnego. Zauważyła, że istnieje grupa osób z niepełnosprawnościami, które po zakończeniu edukacji pozostają w domach bez perspektyw na dalszy rozwój. Nie miały możliwości uczestniczenia w życiu społecznym ani rozwijania swoich umiejętności. Nie wspominając nawet o rozwijaniu talentów…

– Początki nie były łatwe, ponieważ trzeba było dotrzeć do rodzin i przekonać je, że taka forma wsparcia ma sens – zauważa franciszkanka. – Siostra odwiedzała w domach przyszłych uczestników warsztatów. Wiele osób obawiało się zmian. Nie wiedzieli, czego się spodziewać, a także nie mieli doświadczenia w powierzaniu swoich bliskich instytucjom. Stopniowo jednak pojawiały się pierwsze osoby, które zaczęły uczestniczyć w zajęciach, a ich pozytywne doświadczenia przekładały się na decyzje kolejnych rodzin. Z czasem liczba uczestników rosła, a warsztaty rozwijały swoją działalność. Wprowadzono różne formy terapii oraz treningów, w tym trening ekonomiczny, który polega na nauce gospodarowania pieniędzmi. Uczestnicy otrzymują niewielkie kwoty, które mogą przeznaczyć na własne potrzeby, ucząc się planowania wydatków i podejmowania decyzji zakupowych.

Ważnym elementem funkcjonowania warsztatów są wspomniane już pracownie, w których odbywają się zajęcia. W pracowni gospodarstwa domowego przygotowywane są posiłki, które następnie jedzone są wspólnie przez wszystkich uczestników. W pracowni życia codziennego uczestnicy uczą się organizacji przestrzeni oraz dbania o porządek. Pracownia plastyczna jest miejscem intensywnej twórczości, w którym wykorzystywane są różnorodne materiały, w tym również te pochodzące z recyklingu. Pracownia krawiecka umożliwia naukę szycia oraz wykonywania drobnych prac ręcznych. W pracowni informatycznej uczestnicy uczą się obsługi komputera, a także wykonują ćwiczenia rozwijające pamięć i koncentrację. Szczególną rolę odgrywa pracownia ceramiczna, na bazie której powstała spółdzielnia socjalna. Produkowane są tam przedmioty, które trafiają później do sprzedaży. Natomiast w pracowni ogrodniczej uczestnicy uprawią warzywa i owoce, a następnie przygotowują z nich przetwory. Z kolei w pracowni stolarskiej uczestnicy pod opieką instruktora wykonują różne elementy drewniane. Prace te są często przekazywane do innych pracowni, gdzie są dalej obrabiane i dekorowane.

fot. Karolina Binek

>>> Świece, mydła i nadzieja. Pracownia u albertynek wspiera chorych i starszych [REPORTAŻ]

– Jednym z najważniejszych celów warsztatów jest rozwijanie samodzielności uczestników. Wiele osób trafia tutaj z bardzo ograniczonym doświadczeniem życiowym, często wynikającym z nadopiekuńczości rodziny. Stopniowo uczą się wykonywania podstawowych czynności, takich jak samodzielne ubieranie się, przygotowywanie posiłków czy dbanie o własne potrzeby. Proces ten wymaga czasu i cierpliwości, ale przynosi konkretne efekty. Uczestnicy zaczynają funkcjonować bardziej niezależnie, co ma znaczenie zarówno dla nich samych, jak i dla ich rodzin. Nawet drobne postępy są traktowane jako duże osiągnięcia i mają dla nas wszystkich wielkie znaczenie – przyznaje franciszkanka.

Dwa psy

Jednym z ważnych etapów rozwoju warsztatów było utworzenie spółdzielni socjalnej. Była to odpowiedź na potrzebę aktywizacji zawodowej uczestników, którzy osiągnęli wyższy poziom samodzielności. Niestety mimo podjętego stażu w jednej z lokalnych firm i zadowolenia szefostwa, nie mieli oni możliwości stałego zatrudnienia. Spółdzielnia natomiast daje uczestnikom warsztatów możliwość pracy i uzyskiwania dochodu, co ma ogromne znaczenie dla ich poczucia wartości.

Jednocześnie prowadzenie takiej działalności wiąże się z wieloma wyzwaniami, ponieważ wymaga łączenia celów społecznych z ekonomicznymi. Mimo to udaje się utrzymać funkcjonowanie spółdzielni, a efekty pracy są widoczne w wysokiej jakości produktów.

Wśród pracowników spółdzielni są osoby, których historie szczególnie zapadają w pamięć.

– Często osoby trafiające do warsztatów były wcześniej wyręczane przez rodzinę, co ograniczało ich rozwój. Tutaj uczą się podejmowania działań, które budują ich niezależność. Przypomina mi się od razu historia Michała. Przyszedł do nas wystraszony, stał za mamą, bał się. Był chłopakiem z trudnego środowiska, wychowanym w rodzinie dotkniętej problemami społecznymi, w której brakowało stabilności i poczucia bezpieczeństwa. Na początku jego obecność u nas była bardzo niepewna. Długo przyprowadzała go mama, a nawet gdy zaczął już przychodzić sam, to wciąż był dość bojaźliwy. Ważny był tutaj czas i cierpliwość. Stopniowo oswajał się z miejscem, ludźmi i sytuacjami. Nawet wejście do kaplicy było dla niego wyzwaniem. Dlatego, kiedy reszta uczestników razem z nami się modliła, Michał stał przed drzwiami i obawiał się wejść do środka. To tylko pokazuje, jak silne były jego lęki. Momentem przełomowym w jego życiu była śmierć matki. Został sam w bardzo trudnym środowisku. Z braćmi, którzy nie dawali mu wsparcia, i z siostrą, która wyprowadziła się razem z partnerem. Sytuacja w tej rodzinie była jednak na tyle dramatyczna, że pewnej nocy Michał uciekł z domu. Jego brat gonił go z butlą gazową i krzyczał, że wszystkich i wszystko wysadzi z powietrze. Była sobota, Michał stanął przed naszymi drzwiami kompletnie przestraszony. Ma problemy z mową, więc na początku nie rozumiałyśmy nawet, co się stało. Wiedziałyśmy natomiast, że musimy mu pomóc. Od tego czasu warsztaty stały się dla niego miejscem schronienia. Już nie wrócił do domu, został u nas – opowiada siostra Grażyna.

Początkowo Michał spał na terenie placówki, w jednej z pracowni, ponieważ nie było innego rozwiązania. Jednocześnie rozpoczęto starania o zapewnienie mu mieszkania. Proces ten trwał jednak pięć lat. W końcu udało się znaleźć dla niego miejsce, które spełniało podstawowe warunki. Michał otrzymał niewielkie mieszkanie, które stopniowo było wyposażane, a że już wtedy pracował, mógł sobie pozwolić chociażby na zakup nowych mebli.

– Michał bał się pierwszej samotnej nocy w nowym mieszkaniu. Ale potem się przełamał – wspomina franciszkanka. – W jego życiu pojawiły się także psy, które dały mu poczucie bezpieczeństwa i towarzystwa. Dzięki nim łatwiej było mu odnaleźć się w nowej sytuacji. Obecnie Michał jest osobą rozpoznawalną w lokalnym środowisku. Wszyscy go znają, witają się z nim, a on z nimi. Bardzo się zmienił. Z osoby wycofanej i przestraszonej stał się kimś, kto potrafi funkcjonować w społeczeństwie i nawiązywać relacje.

Jego historia pokazuje, jak ogromne znaczenie ma wsparcie, cierpliwość i stworzenie odpowiednich warunków do rozwoju. Nie jest to proces szybki ani łatwy, ale możliwy – jeśli towarzyszy mu konsekwencja i zaangażowanie.

Podobnie było w przypadku Kasi.

– Niestety, już jej z nami nie ma, ale była osobą, której nie da się zapomnieć. Była dziewczyną z zespołem Downa, niezwykle ciepłą, pogodną i pełną życia. Wiele osób ją znało, bo była bardzo charakterystyczna, zawsze uśmiechnięta, zawsze obecna, zawsze „dla innych”. Początkowo trudno było ją namówić do przychodzenia na warsztaty. Pamiętam, jak pojechałam do jej domu, zapukałam do drzwi, a ona, z typową dla siebie bezpośredniością, powiedziała, że nie jest zainteresowana. I zamknęła mi drzwi przed nosem – uśmiecha się franciszkanka.  

Na szczęście niedługo później odezwała się do siostry Grażyny mama Kasi i powiedziała, że dziewczyna bardzo chętnie będzie uczestniczyła w warsztatach.

fot. Karolina Binek

Chodziła do placówki pieszo z odległej części miasta, sama, często rozmawiając z samą sobą. Wielu mieszkańców Szamotuł ją znało i często zagadywało. Zawsze szła uśmiechnięta, machała do ludzi. W ośrodku była, jak przyznaje siostra Grażyna, prawdziwym „słoneczkiem”.

– Gdy tylko mnie widziała, od razu podbiegała, chciała pomagać. Jeśli wypełniałam jakieś dokumenty czy przygotowywałam informacje dla rodziców, ona koniecznie chciała przybijać pieczątkę. Robiła to z ogromnym zaangażowaniem, jakby to była najważniejsza praca na świecie. Była żywa, radosna, pełna energii. Dawała innym bardzo dużo dobra. Jej śmierć była dla nas wszystkich ogromnym przeżyciem. To był czas pandemii. Kasia miała problemy z sercem i planowaną operację. Niestety, nie doczekała jej. Odeszła bardzo młodo. Miała zaledwie 35 lat.

Zostawiła po sobie ogromną pustkę, ale też mnóstwo pięknych wspomnień. Każdy, kto ją znał, pamięta jej uśmiech.

To nie slogan

Na pytanie, czy moja rozmówczyni czuje się spełniona w swoim powołaniu, odpowiada bez wahania, że tak, chociaż sama zauważa, że często brzmi to jak slogan.

– Ale ja wiem, że posłuszeństwo czyni cuda. Doświadczyłam tego w swoim życiu. Kiedy wstępowałam do klasztoru, zrobiłam to w pełnej wolności. Nikt mnie nie zmuszał. Sama wybrałam taki sposób życia. Wiedziałam, że to oznacza pewne ograniczenia, pewne „oddanie” swojej woli, ale była to świadoma decyzja. Na początku pracowałam w domu dziecka. Czułam się tam świetnie. Praca z dziećmi, z młodzieżą, to było coś, co naprawdę kochałam. Byłam przekonana, że wychowywanie to jest właśnie moje powołanie w powołaniu.

I wtedy, zupełnie niespodziewanie, zapadła decyzja przełożonych, że siostra Grażyna ma przejść do WTZ i dodatkowo zająć się administracją.

– Pamiętam swoją reakcję: „Panie Jezu, jak to możliwe? Przecież ja się do tego w ogóle nie nadaję”. Administracja była dla mnie czymś zupełnie obcym. Dokumenty, urzędy, przepisy. To zdecydowanie nie był mój świat. Wydawało mi się, że nie mam ani predyspozycji, ani chęci, ani żadnych umiejętności w tym kierunku. A jednak poszłam. Z takim prostym aktem zaufania: „Idę w Twoje imię. Skoro mam tu być, to znaczy, że Ty wiesz dlaczego”. Początki były bardzo trudne. Szczególnie ta część administracyjna mnie przerażała. Segregatory, ustawy, dokumenty. Dziś, po 18 latach pracy, mogę powiedzieć jedno – nadal nie kocham administracji. To się nie zmieniło. Nauczyłam się ją ogarniać na tyle, na ile trzeba. Przyjęłam tę część jako swoją odpowiedzialność. Natomiast praca z uczestnikami warsztatów to jest coś, co daje mi ogromną radość. Z nimi czuję się naprawdę dobrze. I myślę sobie czasem, że gdyby to zależało tylko ode mnie, mogłabym tu zostać już na zawsze. Ale wiem też, że moje życie nie polega na tym, żeby decydować samodzielnie o wszystkim. Jeśli będzie potrzeba zmiany, przyjmę ją – podsumowuje moja rozmówczyni.

Dziś siostra Grażyna bardzo wyraźnie widzi sens tego miejsca i cieszy się, że uczestnicy warsztatów mogą w placówce Zgromadzenia Franciszkanek Rodziny Mary znaleźć swój dom, rozwijać swoje pasje, uczyć się, nabierać pewności siebie.

– Widzę, jak się zmieniają. Jak lepiej funkcjonują w codziennym życiu, w domu, na ulicy, wśród ludzi. I to daje ogromną radość. Taką głęboką wdzięczność Bogu, że takie miejsce powstało. Że ktoś kiedyś podjął decyzję, żeby je stworzyć. Bo to naprawdę jest odpowiedź na realne potrzeby ludzi. I wierzę, że w tym wszystkim jest po prostu Boża łaska – uśmiecha się franciszkanka.   

Galeria (5 zdjęć)
Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze