fot. Youtube/TeatrMuzycznyRoma
Przyjaźń, zranienie i przebaczenie. Kosmiczny poziom warszawskiego spektaklu [RECENZJA]
Miałem okazję ostatnio zobaczyć musical „Wicked”, który w Polsce wystawiany jest od wiosny przez Teatr Muzyczny Roma. Choć minęło już kilka dni, to wciąż emocje we mnie buzują. Tak dobrego spektaklu – na światowym poziomie – jeszcze nie widziałem.
W Polsce głośniej o „Wicked” zrobiło się jesienią ubiegłego roku – za sprawą filmu z Arianą Grande i Cynthią Erivo, który wchodził wówczas do kin. Pisałem o nim również na misyjne.pl – zachęcam do zerknięcia. Za chwilę na kinowych ekranach pojawi się kolejny film: „Wicked: na dobre”. Opinie tych, którzy mogli go już zobaczyć wskazują na to, że znów czeka nas filmowo-muzyczna uczta, obraz ponoć zachwyca. Ale zanim były oba filmy – stworzony został musical (zresztą, pierwszy film odpowiada jego pierwszemu aktowi, a ten, który za chwilę pojawi się w kinach – drugiemu aktowi). Choć i on nie był pierwszy… Zanim więc opowiem Wam o „Wicked” w Romie – garść informacji historycznych.
Od opowieści dla dzieci po musical
„Wicked” to opowieść osadzona w Krainie Oz. Świat ten stworzył Lyman Frank Baum. W 1900 r. w Chicago opublikowana została jego powieść dla dzieci – „Czarnoksiężnik z Krainy Oz”. Była to pierwsza amerykańska opowieść dla dzieci osadzona w klimacie fantasy. Pewnie znacie historię Dorotki z Kansas, która trafia do tajemniczej i magicznej Krainy Oz. Do świata wykreowanego przez Bauma wielokrotnie wracano w różnych dziełach kultury, m.in. filmach i serialach. Tropem tej opowieści poszedł też Gregory Maguire, pisarz, który w 1995 r. wydał książkę, tym razem dla dorosłych, pt. „Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu”. Oparł się o opowieść Bauma – a jednocześnie twórczo ją zinterpretował. Przede wszystkim – zmienił „układ” sił dobra i zła znany nam z opowieści o Dorotce. Jego powieść pisana jest z punktu widzenia dwóch czarownic, które znamy z kanonicznej powieści – Dobrej Czarownicy (Glindy) i Złej Czarownicy (Elfaby). Maguire pokazał czytelnikom, jak mogłaby wyglądać ta historia, gdyby ta zła czarownica wcale nie była taka zła. A jednocześnie – gdyby ta dobra miała sporo za uszami. W 2003 r. w San Francisco miała miejsce premiera musicalu „Wicked”. Tym razem – opartego właśnie o powieść Gregory Maguire’ego (choć nie jest to przełożenie jeden do jednego książkowej fabuły). Od tego czasu jest to jeden z chętniej oglądanych i wystawianych musicali – na całym świecie. Na fali tej popularności powstały zresztą wspomniane dwa filmy. Dotychczas „Wicked” nie można było zobaczyć na deskach polskich teatrów. To się jednak zmieniło wiosną – 5 kwietnia miała miejsce premiera polskiej wersji, którą przygotował Teatr Muzyczny Roma z Warszawy. Spektakl prezentowany jest na scenie głównej Romy – co oznacza, że będzie na niej dostępny non stop przez wiele miesięcy. W odróżnieniu od większości polskich teatrów – główna scena Romy nie ma charakteru repertuarowego. Grany jest na niej wciąż jeden spektakl – w ten sposób swoje sztuki wystawiają teatry na nowojorskim Broadwayu czy londyńskim West Endzie. Szans na zobaczenie „Wicked” macie więc jeszcze wiele – i skorzystajcie z nich. Naprawdę warto, sam planuję jeszcze pojawić się na tym spektaklu.

Uniwersalna opowieść
„Wicked” to przede wszystkim opowieść o bardzo szorstkiej relacji pomiędzy Glindą a Elfabą. Poznają się szkole, w Uniwersytecie Shiz. Glinda jest najpopularniejszą uczennicą, otacza ją rzesza fanów, uwielbia być w centrum uwagi. A Elfaba jest wycofana, zepchnięta na margines, traktują ją jak obcą, inną. Nic dziwnego – ma zieloną skórę. Dziewczyny początkowo nie lubią się, stronnictwo Glindy wręcz zwalcza Elfabę. Prześladują ją, bo jest inna, odstaje od reszty. Elfaba jest idealistką i bardzo chciałaby, żeby na świecie panował porządek. Ma zacięcie prospołeczne. Akurat zaczynają się w Oz dziać dziwne rzeczy – coraz więcej praw odbiera się zwierzętom, które niegdyś żyły z ludźmi na równych prawach. Elfaba ma też magiczne zdolności, których dawno nie widziano u nikogo w Oz. Dostrzega to Madame Maskudna, jedna z nauczycielek – i postanawia prowadzić dla niej specjalne, indywidualne zajęcia. Z czasem Glinda i Elfaba zaprzyjaźniają się i trafiają razem do stolicy Oz, gdzie poznają Czarnoksiężnika. Los jednak szybko je rozdzieli i rzuci na przeciwne strony barykady. Pragnąca dobra Elfaba zostanie wciągnięta w polityczne gierki władcy Oz – i stanie się wrogiem publicznym numer jeden. „Wicked” pokazuje, jak ogromne zniszczenie niesie odrzucenie, jak wiele zła się z nim wiąże. Czy prawdziwa przyjaźń będzie w stanie pokonać przeszkody i bohaterki się pogodzą? Czy zło zostanie zdemaskowane i przegra w starciu z dobrem? Bez happy endu ta opowieść byłaby niepełna – więc zakończy się, powiedzmy, dobrze. Choć finał nie jest takim standardowym happy endem – jest raczej słodko-gorzki. Z pewnymi zranieniami trzeba już zmagać się do końca życia. „Wicked” opowiada o przyjaźni, ale i o zniewoleniu, o władzy, która manipuluje swoimi podwładnymi. Dlatego ta uniwersalna opowieść jest nam dziś tak bliska – bo demaskuje wiele mechanizmów, które możemy obserwować we współczesnym świecie. Zwłaszcza w krajach autorytarnych. Oczywiście, tłem do całej historii jest klasyczna opowieść o Krainie Oz – fantastycznie wpleciona w narrację musicalu.

Samochód, pociąg i znacznie więcej
Pisałem, że „Wicked” w Teatrze Muzycznym Roma jest na światowym poziomie. I tak faktycznie jest. Spektakl zachwyca pod każdym względem, wywołując w nas zarazem lawinę emocji, czasem też łez. Warszawskie przedstawienie imponuje swoim rozmachem – choć potrafi pozwolić sobie też na bardziej kameralne, wręcz intymne sceny. Twórcom udało się zaaranżować właściwie każdy fragment sceny. Niektóre rozwiązania techniczne tak zadziwiają, że jeszcze długo po spektaklu zastanawiałem się, „jak oni to zrobili”. Na scenie działa się „magia” – choć bez magii. Elementy scenografii dopracowane są w najdrobniejszych detalach i tylko bardzo spostrzegawczy widz wypatrzy wszystkie drobiazgi, które pozwalają jeszcze intensywniej odebrać spektakl. A to, co dzieje się w scenie kończącej pierwszy akt – to majstersztyk – myślę, że takiej sceny długo jeszcze nie powtórzy żaden teatr w Polsce (nie zdradzam, co się dzieje – tego naprawdę trzeba doświadczyć). Różnych zaskakujących momentów nie brakuje – na scenie zobaczymy nie tylko świecące buty czy unoszącą się książkę. Wjedzie też na nią samochód. A nawet pociąg! Zachwycają też oczywiście stroje poszczególnych bohaterów – mocno oddając też ich charaktery. Byłem również pod wrażeniem gry świateł, która ma w „Wicked” niebagatelne znaczenie i wpływa na odbiór przedstawienia. Ile tam się działo… Reżyserem polskiej wersji spektaklu jest Wojciech Kępczyński – i myślę, że wiele rozwiązań i pomysłów to jego zasługa. Udało mu się stworzyć spektakl, o którym będzie głośno przez wiele lat.

Głosy, które pamięta się na długo
Scenografia, światła, kostiumy, efekty specjalne – byłyby jednak niczym bez ludzi. Bo największą siłą warszawskiego „Wicked” są właśnie aktorzy prezentujący mistrzowski poziom. Oczywiście, docenić trzeba też muzykę i piosenki – ale to akurat elementy, które zachwycają w tym spektaklu (i w filmach) nie od dziś. Kompozycje Stephena Schwartza urzekają swoją emocjonalnością, dramaturgią i po prostu pięknem. A także różnorodnością – bo mamy tu i bardziej skoczne, pełne dynamiki utwory, i piosenki bardziej emocjonalne spokojniejsze, wręcz balladowe. Ale w warszawskim spektaklu liczy się przede wszystkim to, jak genialnie zostały wykonane. W przedstawieniu, które miałem przyjemność oglądać w rolę Glindy wcieliła się Patrycja Mizerska, Elfabą była Natalia Krakowiak. Obie swoimi głosami zaczarowały publiczność. Były fenomenalne. Patrycja śpiewała pięknie, czysto, a zarazem „cukierkowo” – eksponując w ten sposób styl bycia swojej bohaterki. W kontrze był mocny, pewny siebie, niższy głos Natalii, który zapamiętam na długo. Ciarki przechodziły mnie po całym ciele, gdy śpiewała pod koniec pierwszego aktu… Również pozostali aktorzy pokazali się z najlepszej – wokalnie i aktorsko – strony. Mnie zachwycił głos Marcina Franca, grającego księcia Fijero. Gdy śpiewał, że „życie to bal” – wprowadził publiczność w swoisty trans. Piosenki w musicalu nie byłyby pewnie tak emocjonalne, gdyby nie genialny przekład Michała Wojnarowskiego. Tłumaczowi udało się fantastycznie oddać ducha „Wicked”, rozbudzić w widzach wiele emocji, a czasem też… zabawić się w gry słowne. Mówiąc o „Wicked” trzeba też docenić choreografię. Dzięki tancerzom i aktorom na scenie wciąż się coś dzieje – a widzowie zachwycają się ruchem dziejącym się na scenie. Można byłoby jeszcze długo wymieniać, dlaczego spektakl ten jest tak genialny. Najlepiej jednak pójść do Teatru Muzycznego Roma i samemu się o tym przekonać. Twórcy polskiej wersji postawili na musical „non-replica” – czyli mieli możliwość zastosowania rozwiązań scenograficznych i realizacyjnych innych niż te z oryginalnych produkcji. I teraz mam wrażenie, że to polska wersja stanie się tą, z której będą chcieli czerpać inni. Bo naprawdę zrobiono spektakl na światowym, a właściwie to na kosmicznym poziomie. Polecam

Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
W Łodzi udało się przedłużyć lato [RECENZJA]
Heweliusz. Katastrofa, która wciąż tonie w polskiej pamięci [RECENZJA]
„Tartuffe”, czyli Molier wciąż jest aktualny [RECENZJA]






Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny