Zdjęcie: Marcin Wrzos OMI, Robert „Litza” Friedrich i jego małżonka, fot. Michał Jóźwiak, misyjne.pl

Litza: co zrobić, gdy ksiądz ma 30 dzieci? [ROZMOWA]

7 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Klerykalizm zawsze niszczył księży. To we wspólnocie odzyskują sens kapłaństwa – mówi Robert „Litza” Friedrich. O. Marcin Wrzos OMI rozmawia z muzykiem o roli rodziny i księży.

Marcin Wrzos OMI: Jaka jest rola rodziny w społeczeństwie i w Kościele?
Robert „Litza” Friedrich: Rodzina jest we współczesnym świecie schronem, takim ostatnim bastionem normalności. W rodzinie uczymy się i przygotowujemy do życia, przekazujemy dzieciom wiarę i pomagamy rozeznać powołanie. Nasze córki mają mężów, którzy się wychowywali w rodzinach wielodzietnych, we wspólnotach, gdzie człowiek od małego uczy się jak nie być egoistą. Przez to, że ma rodzeństwo, ma ojca i matkę, bardzo szybko uczy się dzielić z innymi, rezygnować ze swoich zachcianek i mieć oczy otwarte na drugiego. Z żoną Dobrochną pochodzimy z rodzin rozbitych. Naszym marzeniem było, żeby zbudować taką rodzinę, z której nasze dzieci ruszyłyby w świat przygotowane. Z posagiem wiary i z posagiem takiego rodzinnego doświadczenia życiowego. Z perspektywy ojca siedmiorga dzieci i dziadka ośmiorga wnucząt mogę powiedzieć, że powoli widzimy dobre owoce takiego życia w dużej rodzinie.

Jakie są zadania rodzin w Kościele?
Przychodzi taki czas – jak mówiło wielu świętych – że Kościół staje się wspólnotą wspólnot, a parafia w obecnym kształcie zaczyna zanikać – co widzimy także już w Polsce. Europa Zachodnia to pustoszejące kościoły, znikające parafie. Kościoły są zamieniane na domy kultury, na parkingi dla rowerów. Byliśmy w Holandii i widzieliśmy, jak to się dzieje. Miałem okazję zobaczyć klub muzyczny zrobiony z kościoła w Nowym Jorku. Przychodzi to do Polski. Nie byłbym takim optymistą, że skoro w Polsce mamy pełne parafie, to tak zostanie. Ostatnie 10 lat pokazuje, że świat ma tyle atrakcji i tak mocno atakuje dziś człowieka i rodzinę, że parafia bardzo się kurczy, a liczba powołań spada. Ważna jest rodzina, w której jest wiara, w której rodzice przekazują dzieciom wiarę i biorą czynny udział w życiu parafii, w jakiejkolwiek wspólnocie – czy to będzie Odnowa w Duchu Świętym, czy to będzie Domowy Kościół, oaza czy neokatechumenat. To wszystko pomaga parafii funkcjonować i żyć. Rodzina jest takim miejscem, które przygotowuje dzieci do tego, żeby widziały w parafii miejsce dla siebie, że warto w niej żyć. Miałem okazję przygotowywać młodzież do bierzmowania i widziałem, że jeśli te dzieciaki, które przychodziły na spotkania i bardzo czynnie brały w nich udział, nie miały w domu, w rodzinie, przekazu wiary, to po bierzmowaniu odchodziły z parafii. To było bardzo smutne, ale to fakty. Natomiast jeżeli w rodzinie jest Dobra Nowina i jest wiara, to to się przekłada na życie Kościoła, na życie parafii.

Robert, jaka jest rola księży? Co mogą robić na rzecz rodzin, jak mogą im towarzyszyć?
Przez to, że jesteśmy ponad 20 lat we wspólnocie neokatechumenalnej, to widzimy, że tam też Kościół uczy nas rozeznania powołania: do życia konsekrowanego, do kapłaństwa i do życia w małżeństwie. We wspólnocie młody człowiek ma czas przyjrzeć się temu, jak wygląda krzyż w małżeństwie, jaki jest krzyż kapłański, a jaki krzyż życia w samotności. I to jest dobre, że widzą we wspólnocie przykłady, mogą zobaczyć zmagania ludzi tych stanów.

fot. flickr.com

Widzę bardzo pozytywną rzecz w naszej wspólnocie: fakt, że kapłan ma wsparcie. Często kapłanów atakuje samotność, wątpliwości co do słuszności swojego powołania, natomiast we wspólnocie odzyskują sens kapłaństwa. Tak samo jak ojciec we wspólnocie odzyskuje sens bycia ojcem. Jak to się odbywa? Poprzez szczerość, poprzez jedność, przez to, że kapłan u nas nie czuje się atakowany klerykalizmem, który niszczy kapłanów. Jest bratem, a kiedy celebruje liturgię, jest głową zgromadzenia, jest Jezusem Chrystusem we wspólnocie. Kiedy natomiast kończy się liturgia, on jest naszym zwykłym bratem, któremu też można coś powiedzieć, jeśli mamy jakieś uwagi. Jeśli coś się pojawia, to idę i szczerze z nim rozmawiam. Tak samo on mi może powiedzieć: uważaj, bo jak zostawisz modlitwę, to potem zostawisz żonę. Ja mu się mogę odwdzięczyć, mówiąc: jeśli zostawisz brewiarz, zostawisz modlitwę, to zostawisz kapłaństwo. Ta szczerość to wyraz miłości i zaufania, że przede wszystkim chcemy służymy sobie w drodze do świętości, a nie chcemy się niszczyć. Jest mi dane zobaczyć, że wielu kapłanów, którzy dołączają do wspólnoty, zyskuje drugi oddech – oni odżywają. Nie są anonimowi, nie są atakowani przez klerykalizm. – wiesz, takie przekonanie, że jest z innej gliny i bardziej czcigodny. To jest dla mnie bardzo ważne.

Zdjęcie: Litza, fot. arch.

Ta zależność ksiądz – rodzina działa w dwie strony.
Jak moi znajomi, którzy są ze świata i omijają Kościół szerokim łukiem, mówią o jakichś trudnościach i zmaganiach, które są w Kościele (zobacz np. film „Kler”) to ja im mówię: słuchajcie, to jest jeszcze nic. Nasz prezbiter ze wspólnoty ma trzydzieścioro dzieci – oni się chwytają za głowy i chcą znać szczegóły. Tłumaczę wtedy: on mówi takie homilie, że nasze żony, choćby już się bały rodzić i nie miały na to siły, po takiej Dobrej Nowinie otwierają się na życie i mówią: jestem gotowa mieć kolejne dziecko. I ja myślę, że jeśli to dziecko w końcu się pocznie, to ono poczyna się najpierw w sercu matki przez mocną homilię. I to jest duża zasługa naszego prezbitera, że otwiera nasze dziewczyny na życie. Oczywiście to już nie jest interesujące dla moich przyjaciół, kiedy słyszą o tego rodzaju duchowym ojcostwie (śmiech) To już nie jest atrakcja. Trochę mówię półżartem, ale to pokazuje, jak ogromny wpływ ma prezbiter na rodzinę. Także my mamy wpływ na niego, a on ma wpływ na nas.

Ukazał się wywiad-rzeka z papieżem Franciszkiem o życiu zakonnym i duża jego część jest poświęcona klerykalizmowi jako zagrożeniu dla bycia zakonnikiem i księdzem.
Myślę, że ja w ogóle jestem antyklerykalny. To jest trochę tak, że ja jestem całym sercem za hierarchią i Kościół jest moją matką, naprawdę i czuję się adoptowany przez Kościół i On nauczył mnie być ojcem, być mężem i jestem bardzo wdzięczny – to ważna wiadomość dla tego, kto to będzie czytał. Jednak tak to czuję. Jestem antyklerykałem, bo klerykalizm, pycha z niego się wywodząca, zawsze niszczył księży. Robił jakąś dziwną trzecią płeć i takie to jest zdziwaczałe później wszystko. Zresztą jak Jan Paweł II też był bardzo przeciwny klerykalizmowi. Jak czytam Biblię, to tam jest to samo. Chrystus ustawia równo tych arcykapłanów i uczonych w Piśmie, którzy myślą, że są z „lepszej gliny”. Wszyscy jesteśmy grzesznikami – ty i ja, księża i świeccy.

Jak dzisiaj w sposób wiarygodny głosić Ewangelię? Nie chcę pokazywać Kościoła oblężonego, ale jest trochę tak, że kiedy się czyta wiadomości o Kościele, to z reguły są negatywne. Słyszy się stereotyp: ksiądz-pedofil i mnóstwo innych złych rzeczy na nasz temat.
Marcin, jestem pod wrażeniem tego, co powiedział święty Franciszek: „zawsze głoście Ewangelię, a gdyby okazało się to konieczne, to także słowami”. To znaczy, że jeśli ktoś ma Ducha Świętego, ma ducha Chrystusa Zmartwychwstałego w sobie, to ma miłość. Nie mówię, że Go mam dzisiaj, bo są różne dni i różne zmagania, natomiast kiedy czuję, że mam tego Ducha, to jestem znakiem sprzeciwu, ale też znakiem nadziei dla wielu z mojego otoczenia. I wówczas nie trzeba nic mówić. Wystarczy mieć siódemkę dzieci, ósemkę wnuków, być zadowolonym mimo różnych trudności, długów i zmagań z pracą, ze zdrowiem, z wszystkim. Można być człowiekiem nadziei i to powoduje, że wielu ludzi w trudnych momentach dzwoni i prosi o wsparcie. Nie tylko chodzi o wsparcie modlitewne, ale też takie ludzkie: żeby z nim być i powiedzieć mu, co ma sens. Zatem głosić Dobrą Nowinę to po prostu żyć po Bożemu, nie moralizować, nie kazać, nie zmuszać. Jeśli jest Duch Święty, to on działa. Nasze słowa niewiele znaczą. Świat potrzebuje dzisiaj raczej świadków niż tych, którzy głoszą rekolekcje. Dziś są cholernie modne takie spędy na kilka tysięcy ludzi, gdzie się głosi rekolekcje. Myślę jednak, że potrzeba też takich świadków: w pracy, w szkole, na ulicy, na przystanku tramwajowym. Takich bez słów.

Zobacz także
Wasze komentarze