fot. arch. prywatne siostry Jadwigi

Służyła w armii USA, dziś służy Bogu. Historia albertynki – siostry Jadwigi [ROZMOWA]

Siostra Jadwiga Szczechowicz dzieciństwo spędziła między Zakopanem a Stanami Zjednoczonymi. Służyła w armii USA, pracowała przy ambasadach na różnych kontynentach, a dziś nosi habit i pomaga innym odnaleźć drogę powołania w zgromadzeniu albertynek.

Karolina Binek (misyjne.pl): Wychowywała się Siostra, dorastała i pracowała w Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat ten kierunek? Jaką rolę odegrały Stany Zjednoczone w życiu Siostry i w historii Siostry rodziny?

S. Jadwiga Szczechowicz:– Stany Zjednoczone pojawiły się w moim życiu jako odpowiedź na bardzo konkretne potrzeby: ekonomiczne, przetrwania, zapewnienia przyszłości rodzinie. Urodziłam się w 1986 roku w Zakopanem, w rodzinie wielodzietnej. Jest nas sześcioro rodzeństwa. Tamte czasy, szczególnie w górach, nie były łatwe. Polska była wtedy jeszcze w okresie transformacji, a życie codzienne wymagało ogromnej zaradności. Mój tata już wcześniej wyjeżdżał do Stanów. Byłam wtedy dzieckiem. I chociaż wiązało się to z jego fizyczną nieobecnością, było to konieczne, aby utrzymać naszą dużą rodzinę. Mama natomiast została z dziećmi, prowadziła dom, wychowywała nas, dbała o wszystko. Patrząc na to z perspektywy czasu, widzę w niej ogromną siłę. Decyzja o wyjeździe całej rodziny do Stanów była naturalnym krokiem. Wielu górali wtedy wyjeżdżało. Nie dlatego, że chcieli, ale dlatego, że musieli. My mieliśmy pewne ułatwienie, ponieważ w naszej rodzinie była historia emigracyjna jeszcze sprzed II wojny światowej. Mój pradziadek był w Stanach, więc pewne formalności było nam łatwiej ogarnąć. Kiedy wyjechaliśmy, byłam jeszcze dzieckiem. Nie była to decyzja, którą podejmowałam świadomie, ale dziś jestem za nią ogromnie wdzięczna. Nigdy nie chciałabym zostać bez rodziców. To, że byliśmy razem, nawet jeśli w trudnych warunkach, było największym darem.

fot. arch. prywatne siostry Jadwigi

Jak wyglądały pierwsze lata w Stanach Zjednoczonych?

– To był czas ogromnego zderzenia z rzeczywistością. Z jednej strony dało to nowe możliwości, nowy świat, nowe perspektywy. Z drugiej – ogromne trudności, szczególnie dla naszej rodziny. Moi rodzice nie znali języka angielskiego. Wyobraźmy sobie sytuację: sześcioro dzieci, nowy kraj, brak znajomości języka, brak stabilności finansowej. To było życie niemal dosłownie na granicy. Mama wspominała później, że często nie mieliśmy praktycznie nic, ale jednocześnie dzięki temu bardziej potrafiliśmy wszystko docenić. Dla mnie osobiście największym wyzwaniem była szkoła. Trafiłam do systemu edukacji w szóstej klasie. To oznaczało, że nie tylko musiałam nadrobić materiał, ale przede wszystkim nauczyć się języka. I to nie od podstaw, jak dzieci w pierwszej klasie. Tylko w środku procesu edukacyjnego. To było bardzo trudne. Czułam się zagubiona, często niezrozumiana, czasem też niedoceniona. Były momenty, kiedy naprawdę wydawało mi się, że sobie nie poradzę. W pewnym momencie byłam zagrożona nieukończeniem szkoły. Ale był też moment przełomu. Pamiętam go bardzo wyraźnie. To było takie wewnętrzne postanowienie: „Dam z siebie wszystko”. Patrzyłam na moją mamę, na jej siłę i wytrwałość. Wiedziałam, że nie mogę się poddać. Zaczęłam się intensywnie uczyć, poświęcać każdą wolną chwilę, nadrabiać zaległości. I to zaczęło przynosić owoce. Na końcu liceum znalazłam się w czołowej dziesiątce uczniów w całej szkole. To było coś, co wydawało się niemożliwe. A jednak się zdarzyło! 

>>> Jałmużnik biskupa gliwickiego: nikt nie rodzi się z marzeniem o bezdomności [ROZMOWA]

Doświadczenie bycia imigrantem wpłynęło na Siostry charakter i późniejsze decyzje?
– Bardzo. Myślę, że to doświadczenie w dużej mierze ukształtowało mnie jako człowieka. Bycie imigrantem to nie tylko nauka języka. To ciągłe zmaganie się, ciągłe wychodzenie ze strefy komfortu, ciągłe udowadnianie sobie, że „mogę”. To uczy pokory, ale też odwagi. Uczy wytrwałości. Uczy tego, że rzeczy trudne nie są niemożliwe, tylko wymagają więcej pracy. Myślę, że właśnie to doświadczenie sprawiło, że nie bałam się podejmować kolejnych wyzwań. A raczej – bałam się, ale mimo to szłam dalej. To bardzo ważna różnica.

Wyzwaniem zdaje się być też decyzja o wstąpieniu do wojska. Skąd taki pomysł?

– To była decyzja, która dojrzewała we mnie na wielu poziomach. Z jednej strony związana była z moją osobowością. Zawsze byłam osobą, która lubiła wyzwania, która chciała robić rzeczy trudne, przekraczać granice. Z drugiej strony – miałam w sobie wdzięczność wobec Stanów Zjednoczonych. To kraj, który dał mojej rodzinie szansę. Widziałam, jak wiele otrzymaliśmy, nie tylko w sensie materialnym, ale też społecznym. Były różne programy wsparcia dla rodzin wielodzietnych, które naprawdę pomagały. Czułam, że chciałabym coś dać od siebie. Chciałam nie tylko brać, ale też służyć.

Był też kontekst historyczny – czas po atakach terrorystycznych na World Trade Center. Społeczeństwo było poruszone, wielu ludzi czuło potrzebę zaangażowania. To też miało na mnie wpływ. I wreszcie – pewna młodzieńcza odwaga, a może nawet brawura. Człowiek młody wierzy, że wszystko jest możliwe. I ja też tak myślałam.

fot. arch. prywatne siostry Jadwigi

Jak wyglądało szkolenie wojskowe? Domyślam się, że nie było łatwe pod względem psychicznym i fizycznym.

– Szkolenie w Marines to doświadczenie, które trudno opisać jednym zdaniem. To proces, który naprawdę „rozbiera” człowieka na części pierwsze. Fizycznie to ogromny wysiłek. Ćwiczenia, które przekraczają granice wytrzymałości. Marsze, treningi, symulacje walki, zajęcia w wodzie, wspinaczka, brak snu. Ale psychicznie jest jeszcze trudniej. Presja, ciągłe wymagania, brak komfortu, brak kontroli. Człowiek jest postawiony w sytuacji, gdzie musi nauczyć się działać mimo zmęczenia, mimo strachu. Ale w tym wszystkim jest ogromna mądrość. To nie jest przypadkowe. To jest proces, który ma przygotować człowieka do sytuacji ekstremalnych. Najpiękniejsze natomiast jest to, co dzieje się na końcu. Jeśli ktoś przejdzie przez ten proces, wychodzi z niego zupełnie inny człowiek. Z inną świadomością siebie oraz swoich możliwości. Pamiętam, że po ukończeniu szkolenia miałam poczucie, że mogę wszystko. To było wręcz nieprawdopodobne uczucie.

Jakie były Siostry zadania i specjalizacje w wojsku?

– Każdy zaczyna od podstawowego szkolenia. To fundament. W związku z tym każdy żołnierz Marines musi przejść ten sam proces. Później następuje specjalizacja. Moja pierwsza specjalizacja to kierowca ciężarówek, co może wydawać się proste, ale w rzeczywistości jest bardzo odpowiedzialne, szczególnie w warunkach wojskowych. Później podjęłam kolejne wyzwanie, jakim była ochrona placówek dyplomatycznych, czyli praca przy ambasadach. To była bardziej wymagająca ścieżka. Większa selekcja, większa odpowiedzialność, większy rygor. Pracowałam w różnych miejscach, między innymi w Japonii i w Afryce. Każde z tych miejsc było zupełnie innym doświadczeniem.

W tym czasie swojego życia czuła się Siostra spełniona?

– Tak. I to bardzo. Miałam poczucie, że osiągnęłam wszystko, co chciałam. Rozwijałam się zawodowo, zdobywałam kolejne umiejętności, podejmowałam wyzwania. Byłam też aktywna poza służbą, na przykład jako nurek ratowniczy. Szukałam ciągle nowych doświadczeń, nowych granic do przekroczenia. Ale jednocześnie gdzieś głęboko czułam w sobie brak. Coś, czego nie potrafiłam nazwać.

Co spowodowało, że Siostra w końcu ten brak nazwała i dowiedziała się, z czego on wynikał?

– Cisza. I pytanie o sens. Byłam w Afryce, pracowałam przy ambasadzie. Życie było intensywne, ale pojawiły się momenty samotności. I właśnie w tej ciszy zaczęłam słyszeć swoje wnętrze. Zadałam sobie pytanie: „Czy Bóg istnieje?”. I potem drugie: „Co jeśli nie istnieje?”. To było doświadczenie bardzo mocne. Wyobrażenie świata bez Boga było dla mnie przerażające. Poczułam ogromną pustkę, brak sensu. I wtedy przyszła odpowiedź. Bardzo głęboka, bardzo osobista: Bóg musi być. Bo inaczej nic nie ma sensu. To był początek mojego nawrócenia.

>>> Damian Sylwestrzak (sędzia FIFA): z pierwszym gwizdkiem wykonuję znak krzyża [ROZMOWA]

Jak wyglądała dalsza droga powrotu Siostry do wiary?

– Była bardzo konkretna i bardzo prosta. Zaczęłam przypominać sobie to, czego nauczyła mnie mama. Niedziela to kościół. A piątek – droga krzyżowa. Pamiętam, jak odprawiałam drogę krzyżową na posterunku w ambasadzie. To było coś zupełnie nowego dla mnie. Ale wiedziałam jedno: jeśli wierzę, muszę się modlić.

fot. arch. prywatne siostry Jadwigi

A decyzja o życiu zakonnym? Nie każdy po nawróceniu ma przecież od razu myśli, by pójść do klasztoru.

– To było naturalne. Pojawił się we mnie ogromny głód Boga. Nic innego już mnie nie interesowało. Kiedy wróciłam do domu, byłam przekonana, że chcę zostać siostrą. Ale wtedy zaczęła się kolejna droga. Droga rozeznawania. Bo nawet nie wiedziałam, do jakiego zgromadzenia mogłabym pójść.

Zatem jak przebiegało u Siostry rozeznawanie powołania?

– Bardzo konkretnie. Dostałam od księdza z mojej parafii listę zgromadzeń i zaczęłam je poznawać. Jedno po drugim. Spotykałam się z siostrami, dzwoniłam do nich, poznawałam ich życie, charyzmaty. Wiedziałam jedno: chcę służyć ubogim. Ale nie wiedziałam jeszcze gdzie.

Co zadecydowało o wyborze albertynek?

– To była długa droga. Najpierw, kiedy do nich zadzwoniłam, nie odebrały. Miałam problem, by się z nimi skontaktować. Później trafiłam do innego zgromadzenia i byłam bardzo blisko decyzji, by do niego wstąpić. Ale miałam w sobie jakiś niepokój. I to mnie zatrzymało. Kiedy w końcu poznałam albertynki, przyszła do mnie pewność. Taka głęboka, spokojna pewność.

Jakie wartości z życia wojskowego przeniosła Siostra do życia zakonnego? Te dwa światy mają ze sobą coś wspólnego?

– Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że wojsko i życie zakonne to dwa zupełnie różne światy. Jeden kojarzy się z dyscypliną, walką, strukturą, drugi z ciszą, modlitwą i kontemplacją. Ale im dłużej żyję w zakonie, tym bardziej widzę, jak wiele jest między tymi światami punktów wspólnych. Najbardziej uderzającą dla mnie wartością, którą wyniosłam z wojska i którą bardzo świadomie przenoszę do życia zakonnego, jest doświadczenie jedności i braterstwa. W wojsku nie jest to tylko teoria. To jest coś, co jest systematycznie kształtowane, wręcz „trenowane”. Są konkretne mechanizmy, ćwiczenia, sytuacje, które uczą współpracy, wzajemnego zaufania i odpowiedzialności za drugiego człowieka. W Marines bardzo mocno podkreśla się, że jednostka nie istnieje sama dla siebie. Istnieje w relacji do oddziału. Sukces jednej osoby zależy od innych, a porażka jednej osoby wpływa na wszystkich. To buduje bardzo silne poczucie wspólnoty. To doświadczenie okazało się niezwykle cenne w życiu zakonnym. Wspólnota zakonna to również nie jest zbiór indywidualności żyjących obok siebie, ale rzeczywistość, w której jesteśmy za siebie odpowiedzialne. Uczymy się być dla siebie nawzajem wsparciem, uczymy się widzieć potrzeby drugiej osoby, uczymy się służyć.

fot. arch. prywatne siostry Jadwigi

Rozumiem więc, że kluczową rolę w tych dwóch światach odgrywa również wspólne działanie.

– Dokładnie. Z wojska wyniosłam też świadomość mocy wspólnego działania. Tam widziałam bardzo konkretnie, jak wiele można osiągnąć, kiedy ludzie działają razem, z jedną intencją, z jedną misją. W życiu zakonnym ta „misja” ma inny wymiar. Jest duchowa, jest związana z modlitwą, z posługą, ale zasada jest podobna. Wspólna modlitwa ma ogromną siłę. Wspólne przeżywanie codzienności, wspólne podejmowanie trudów, wspólne szukanie Boga. To wszystko tworzy przestrzeń, w której człowiek nie jest sam. I to daje ogromne oparcie. Myślę też, że ważnym elementem jest wzajemne świadectwo. Wspólnota to miejsce, gdzie nie tylko się wspieramy, ale też uczymy się od siebie. Widząc postawę drugiej siostry, jej wierność, jej modlitwę, jej sposób przeżywania trudności – człowiek sam się buduje. To wszystko sprawia, że wspólnota staje się ogromnym bogactwem. Tak jak w wojsku braterstwo jest fundamentem skuteczności, tak w życiu zakonnym jest fundamentem wzrostu, zarówno ludzkiego, jak i duchowego.

>>> Misjonarka z Boliwii: ubóstwa tutaj nie da się zrozumieć z perspektywy Polski [ROZMOWA]

Jak wygląda obecnie Siostry życie i czym się Siostra zajmuje w zgromadzeniu?
– Na obecnym etapie mojej drogi zakonnej jestem zaangażowana przede wszystkim w towarzyszenie w formacji, szczególnie jednej siostrze, która odbywa nowicjat. Jest to siostra ze Stanów Zjednoczonych, z którą przyjechałam do Polski kilka miesięcy temu. To bardzo wyjątkowy czas. Zarówno dla niej, jak i dla mnie. Nowicjat to moment bardzo intensywnego wzrastania, pogłębiania relacji z Bogiem, ale też poznawania siebie w nowej rzeczywistości. To czas, w którym wiele rzeczy się klaruje, ale też pojawia się wiele pytań. Towarzyszenie komuś w takim momencie to ogromna odpowiedzialność. To nie polega na dawaniu gotowych odpowiedzi, ale raczej na byciu obecnym, na słuchaniu, na wspieraniu, na pomaganiu w rozeznawaniu. To jest bardzo delikatna przestrzeń. Dodatkowym wymiarem tego czasu jest fakt, że jesteśmy w Polsce. Dla siostry ze Stanów to jest nowe środowisko. Ale jednocześnie dzięki temu mamy możliwość wzajemnego ubogacania się. Ona wnosi swoją perspektywę, swoje doświadczenie życia w innym kraju. Ja z kolei mogę pomóc jej lepiej zrozumieć polską rzeczywistość, kulturę, tradycję. Ale ważna tutaj jest też obecność innych sióstr, zarówno z Polski, jak i z innych miejsc. To tworzy bardzo ciekawą przestrzeń spotkania różnych światów, różnych historii, różnych dróg powołania. A co będzie dalej? Staram się tego nie planować zbyt szczegółowo. Uczę się zostawiać przestrzeń dla działania Boga, który często prowadzi inaczej, niż się spodziewamy.

Skoro poruszyła Siostra temat formacji zakonnej, to myślę, że warto, aby Siostra opowiedziała też o swojej. Jakie miała ona etapy? Odbywała się głównie w Polsce?
– Moja droga formacyjna była dość dynamiczna i w pewnym sensie rozciągnięta między Polską a Stanami Zjednoczonymi. Rozpoczęłam ją w Polsce. Ale w pewnym momencie pojawiła się możliwość, która była związana z moją wcześniejszą służbą wojskową. Mogłam skorzystać z darmowych studiów w Stanach Zjednoczonych. Zdecydowałam się na ten krok i wyjechałam, aby studiować pielęgniarstwo. To był bardzo ciekawy czas, bo łączył w sobie dwa światy – życie zakonne i funkcjonowanie w środowisku akademickim. Uczyło mnie to jeszcze większej odpowiedzialności, samodyscypliny, ale też pokazywało, jak można łączyć powołanie z konkretną służbą drugiemu człowiekowi. Każdego roku wracałam do Polski, aby odnawiać śluby. To było dla mnie bardzo ważne, takie „zakorzenienie”, powrót do miejsca, w którym zaczęła się moja droga. Patrząc dziś na tę drogę, widzę, jak bardzo była ona prowadzona przez Boga. Nie zawsze rozumiałam wszystkie etapy, nie zawsze wiedziałam, dokąd to zmierza, ale z perspektywy czasu widzę spójność i sens.

Co powiedziałaby Siostra młodym osobom, które zastanawiają się, czy pójść za głosem serca i wstąpić do zakonu?

– Gdybym miała zebrać wszystko, co przeżyłam, czego doświadczyłam, co odkryłam na tej drodze, powiedziałabym bardzo prosto, ale jednocześnie bardzo zdecydowanie: nie bójcie się. Wiem, że to może brzmieć bardzo radykalnie, ale mówię to jako ktoś, kto próbował różnych dróg, kto doświadczał sukcesu, spełnienia, osiągnięć, a mimo to odkrył, że to nie daje pełni. Wszystko inne przemija. Rzeczy, które wydają się ważne, z czasem tracą znaczenie. Natomiast odpowiedź na zaproszenie Boga ma w sobie coś trwałego. Ale jednocześnie chcę bardzo mocno podkreślić: nie chodzi o to, żeby od razu podejmować decyzję na całe życie. Myślę, że to jest jeden z największych lęków młodych ludzi – że muszą wszystko wiedzieć od razu, że muszą mieć pewność, że to jest „na zawsze”. To nie jest prawda. Wejście do aspiratu, rozpoczęcie formacji, poznawanie zgromadzenia. To jest droga rozeznania. To jest czas próby, czas odkrywania, czas zadawania pytań. I nawet jeśli ktoś odkryje, że to nie jest jego droga, to doświadczenie nie jest stracone. Ono zawsze coś wnosi. Ono uczy słuchania, uczy wrażliwości, uczy relacji z Bogiem. Zachęcam bardzo mocno: słuchaj tego, co jest „tu i teraz”. Nie próbuj przewidzieć całej przyszłości. Zrób ten jeden krok. Bo Pan Bóg prowadzi krok po kroku. I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz – Pan Bóg jest cierpliwy. To nie jest ktoś, kto czeka tylko na nasz błąd, żeby nas przekreślić. Wręcz przeciwnie – On towarzyszy, prowadzi, daje czas. Ja sama jestem tego świadkiem. Moja droga nie była prosta. Było w niej wiele poszukiwań, wiele upadków, wiele momentów zagubienia. A mimo to Bóg był cierpliwy. Dlatego warto wejść z Nim w dialog. Nawet jeśli nie wszystko jest jasne. Nawet jeśli są wątpliwości. On znajdzie sposób, żeby przemówić. Znajdzie język, znajdzie gesty, znajdzie sytuacje, które będą zrozumiałe właśnie dla ciebie. I warto też pamiętać, że powołanie to żywa relacja. To nie jest coś „zamkniętego”, jak eksponat w muzeum. To nie jest coś, co się raz wybiera i potem już tylko trwa. To jest droga, która ciągle się rozwija.  

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze