fot. https://www.filmweb.pl

Gdy mrok ogarnął Krainę Oz. O „Wicked: for good”[RECENZJA] 

Do kin trafił właśnie film „Wicked: for good”. To kontynuacja hitu sprzed roku – „Wicked”. Choć to opowieść osadzona w fantastycznej Krainie Oz, to doskonale wpisuje się w wiele tematów, którymi żyją dziś społeczności Europy i świata. 

Przypomnijmy – „Wicked” to musical oparty o powieść „Życie i dzieje Złej Czarownicy z Zachodu” Gregory Maguire’a. W latach 90. napisał on książkę, która nawiązuje do „Czarnoksiężnika z Krainy Oz” Lymana Franka Bauma. W powieści pokazał tę klasyczną opowieść z perspektywy Elfaby i Glindy – Złej Czarownicy z Zachodu i Dobrej Czarownicy. Pokazał przede wszystkim, co by było, gdyby Zła Czarownica wcale nie była taka zła, a dobra miała swoje za uszami. Sceniczna wersja podzielona jest na dwa akty – pierwszemu odpowiadał zeszłoroczny film „Wicked”, odpowiednikiem drugiego jest tegoroczny obraz „Wicked: for good”. 

fot. https://www.filmweb.pl/

Autorytarny władca bez mocy 

Miałem niedawno przyjemność zobaczyć sceniczną wersję „Wicked” w warszawskim Teatrze Muzycznym Roma. Pisałem już tutaj, jak świetny jest to spektakl. Może dlatego seans „Wicked: for good” nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia. Spektakl jednak przebija wszystko (także pierwszy film, który przed rokiem naprawdę zrobił na mnie świetne wrażenie). I choć nie mam w sobie aż tak wiele ochów i achów po niedzielnym seansie – to uważam, że „Wicked: for good” warto obejrzeć. Przede wszystkim z powodu bardzo aktualnych kwestii, które podejmuje ten obraz. Już z pierwszego filmu wiemy, że w Krainie Oz dzieje się źle. Zwierzęta, które dotąd współegzystowały z ludźmi (pamiętajmy, że to film fantasy) są spychane na margines, odbierane im są kolejne prawa. Tych, którzy nie boją się mówić tego, co myślą, spotyka sroga kara. Krainą rządzi bowiem pozbawiony magicznych mocy Czarnoksiężnik, który narzuca innym swoją wizję świata i próbuje ustawić wszystko pod siebie. Jest przy tym oszustem – bo swoją wielkość opiera na kłamstwie, mieszkańcy myślą, że ma magiczne moce. W drugim filmie widzimy, jak postępuje degradacja Krainy Oz. Jak bardzo jej mieszkańcy są albo zaślepieni i zapatrzeni w Czarnoksiężnika, albo muszą ze swojego domu uciekać, bo nie pasują do wizji świata kreowanej przez rządzącego Oz (zwłaszcza zwierzęta, ale i niektóre nacje zamieszkujące Oz dopadają prześladowania).  

Metafora naszych czasów 

Wyreżyserowany przez Johna M. Chu film pokazuje nam, jak wyglądają rządy autorytarne, jak wygląda mechanizm podporzadkowania i budowania posłusznego społeczeństwa . Widzimy, jak mieszkańcy dają się oszukiwać władcy. Kluczową postacią jest tu Glinda, jedna z dwóch głównych bohaterek. Jest tak naiwna i – nie bójmy się tego powiedzieć – głupia, że staje się doskonałym narzędziem w rękach Czarnoksiężnika. A nawet bardziej Madame Morrible, czyli jego rzeczniczki – która w tym filmie słusznie wywołuje skojarzenia z Lady Makbet. Glinda ma dawać ludziom otuchę – i sporo musi wydarzyć, zanim zrozumie, że jest sterowana i manipulowana. „Słodka idiotka” – inaczej nie idzie jej określić. Z drugiej strony mamy Elfabę, która już dawno przejrzała na oczy i nie da sobie zamknąć ust. Problem tylko w tym, że oficjalna narracja Oz podaje wciąż, że to ona jest źródłem zła. Poruszające są momenty, w których widzimy zwierzęcych bohaterów zmuszonych do exodusu. Uciekają ze swoich domów, bo nagle stali się niemile widziani w krainie, która była ich domem. Bo ktoś nagle stwierdził, że nie mają praw. Bo ktoś stwierdził, że ich dom wcale nie jest ich domem. Trudno uniknąć w tym momencie skojarzeń z Holokaustem i prześladowaniem Żydów w czasach II wojny światowej. I z tym, co dziś dzieje się w Palestynie, z której Izrael próbuje wysiedlić żyjących tam ludzi. I z tym, co dzieje się w wielu krajach Europy, które nie chcą być otwarte na ludzi uciekających przed mrokiem wojny, głodu, cierpienia, tyranii. Właśnie dlatego warto zobaczyć „Wicked: for good” – bo to doskonała metafora naszych czasów. 

>>> Przyjaźń, zranienie i przebaczenie. Kosmiczny poziom warszawskiego spektaklu [RECENZJA] 

Trochę za długo 

Dlaczego nie mam w sobie aż tylu zachwytów, jak przy pierwszym filmie i przy musicalu? Pierwsza myśl – bo widziałem musical. Po nim już każda opowieść osadzona w tym uniwersum blednie. Ale to nie jedyny powód. Drugi akt musicalu jest znacznie krótszy i zarazem trudniejszy, mroczniejszy niż ten pierwszy. Trudniejszy też do opowiedzenia – i tego scenicznego, i filmowego. Twórcy filmu dodali więc sporo od siebie, żeby film miał odpowiednią, wg nich, długość. Przez to całość jest trochę przegadana, zwyczajnie za długa. Owszem, elementy dodane utrzymane są w duchu drugiego aktu i nie zmieniają wydźwięku całej historii. Niemniej, ta opowieść straciła w drugim filmie swój dynamizm, który tak wyróżniał pierwszą odsłonę. Mam takie poczucie, że pewne rzeczy zostały na siłę wydłużone. Może lepiej by było, gdy powstał jeden film spajający w sobie cały musical? Wtedy byłoby dynamiczniej. Niemniej, to wciąż jest bardzo dobry film, który pod wieloma względami zachwyca. I który całkiem przyjemnie się ogląda.  

Aktorzy się spisali na medal 

Świetna jest warstwa muzyczna. W większości oparta o musical, ale w tej części pojawiły się też dwie nowe piosenki, śpiewane przez Arianę Grandę i Cythię Erivo. Przez poważniejszy ton drugiego aktu mniej jest w tym filmie utworów dynamicznych, skocznych, dominują ballady. Ale to akurat nie przeszkadza w odbiorze – są świetne muzycznie i dobrze komponują się z treścią filmu. Niezwykła jest też chemia między Arianą Grandę a Cynthią Erivo. Aktorki miały do zagrania między sobą całą paletę emocji. Między bohaterkami sporo się dzieje. Jest odrzucenie, smutek, gniew, złość, ale i troska, wzruszenie, przebaczenie, zrozumienie, a nawet konieczność pogodzenia się z rozstaniem. Kocioł emocji między nimi wciąż wrze. Aktorki zagrały to świetnie. Nie wspominając o ich fantastycznym śpiewie – ale to akurat nie dziwi, są zawodowymi piosenkarkami. Chyba najbardziej byłem jednak zafascynowany Madame Morrible. Może to postać drugoplanowa, ale Michelle Yeoh zagrała ją tak wyraziście, że nie sposób jej zapomnieć. Zdobywczyni Oskara za „Wszystko, wszędzie, naraz” doskonale oddała cynizm, który bez przerwy towarzyszy jej bohaterce. Świetny był też Jeff Goldblum jako Czarnoksiężnik. Znów – rola mniejsza, ale odegrana koncertowo. Warto docenić też Jonathana Baileya, znanego z „Bridgertonów”. Aktor młodszego pokolenia dzięki roli w obu filmach o Krainie Oz powoli przechodzi do aktorskiego mainstremu – i może w nim zrobić dużą karierę. Film imponuje też pod względem scenografii, kostiumów czy efektów specjalnych. Wizualnie to się po prostu bardzo dobrze oglada.  

>>> >>> Czy można ufać Czatowi GPT? Tak, ale…

Tak, uważam, ze warto pójść do kina i zobaczyć „Wicked: for good”, oczywiście po wcześniejszym seansie „Wicked”. Ale najlepiej, gdyby wizyta w kinie była tylko uzupełnieniem do wizyty w warszawskiej Romie i obejrzenia w niej musicalu. Bo właśnie „Wicked” w tej wersji zachwyca najmocniej. 

Google News
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!

Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze