Fot. EPA/ABIR SULTAN

Gdy Jezus powiedział mi coś na ucho…

3 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Mówimy, że z Bogiem rozmawiamy codziennie (bo w czasie modlitwy, bo w czasie nabożeństwa). Jednak niekiedy zdarza nam się zdenerwować, gdy On nie od razu odpowiada. Zastanawiamy się czy nas aby na pewno słucha, a gdy jeszcze zdarzy mu się nie spełnić naszej prośby, to pytamy sami siebie: „Czy on nas w ogóle wysłuchuje”?

W tej relacji bywamy więc niekiedy zirytowani i niecierpliwi. A Bóg odpowiada. Może nie zawsze od razu, może nie zawsze bezpośrednio. Musimy prosić o łaskę słyszenia Jego głosu, bo nie jest to łatwa sprawa i nie zawsze efektowna. Bóg odpowiada niekiedy po czasie, niekiedy niejednoznacznie. Zdarza się, że dopiero po jakimś czasie dostrzegamy Jego znaki i Jego odpowiedzi. Bóg bywa jednak i bezpośredni i donośny. Tak zdarzyło mi się w ostatnią niedzielę.

W kolejce 

Przyszedłem do kościoła kilkanaście minut przed Mszą świętą. Tak jakoś wyszło, ale też liczyłem na to, że będę mógł się wyspowiadać. Zauważyłem, że jest na to szansa. Do dwóch konfesjonałów czekała spora kolejka. Ustawiłem się. Msza zdążyła się już zacząć, a ja przesunąłem się tylko o jedno „miejsce”. I nie był to przypadek. – Długa spowiedź, długa rozmowa, to chyba specjalność tych spowiedników – pomyślałem i się w duchu uśmiechnąłem. W dodatku widziałem, że rozmowy spowiednika z kolejnymi penitentami przebiegają dość żywiołowo. Ksiądz energicznie gestykuluje, spowiadający się ludzie słuchają, ale też sporo mówią. Pomyślałem: „ohoho, to nie będzie przyjemna rozmowa. Ani krótka”. Na początku nie sądziłem, że również homilię spędzę na stojąco, w kolejce. Później zacząłem się jednak zastanawiać, czy aby nie spędzę w niej całej Eucharystii. Trochę już zacząłem żegnać się z wizją przyjęcia tego dnia Komunii świętej. Jednak było mi to dane – tuż przed Modlitwą Pańską uklęknąłem przy konfesjonale. I… zdziwiłem się.

Jezus potrafi zaskoczyć  

Po wyznaniu grzechu i krótkiej rozmowie, krótkiej nauce i wyznaczeniu pokuty, ksiądz się ze mną pożegnał. Udzielił rozgrzeszenia i pożegnał. „To już koniec?” – pomyślałem. „Tak krótko?” – zdziwiłem się. „Dlaczego” – nie mogłem zrozumieć. Na dodatek, osoba, która była za mną, tak jak moi poprzednicy, spędziła w konfesjonale sporo czasu. Nie chcę, by zabrzmiało to zbyt zabawnie, ale poczułem się na swój sposób poszkodowany. Tak, jakby ksiądz nie chciał poświęcić mi czasu, jakby stwierdził, że nie warto. Tylko nawet jeśli tak, to dlaczego? Zacząłem myśleć. I wtedy, klęcząc już po przyjęciu Komunii, jakby ktoś z boku na ucho powiedział mi takie słowa: „Po prostu kolejny raz przyszedłeś z tym samym”, „Zmień coś i nie przynoś za każdym razem tych samych spraw”, „Słyszałem już to niedawno, nic nowego”, „Nie zawracaj mi głowy, mówiłem co trzeba zmienić, wiedziałeś o tym”, „Nie traćmy czasu, do roboty”.

Miał rację  

Możesz – drogi Czytelniku – mi wierzyć lub nie, ale od razu miałem nieodparte wrażenie, że właśnie takie słowa słyszę. A każda minuta spędzona na dziękczynieniu po Komunii, mnie w tym utwierdzała. Moje przekonanie wynika też z tego, że kapłan w konfesjonale to przecież nie jest jakiś byt (podmiot) sam w sobie istniejący. Przecież nie tylko z nim (przy całym szacunku) rozmawiam. Kapłan przecież udziela rozgrzeszenia mówiąc: „ja odpuszczam Tobie grzechy, w imię Ojca, Syna i ducha Świętego”. W dodatku u tego księdza nie byłem poprzednio, spowiadałem się w innym kościele, to nie jest mój stały spowiednik, nie mógł więc pamiętać i znać naszej ostatniej rozmowy. I co tu dużo mówić. Musiałem się z tymi słowami zgodzić, Jezusowi przyznać rację. Dobrze pamiętał, z czym ostatnio przyszedłem, o czym rozmawialiśmy. A przecież obiecałem starania, by się poprawić. Miał więc prawo mi to wypomnieć i przypomnieć. I choć uważałem (a może lepiej „próbowałem uważać”), że przychodzę przecież z innymi sytuacjami, po innych wydarzeniach i przeżyciach. Zrozumiałem jednak, że Jezus widzi w różnych okolicznościach podobnie popełniane błędy. I z ojcowską miłością mi je po prostu pokazuje, wytyka. Uśmiechnąłem się wtedy i podziękowałem Mu za ten znak. Cieszyłem się, że „odstałem” swoje. Otrzymałem szybki „feedback”, dowiedziałem się co jest do zrobienia. Poczułem się może i nieco skarcony, ale jednocześnie doceniony. Bóg może i nieco zirytował się, ale jednocześnie postanowił się ze mną szybko skontaktować. Pamiętał naszą rozmowę. Byłem i jestem Mu za to bardzo wdzięczny. I już czekam na kolejne nasze spotkanie.

Gdy Jezus powiedział mi coś na ucho…
Oceń ten artykuł

Zobacz także
Wasze komentarze