Zdjęcie: ks. rektor prof. Janusz Mastalski, fot. misyjne.pl

Ks. Janusz Mastalski (biskup nominat): Jestem „pouczalny”. Piuska tego nie zmieni

13 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

O Kościele na przełomie 2018 i 2019 r., o krakowskim klimacie, polskich wyzwaniach i globalnej misji. O preewangelizacji, tabletolatkach, seminarzystach i kapłanach. Z nominowanym biskupem pomocniczym Krakowa, rektorem krakowskiego Seminarium Duchownego, w którym studiował Jan Paweł II, ks. prof. Januszem Mastalskim rozmawia Maciej Kluczka.

Czy będąc biskupem tutaj – w Krakowie – z historią tego miasta, z historią Jana Pawła II, czuje się większą odpowiedzialność? A może większy prestiż? Kościół krakowski – co by nie mówić – jest jednym z ważniejszych ośrodków kościelnych w Polsce.
Kościół krakowski jest taki sam jak Kościół poznański czy wrocławski. Nie można mówić o większym czy mniejszym prestiżu. Prestiż jest po prostu w misji biskupiej. Choć przyznam, że to, że poprzednikiem biskupa pomocniczego w Krakowie jest Jan Paweł II, do czegoś zobowiązuje. Kraków to też miasto, w którym dzieje się bardzo wiele rzeczy. To stolica kultury, sama historia wymusza pewne rzeczy. A poza tym to bardzo prężny ośrodek akademicki. Nie ma żadnych wątpliwości, że wyzwania przed biskupem pomocniczym są ogromne, ale radość i prestiż są takie same jakbym był biskupem w innej diecezji.

Zdjęcie: grudniowy poranek na Rynku Głównym w Krakowie, fot. misyjne.pl

Uczył się tu Karol Wojtyła. Studenci czują tego ducha? Chcieliby być drugim Wojtyłą?
Jest taka świadomość, że jesteśmy w seminarium, w którym papież się formował, studiował. Nie mówi i nie myśli się może o tym codziennie, ale Jan Paweł II pokazuje się i w pracach magisterskich, i w kazaniach, w wydarzeniach. Proszę pamiętać, że nawet jeśli istnieje pokolenie JP2, to studentami seminarium są młodsi ludzie. Papież umierał, gdy oni mieli po 10, 11 lat. Bardziej już kojarzą Benedykta XVI, czasów Jana Pawła siłą rzeczy nie pamiętają, to dla nich już postać historyczna.

Jak przejrzy się Księdza historię zawodową, to edukacja była w niej od początku. Nawet w liceum, w którym Ksiądz się uczył, nosiło imię Komisji Edukacji Narodowej. Potem studia związane z edukacją, doktorat i habilitacja dotyczące katechezy, metod nauczania. Czy na przestrzeni tylu lat pracy widzi Ksiądz, że ta katecheza się zmieniła? Czy zmieniają się metody nauczania?
Na pewno jeśli chodzi o treść nauczania to jest ona niezmienna, bo to Ewangelia. Natomiast zmieniają się metody i środki, które są związane z nauczaniem i wychowaniem. Dziś mamy do czynienia nie z nastolatkiem, ale z tabletolatkiem. A to wymusza w ogóle inne metody, bo taki tabletolatek woli oglądać niż czytać i słuchać.

Trzeba do niego z obrazkiem.
Tak, wracamy do cywilizacji obrazkowej. To po pierwsze. Po drugie – sporo jest religijności naskórkowej. To religijność niezinstytucjonalizowana, na zasadzie: „Pan Bóg – tak, wiara – tak, Kościół – nie”. No i cóż… wtedy na takiej katechezie trzeba docierać nawet nie z ewangelizacją, ale z preewangelizacją. Bardzo często trzeba mówić młodym najpierw o wartościach, a potem dopiero pokazać, że te wartości najlepiej wyraża i realizuje Kościół. Na pewno bardzo niepokojące jest zjawisko wypisywania się z lekcji religii. Myślę, że to wynik wielu rzeczy, niechętnego nastawienia do Kościoła, po drugie – metody nauczania katechezy są nieraz (nie zawsze!) archaiczne, po trzecie – współczesny młody człowiek potrzebuje indywidualnego podejścia. Nie można już podchodzić do młodych jak do grupy, do klasy. Ten człowiek potrzebuje podejścia osobistego. To nie jest proste, szczególnie w szkole.

W każdej klasie zdarza się jedna, dwie osoby, które wypisują się z katechezy. Czy obecnie jest ich więcej?
Nie znam dokładnych statystyk, ale katecheci mówią, że rzeczywiście jest coraz mniej klas, które w całości są objęte katechezą. Bardziej dotyczy to szkół średnich niż podstawówki.

fot. misyjne.pl

A z drugiej strony – Kraków to dobry przykład – jest wiele prężnie działających duszpasterstw akademickich. Czy to może być trend, o którym mówi Franciszek, a także Benedykt XVI? Kościół wróci do pierwotnych form. Będzie liczyć się jakość, a nie ilość, Kościół nie będzie już może taki masowy, ale paradoksalnie to może być ozdrowieńcze dla instytucji i dla ludzi. W Polsce mimo wszystko to może być duży szok, u nas przywiązanie do religii i wyznawania wiary jest jednak bardzo silne. Czy jesteśmy na to przygotowani? Także w seminariach, myślicie o tym?
Wydaje mi się, że tak, że jest takie wyjście w kierunku jakości, a nie ilości. Ci, którzy są na marginesie Kościoła, gdzieś tam – mówiąc brzydko – odpadną. Cały problem polega na tym, mówiąc merkantylnie, jaka jest oferta dla tego młodego człowieka. Narzekamy na młodych, studentów, a wbrew pozorom wielu młodych zaczyna studia i jednocześnie szuka pomysłu na siebie. Chcą się przygotować do dalszych funkcji i zadań, do usensownienia swojego życia.

Czyli dbają o siebie…
Tak, to pragnienie czegoś głębszego. To w tych młodych ludziach jest obecne. I nieprawdą jest, że są zepsuci, wyzuci z wszelkich wartości i ideałów. To nieprawda. Jednocześnie tam, gdzie idą, idą ze swoimi obciążeniami, chociażby tymi wyniesionymi z rodzin, z dzieciństwa. Jest coraz więcej dysfunkcyjnych rodzin, traum z dzieciństwa, oni chcą to potem jakoś przepracować. Nie wszystko jednak można przepracować na przykład w seminarium. Relacja z Bogiem może nie rozwiązuje problemów, ale łatwiej się je niesie. Taki renesans wiary można u młodych zaobserwować, oczywiście u części z nich.

Na czym polegają nowe metody ewangelizacji, katechezy, o których wcześniej mówiliśmy?
Za moich czasów nie było środków audiowizualnych. Np. portale, tu się nisko Wam kłaniam, akcje internetowe, festiwale.

Jesienią w Warszawie festiwal chrześcijański gonił festiwal, aż trudno było to wszystko pogodzić.
Są też środowiska akademickie dość oddalone od Kościoła. Był taki czas, kiedy zastanawiałem się, jak do nich dotrzeć. Gdy byłem dziekanem, a potem prorektorem Uniwersytetu Papieskiego, myśleliśmy o tym, co zrobić, by ewangelizacja poszła w ich kierunku. Pomyśleliśmy, że zrobimy to poprzez zderzenie z jakimś trudnym tematem. Podpisaliśmy kilka umów z hospicjami dziecięcymi. To był dobry pomysł, bo zobaczyli, że w życiu liczy się życie, że każdy dzień jest (powinien być) radością. Takie doświadczenie inaczej ustawia hierarchię wartości. Młodzi ludzie, którzy zderzyli się z takimi sytuacjami, wrócili do Kościoła. Zobaczyli, że cierpienie, ból, niezrozumiałe sytuacje można rozwiązać dzięki pomocy Boga.

Jak wyglądają statystyki w seminarium? Swego czasu publikowaliśmy raport na ten temat z 2017 r. – było wtedy w Polsce ponad 600 alumnów, dwa lata wcześniej ponad 700. Czy poziom jest stały? Czy liczba kandydatów na studentów (docelowo księży) jednak spada?
Na początku września tego roku było więcej kandydatów niż w poprzednim roku (o 32 osoby). Są diecezje, w których są śladowe liczby powołań, a są takie, gdzie jest bardzo dużo kandydatów. Spadku liczby powołań nie obserwujemy, przynajmniej w naszej diecezji.

Czyli co roku, ilu tych, którzy odczytali swoje powołanie, puka do drzwi krakowskiego seminarium?
Mamy jedno z największych seminariów w Europie, dla dwóch diecezji (bielsko-żywieckiej i krakowskiej). Średnio, co roku przychodzi 35, 40 osób. Nie mogę powiedzieć, że liczba alumnów spada, ale są diecezje, które przeżywają dramat.

A studentów razem? Na wszystkich rocznikach?
Obecnie jest ich 150 – to jest ta Małopolska pobożna, taka jest tu tkanka społeczna. Katolicyzm był tu zawsze mocno ugruntowany.

Zdjęcie: wejście do rektoratu krakowskiego Seminarium Duchownego, fot. misyjne.pl

A jak tych kandydatów na kapłanów seminarium powinno się… „wyrzeźbić”? Ksiądz Radek Rakowski – lubiany duszpasterz akademicki w Poznaniu – mówił w rozmowie z naszym portalem, że bardzo ważne jest to, by nie stracić miłości do Boga i do ludzi. By cały czas budować relacje. I przyznał, że po seminarium część jego kolegów staje mentalnymi 50-latkami, przy całym szacunku dla 50-latków. Jak to się dzieje? Jak tego uniknąć?
Wychowanie musi być integralne – czyli obejmować i stronę charakterologiczną, duchową i społeczną. Zajmowałem się pedagogiką rodziny – jeśli ktoś przychodzi do seminarium, to musi przejść swoisty detoks, pozbycie się złych nawyków, obciążeń. Robi się to przez rozmowy, spowiedź, ewentualnie terapię. I jeśli ten fundament się oczyści, to można na nim budować. Buduje się tożsamość kapłańską, ale taką, w której nie ma poczucia wyższości i patrzenia na innych z góry, ale tożsamość, w której przewodnik uczy się także od tych, których prowadzi. Wzajemna wymiana.

Czyli nie relacja „mistrz-uczeń”, bo mistrzem jest Jezus, ale partnerstwo, przewodzenie. To można było usłyszeć w Księdza wystąpieniu podczas konferencji prasowej po ogłoszeniu nominacji. Ksiądz prosił wtedy o podpowiedzi „jakim ma być biskupem”, „jak być dobrym biskupem”. Od razu skojarzyłem to z papieżem Franciszkiem, który często prosi: „módlcie się za mnie”. To taka postawa: „Jestem z Wami, jestem jednym z Was”.
Nie chce zabrzmieć populistycznie, ale kilka dni temu diakoni przyszli do mnie z życzeniami i gratulacjami. Powiedziałem im, że kończy się teraz czas, kiedy ja ich pouczam i że teraz liczę na to, że to oni będą mi podpowiadać, że napiszą mi sms: „świetne kazanie” albo „dzisiaj ksiądz biskup specjalnie nie błysnął”, pochwalą temat albo powiedzą, że nietrafiony. Podpowiadajcie mi, bo jest zasada, że czym wyżej tym bardziej samotnie. Jeżeli będzie śmiałość, by powiedzieć biskupowi, co można zmienić, zrobić lepiej, to będzie dobrze.

Najgorzej, gdy wszyscy kadzą i człowiek myśli, że jest najlepszy, idealny.
No właśnie, wtedy mamy do czynienia z osamotnieniem i brakiem dystansu do siebie. Ja zawsze byłem – jak mówi mój kolega – pouczalny. Zawsze chciałem słuchać rad innych, coś z nich wykorzystać. Jeśli tyle lat miałem tę zasadę, to chyba nic się nie zmieni, jeśli będę nosić piuskę.

Zdjęcie: ks. rektor Janusz Mastalski. Uroczystość przyjęcia święceń biskupich zaplanowana jest na 5 stycznia 2019 r., fot. misyjne.pl

No właśnie – mówił Ksiądz co podpowiedzieć, co ewentualnie jest do zmiany. Myśli Ksiądz, że Kościół w Polsce też potrzebuje zmian? Żeby skutecznie rozwiązać niektóre problemy i jednocześnie żeby głosić Dobrą Nowinę?
Nie możemy skoncentrować się tylko na nadużyciach seksualnych. To temat bardzo ważny i delikatny, ale nie jedyne wyzwanie. Potrzeba dobrego seminaryjnego podejścia, sita  tu nie ma wątpliwości, to zadanie dla części Kościoła, którą ja się zajmuję. Są jednak i inne duże wyzwania. Zaniedbaliśmy przede wszystkim rodzinę. Ktoś u mnie pisał doktorat, w którym były badania na temat tego jak przygotowania dzieci do I Komunii św. wpływają na relacje w rodzinie. Okazuje się, że rodzice nie tylko nie utrzymali pewnego poziomu religijnego, ale wręcz się cofnęli. To bardzo niepokojące. Trzeba więc dotrzeć do rodzin. Druga sprawa – to uchwycenie dorosłych, propozycja dla tych, którzy chcieliby działać w Kościele. Neokatechumenat to duże i średnie miasta, a w małych i na wsi może potrzebne są inne formy wspólnoty? Tak, by mogli się spotkać, by było dużo katolików świadomych. Trzecia kwestia – zwrócić uwagę na homilie. Tu widzę dwie ważne kwestie – trzeba przyjrzeć się monumentalizmowi. Liturgia nie może trwać zbyt długo. Oczywiście są ku temu uzasadnione dni, okazje, ale jeżeli jest normalna niedziela, to Msza św. nie może się przeciągać. Kazanie musi być trafione. Gdy te warunki nie są spełnione, to tracimy duszpasterską szansę na ewangelizację.

Zgadza się. Nieraz sam, gdy słyszę nawet dobre kazanie, to jeśli trwa ono za długo, siłą rzeczy się wyłączam. Po prostu – tak jesteśmy skonstruowani.
Ważne też jest to, by fundamentem Kościoła była wspólnota. O nią trzeba zadbać. Najpierw na poziomie diecezjalnym – biskup, prezbiterzy, księża. Potem wspólnota dekanalna, parafialna.

Żeby się znać…
I żebyśmy chcieli ze sobą rozmawiać, przebywać.

Paradoksalnie – duża liczba katolików w Polsce niekiedy utrudnia budowę tej wspólnoty…
Po prostu, zwyczajnie, nie ma na to czasu albo ochoty. Wbrew pozorom, mimo że niektórzy patrzą na to różnie, myślą, że ksiądz polski jest „kanapowy”. Nawet gdy ma w sobie choć trochę motywacji, to jest zmęczony. Ma co robić. Ludzie potrzebują kapłana wiarygodnego, który znajdzie chociaż trochę czasu dla nich. Jak tego nie będzie, to ludzie będą szukać wsparcia, rozmowy gdzie indziej.

Zdjęcie: Planty, krakowski park miejski otaczający Stare Miasto, fot. misyjne.pl

Jak Ksiądz dowiaduje się, że będzie biskupem? To duże zaskoczenie, czy już wiadomo o tym dużo wcześniej?
Wszystko odbywa się w nuncjaturze w Warszawie tydzień przed nominacją. Trzeba wyrazić pisemną zgodę, wyznać publicznie wiarę przed nuncjuszem.

Wcześniej biskup pyta kandydata? Jest rozmowa?
Kandydat o tym w ogóle nie wie. Biskup diecezjalny daje trzy kandydatury, ale kandydaci o tym nie wiedzą. Jestem od 16 miesięcy rektorem seminarium, a jeszcze do sierpnia byłem jednocześnie prorektorem. Teraz również od razu nie zostawię seminarium, a będę już biskupem pomocniczym. Jestem więc takim specjalistą od siedzenia na dwóch stołkach. Myślałem, że jak jestem rektorem dość jeszcze krótko, to biskupa pomocniczego będą szukać gdzie indziej, byłem raczej o to spokojny, a stało się inaczej. Będę musiał przekazać seminarium komuś innemu. Jeśli chce się być dla ludzi, dla kapłanów, to tak trzeba. Chociaż powiem szczerze, łezka w oku się kręci…

fot. misyjne.pl

***
Biskup nominat ks. prof. Janusz Mastalski urodził się 4 maja 1964 r. w Krakowie. Święcenia kapłańskie otrzymał 21 maja 1989 r. Przez pierwsze dwa lata posługiwał jako wikariusz w Gdowie, a w latach 1991–1994 w parafii św. Szczepana w Krakowie. W 1998 roku uzyskał tytuł doktora na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, a w 2003 roku habilitację. W 2009 roku otrzymał tytuł naukowy profesora nauk teologicznych. W latach 2008–2014 pełnił funkcję dziekana wydziału nauk społecznych UPJPII. Następnie objął stanowisko prorektora Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II. Od 2017 r. jest rektorem Wyższego Seminarium Duchownego w Krakowie. Nominację biskupią otrzymał w 54. roku życia i 29. roku kapłaństwa.

Wyższe Seminarium Duchowne Archidiecezji Krakowskiej przygotowuje do kapłaństwa alumnów archidiecezji krakowskiej i diecezji bielsko-żywieckiej. Jako instytucja liczy już ponad 100 lat, jest jednym z najstarszych seminariów w Polsce. W latach 1914–1921 mieścił się tam szpital wojskowy, także sztab wojsk gen. Hallera oraz siedziba amerykańskiego Czerwonego Krzyża. W czasie II wojny światowej budynek został zajęty przez wojska niemieckie. W 1941 r. władze niemieckie zakazały przyjmowania do seminarium nowych kandydatów. Abp Sapieha zorganizował jesienią 1941 r. tajne seminarium, którego klerycy mieszkali i pracowali poza miastem. We wrześniu 1944 r. wszyscy alumni zamieszkali w domu biskupów krakowskich, jednym z nich był Karol Wojtyła. Wiosną 1945 r. zajęcia powróciły na ulicę Podzamcze, studenci własnoręcznie zaczęli naprawę zniszczeń. W 1991 r. Seminarium odwiedził Ojciec Święty Jan Paweł II.

Zdjęcia: tablica pamiątkowa w Seminarium Duchownym, gmach rektoratu od ulicy Podzamcze, widok na Zamek Królewski na Wawelu, fot. Maciej Kluczka, misyjne.pl

 

Galeria (3 zdjęcia)
Zobacz także
Wasze komentarze