fot. archiwum prywatne Mariana

Marian Drożdż: dotknął mnie jak Szawła. Konkretnie i z miłosierdziem [ROZMOWA]

Dwa lata temu Marian Drożdż zatrzymał się w pół drogi — między ambicją a pustką, między siłą ciała a bezradnością ducha. Dziś mówi, że spotkanie z Bogiem, który „dotknął go jak Szawła”, nauczyło go łączyć troskę o formę fizyczną z pracą nad wiarą i wewnętrznym uporządkowaniem. 

Marian Drożdż to trener online i twórca kontentu fitness i lifestyle, aktywny w mediach społecznościowych, przede wszystkim na Instagramie – jako @marian_drozdz. Na swoim profilu łączy treningi, motywację i wartości chrześcijańskie, przyciągając wielu obserwujących. Na profilu pokazuje zarówno ćwiczenia, jak i refleksje o wierze oraz życiu, budując społeczność zainteresowaną troską i o ciało, i o ducha. 

Robert Grabka OMI: Czy pamiętasz dzień — albo choćby sytuację — kiedy poczułeś, że Bóg wchodzi w Twoje życie bardziej zdecydowanie, niż się spodziewałeś? 

Marian Drożdż: – Było to około dwa lata temu, kiedy wydawało mi się, że wszystko się skończyło. Moja depresja trwała bardzo długo, byłem zmęczony życiem i nałożyło się na to rozstanie, utrata pracy i poczucie, że to wszystko nie ma sensu. Chciałem uciec od wszystkiego, od ludzi, od obowiązków, po prostu zrezygnować już z życia. Ten czas był bardzo trudny. Myśli samobójcze pojawiały się coraz bardziej natrętnie – co kilka minut, bez końca. I gdy byłem już w punkcie, w którym naprawdę nie widziałem wyjścia, wydarzyło się coś, co dziś uważam za Jego interwencję. Mieszkałem wtedy u siostry, która jest osobą bardzo wierzącą. Ona modliła się za mnie, a kiedy widziała, że nie mam już żadnej siły, zaproponowała wspólną modlitwę. Nie miałem już nic do stracenia, więc się zgodziłem. I krok po kroku coś zaczęło się zmieniać. Siostra zaprosiła mnie później do swojej Wspólnoty Syjon, a tam podczas uwielbienia pojawiły się prorocze słowa. Ktoś tamtego dnia powiedział, że widzi mężczyznę z myślami rezygnacyjnymi, nad którym anioł przecina węzeł. Wypowiedziano to na scenie. W tamtej chwili płakałem, bo wiedziałem, że Bóg mnie dotknął. Że coś się przerwało. Myśli, które wcześniej wracały jak echo, nagle zniknęły. A po tym zaczęło się odbudowywanie wszystkiego – mojego życia, mojego poczucia wartości, mojego biznesu i relacji. Dziś, kiedy piszę te słowa, jestem na Bali. Pracuję jako trener online z drugiego końca świata. Mam własną działalność, pojawiło się światło, którego wcześniej nie widziałem. Największym darem tego doświadczenia nie był sam fakt zmiany, ale to, co zrozumiałem: że Bóg zawsze był. Nawet w ciszy. Że nie opuścił mnie wtedy, kiedy ja Go już nie widziałem. Że moja walka o to, czy On istnieje, czy nie – zakończyła się, bo sam przyszedł i pozwolił mi zobaczyć. Bóg mnie dotknął trochę jak Szawła, konkretnie i surowo, ale z miłosierdziem, bo moje życie wcześniej było dalekie od ideału. I za to jestem Mu wdzięczny. 

Czy był taki okres, kiedy do Kościoła było Ci dalej niż bliżej? Co wtedy bolało najbardziej? 

– Wychowałem się w rodzinie katolickiej, więc obecność wiary była czymś naturalnym, ale gdy wszedłem w dorosłe życie, równolegle zaczęły się moje problemy, zagubienie, poczucie braku sensu. I z czasem zaczęło się to odbijać również na mojej relacji z Kościołem. Uznałem wtedy, że Bóg nie może być dobry, skoro pozwala, żebym tak cierpiał. W mojej głowie narastało przekonanie, że On mnie nie kocha, że jest obojętny, a może nawet nie istnieje. Chodziłem do kościoła i nic nie czułem. Wszystko wydawało mi się puste, nudne i zupełnie nieadekwatne do mojej rzeczywistości. Więc zacząłem się odsuwać. Najbardziej bolało to, że oddaliłem się także od ludzi, którzy byli mi bliscy – od mamy, siostry i brata. Oni wierzyli, modlili się, opierali życie o coś, czego ja nie byłem w stanie ani przyjąć, ani zrozumieć. Męczyło mnie ich świadectwo, rozmowy, ich wiara. A jednocześnie bolało mnie to, że ja sam nie potrafiłem tak żyć. Chciałem mieć to co oni: pokój, uporządkowanie, pewność, ale nie umiałem zrobić tego kroku. Rana, którą nosiłem w sercu, była wtedy silniejsza niż jakiekolwiek pragnienie powrotu. Dodatkowo wchodziłem w myślenie naukowe: ewolucja, biologia, mechanizmy świata i wydawało mi się, że to stoi w sprzeczności z tym, w co wierzy mój dom. Bóg wydawał mi się kimś surowym, zimnym, dalekim – na pewno nie Ojcem, o którym mówi chrześcijaństwo. Patrząc wstecz, widzę, że wtedy bardziej walczyłem z własnym bólem niż z Bogiem czy Kościołem. Oddaliłem się, bo trudno było wierzyć, że Bóg jest dobry, kiedy nic dobrego nie czułem w swoim życiu. I chyba to bolało najbardziej – nie to, że nie wierzyłem, ale to, że bardzo chciałem wierzyć, a nie potrafiłem. 

ig: marian_drozdz

Czy zdarzyło Ci się takie „zderzenie z Ewangelią”, które kompletnie przewartościowało kierunek, w jakim szedłeś? 

– Nie było jednego konkretnego wydarzenia, które przewróciło moje życie do góry nogami, ale był moment, w którym zacząłem widzieć Ewangelię jako coś prawdziwego, konkretnego i realnego. Zobaczyłem, że to, co jest w niej napisane, dotyka ludzi także dziś, i że zasady w niej zapisane wchodzą w życie i pokazują, jak działa świat duchowy. Najbardziej przemówiło do mnie to, że Bóg wychodzi do człowieka dokładnie tak, jak Jezus opisał w przypowieści o synu marnotrawnym. Wystarczy minimalny krok, minimalne otwarcie serca, a On odpowiada. To zdanie z Izajasza o nadłamanej trzcinie czy tlejącym się knotku przestało być dla mnie jedynie metaforą. Przyszedł do mnie, kiedy byłem na dnie, i nie tylko mnie podniósł, ale pokazał, że cała walka miała sens. Jednocześnie zobaczyłem też inną prawdę: że Bóg nie jest jedynie Tym, który pociesza i tuli, ale również Tym, który oczyszcza. I to nieraz boli. Biblia pokazuje przecież ludzi w piecu próby, w lochu, w kryzysie, i to nie przypadkiem. Bóg nie usuwa od razu przeciwności, ale sprawdza, dokąd idzie nasze serce. Sprawdza, czy chcemy Jego, czy tylko Jego darów. Ewangelia zaczęła dla mnie być prawdą w momencie, gdy zobaczyłem, że jeśli trzymam się Boga, nawet stojąc w obliczu problemów, fale mnie nie zatapiają. Bóg nie obiecał, że burzy nie będzie, ale obiecał, że można po tej wodzie przejść. I to widzę w swoim życiu bardzo realnie: świat nadal ma swoje prawa, sytuacje są trudne, ale jeśli patrzę na Niego, to nie tonę. To mnie „przewartościowało”. Nie jeden moment, ale proces odkrywania, że to, co Jezus powiedział, nie było poetyckim obrazem, ale opisem rzeczywistości duchowej. I kiedy człowiek zaczyna pod tym kątem czytać Ewangelię, zaczyna widzieć prawdę o sobie, o Bogu, i o życiu, które nie jest wolne od prób, ale jest prowadzone Jego wolą. 

>>> Maja Sowińska: Ale wiesz, że Kościół to Ty i ja? [ROZMOWA] 

Czy w świecie fitnessu wiara jest atutem, czy raczej czymś, co trzeba umieć „udźwignąć”? 

– Z mojej perspektywy wiara w świecie fitnessu jest ogromnym atutem. Na początku miałem obawę, jak zostanie przyjęte połączenie treningów, dbania o sylwetkę i równoczesnego propagowania wartości religijnych. Wydawało się to ryzykowne, inne, idące trochę pod prąd. Okazało się jednak, że ta nowość stała się moją siłą. Zrodziło to zaciekawienie, przyciągnęło ludzi, a skrajnie negatywne reakcje były naprawdę marginalne. Zauważyłem, że społeczność katolicka jest duża, widoczna i również bardzo obecna w świecie aktywności fizycznej. I co ważne, oczekuje treści, które nie tylko motywują do pracy nad ciałem, ale również dotykają kwestii duchowych. Właśnie to kompletne podejście, troska o ciało i troska o duszę, okazało się czymś wyjątkowym. 

IG: marian_drozdz

W Polsce mamy wciąż duży wstyd i opór przed przyznawaniem się do wiary. Często jest ona stygmatyzowana lub traktowana jako element prywatny, który nie powinien pojawiać się w przestrzeni publicznej. Ja chcę to zmienić. Chcę pokazać, że to nie tylko nie przeszkadza – to buduje. Zagraniczni influencerzy robią to od dawna. Wielu z nich wprost pisze w swoim bio, że są uratowani przez Jezusa, określają siebie jako osoby wierzące, podkreślają duchowy fundament swojego życia. I nikt nie reaguje na to zdziwieniem. Ja również widzę, że można to połączyć. W moich materiałach zestawiam intensywne treningi z fragmentami Pisma Świętego, cytatami duchowymi i tym, co ma sens głębszy niż wygląd. I działa to świetnie, co widać po moich zasięgach i reakcjach. Dbanie tylko o ciało jest jednowymiarowe. Kiedy dbasz o ducha, charakter, o relację z Bogiem – dopiero wtedy budujesz coś trwałego. I wierzę, że to jest nowy kierunek, który warto proponować światu. 

Fot. Justyna Nowicka/misyjne.pl

W Twoim środowisku liczy się determinacja i siła. Czy był moment, w którym musiałeś przyznać przed Bogiem przyznać się do własnej słabości — i okazało się to błogosławieństwem? 

– Wcześniej trzymałem się swojej niezależności i przekonania, że poradzę sobie sam. Aż przyszedł moment, w którym musiałem przyznać, że nie daję już rady. Pamiętam, jak siostra zaproponowała modlitwę nade mną i wyjście na spotkanie Wspólnoty Syjon. Powiedziałem wtedy: „Tak, choć nie wierzę, choć nie czuję potrzeby, pójdę”. I to był moment oczyszczający. Kiedy człowiek przestaje udawać silnego i przyznaje: „Jestem słaby”, właśnie wtedy robi się przestrzeń dla Boga. On nie wchodzi tam, gdzie człowiek chce dominować. Wchodzi tam, gdzie człowiek się podda, otworzy, poprosi. Myślę, że modlitwy mojej rodziny też miały swój udział. Patrząc z perspektywy czasu – to był jeden z największych przełomów duchowych w moim życiu. To błogosławieństwo przyszło dokładnie wtedy, kiedy nie miałem już nic do udowodnienia. 

Sportsmenów wyróżnia dyscyplina. Jaką widzisz analogię między pracą nad mięśniami a pracą nad wiarą? 

– Dla mnie ta analogia jest niemal dosłowna. W sporcie nie ma drogi na skróty: nie działają pigułki, szybkie rozwiązania, zabiegi ani sztuczne metody. Sylwetka buduje się latami, przez setki treningów, wyrzeczenia, konsekwencję w jedzeniu, cierpliwość, wizję, nadzieję, która nie słabnie. Dokładnie tak samo działa wiara. Nie można pójść raz w miesiącu na siłownię i oczekiwać zmiany. Tak samo nie można odmówić jedną modlitwę i liczyć na głęboką relację z Bogiem. Duchowość rośnie wtedy, kiedy jest regularnie karmiona: modlitwą, słowem, sakramentem, skupieniem, pracą nad sercem, zmaganiem się z własnym chaosem. Wiara wymaga wysiłku. Wymaga konfrontacji ze sobą, to trud. Ale tak jak ciało wynagradza trening, tak Bóg wynagradza wierność. Biologia honoruje wysiłek: mięśnie rosną, sylwetka się zmienia. Duchowy świat działa identycznie: gdy Bóg widzi naszą pracę, pokorę, wytrwałość, On błogosławi. Ta relacja staje się coraz mocniejsza, dojrzalsza, piękniejsza. Dlatego uważam, że nie ma między tymi światami różnicy. Są oparte na tych samych prawach: pracy, konsekwencji i nagrodzie, która przychodzi do wytrwałych. 

Ciało jest „świątynią Ducha Świętego” — to cytat, który w świecie fitnessu łatwo spłycić. Jak Ty go rozumiesz, kiedy schodzi się z teorii na konkretny, codzienny wysiłek? 

– Uważam, że dbanie o zdrowie, sprawność i wygląd nie jest tylko decyzją estetyczną, ale wręcz obowiązkiem chrześcijańskim. Skoro Bóg nam to ciało powierzył, mamy je doprowadzić do takiego stanu, w którym będzie nam dobrze służyć: do pracy, do relacji, do służenia innym. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że istnieje też druga strona. Łatwo przesadzić. Można popaść w obsesję: w ortoreksję (niebezpieczna obsesje na punkcie zdrowego odżywiania – przyp. red.), ciągłe sprawdzanie sylwetki, chorobliwe kontrolowanie jedzenia, nieumiejętność dopuszczenia odstępstwa. I to dzieje się dokładnie wtedy, kiedy ciało staje się celem samym w sobie, kiedy stawiamy je na piedestale i robimy z niego bożka, który zaczyna rządzić naszym życiem. Dbanie o zdrowie ma sens tylko wtedy, gdy stoi na swoim właściwym miejscu. Jak więc to robić dobrze? Wystarczy wykonywać to, co naprawdę służy ciału: trenować, odżywiać się mądrze, odpoczywać, dbać o regenerację, ale bez chorobliwej kontroli, bez lęku, bez perfekcjonizmu. A jednocześnie można zrobić coś jeszcze piękniejszego – zaprosić Boga do tego procesu. Być świadomym tego, jakim błogosławieństwem jest możliwość ruchu. Można dziękować za zdrowie, za sprawność, za jedzenie, za czas, który mamy. Uświadamiać sobie, że przecież wielu ludzi tego nie ma. Wtedy troska o ciało nie jest egoizmem, ale wdzięcznością. Nie jest kultem formy, ale chwałą dla Stwórcy. Jeżeli robimy to w takiej perspektywie, Bóg błogosławi ten wysiłek. A nasze dbanie o ciało przestaje być czymś, co odbiera nam pokój, i staje się drogą, która faktycznie prowadzi do dobra. Tak właśnie widzę jedność troski o zdrowie, troski o ducha i oddania tego wszystkiego Bogu. 

>>> Monika Kubiaczyk: gdy traciłam nadzieję, miłość mnie dopadła [ROZMOWA]

W mediach rządzi efektywność. Jak pokazujesz wiarę, żeby nie brzmiało to jak kazanie, a jednak budziło ciekawość? 

– W świecie, w którym rządzi efektywność, autorytet rodzi się nie tylko z tego, co się mówi, ale przede wszystkim z tego, kim się jest. I widzę, że samo połączenie wypracowanej sylwetki z mówieniem o wierze budzi ciekawość. Ludzie często piszą, że „duży chłop głoszący słowo Boże” jest dla nich czymś zaskakującym i świeżym. I to mnie bardzo cieszy, bo okazuje się, że lata ciężkiej pracy nad ciałem, nawet wtedy, gdy nie było tam jeszcze Boga, dziś stają się narzędziem, które otwiera ludzi na wiarę. Pokazuje to, że katolik nie musi być kojarzony z czymś cichym, nijakim czy słabym. Wręcz przeciwnie, wiara potrafi być siłą. Sylwetka jest tylko dodatkiem. Największą wartością jest ta wewnętrzna przemiana. Żeby ten przekaz dotarł, dbam również o formę: dobre światło, ciekawy kadr, mocne pierwsze sekundy, bo ludzie muszą zostać przy ekranie, żeby usłyszeć sens. Wtedy mogę łączyć trening z cytatem, świadectwem czy krótkim przemyśleniem. I działa. Staram się mówić do ludzi bezpośrednio, ale również w sposób taki, żeby nie czuli się oceniani za swój grzech, sam przecież taki byłem, a zmotywowani do zmiany. 

Co mówią Ci młodzi, którzy trafiają na Twój profil? Zdarza się, że to ich pierwszy kontakt z treściami o Bogu od lat? 

– Widzę też, że dużo osób ma dosyć lat promowania postaw i treści, które były przeciwne ich naturze i godności. Ludzie szukają czegoś prawdziwego, konkretnego, stabilnego. Coraz częściej pada zdanie: „Zmęczyło mnie to wszystko”. Często dostaję wiadomości w stylu: „Po kilkunastu latach zacząłem się znowu modlić”. Albo: „Zastanawiam się, żeby wrócić do Kościoła”. To są dla mnie największe owoce. Wierzę, że chrześcijaństwo jest najzdrowszym kompasem życia. Stoicyzm jest wartościowy, ale tutaj mamy jeszcze głębiej, mamy relację z Bogiem, przebaczenie, łaskę i sens cierpienia. Gdy człowiek tego dotknie, to nie szuka więcej półśrodków. Dlatego nie wygłaszam kazań. Po prostu mówię prawdę o życiu, o swojej historii, o wartościach i to samo zaczyna ludzi prowadzić. Bo autentyczność zawsze dociera najdalej. Zauważyłem, że szczególnie młodzi ludzie, ale nie tylko oni, kiedy trafiają na mój profil, zostawiają komentarze czy piszą prywatne wiadomości pełne wdzięczności. Piszą, że to, co robię, daje im siłę, motywuje, podnosi na duchu. Dziękują za to, że pokazuję inną perspektywę, że przypominam o wartościach, o sensie, o nadziei. I to jest dla mnie największa nagroda. Kiedy czytam wiadomość od kogoś, kto mówi, że wrócił do modlitwy, że spojrzał inaczej na swoje problemy, że dał sobie jeszcze jedną szansę, albo po prostu, że poczuł, że życie może być piękne, to wiem, że warto to robić dalej. Jeśli ktoś dzięki jednemu filmowi albo jednej rozmowie porzucił myśl o rezygnacji z życia, jeśli komuś wróciło światło w oczy – to jest dla mnie wynagrodzenie większe niż cokolwiek materialnego. Kiedy słyszę, że jestem inspiracją, że komuś pomogłem zmienić kierunek, podnieść się, zacząć od nowa – to właśnie daje mi siłę, by iść dalej w tym kierunku. Bo wiem, że to ma realną wartość. 

IG: marian_drozdz

Czy Kościół stał się dla Ciebie miejscem wewnętrznego zakorzenienia, czy raczej procesem nieustannego „zadomawiania się”, które nigdy nie jest zakończone? 

– Ten proces zakorzeniania trwa we mnie cały czas, ale mogę powiedzieć, że dziś czuję się w Kościele zupełnie inaczej niż kiedyś. Wcześniej było to bardziej nieświadome. Chodziłem, bo tak wypadało, bo trzeba. Teraz to jest mój wybór. Jeśli chcę iść, to idę, i robię to świadomie. Kościół stał się dla mnie czymś w rodzaju stałego rytuału. To moment w tygodniu, w którym się zatrzymuję, wyciszam, mam czas, żeby pobyć ze sobą, z Bogiem. Czuję tam wspólnotę, słucham kazania z większą uwagą, bo wiem, że często jest tam coś dla mnie. Wierzę też, że Eucharystia jest realnym spotkaniem z Bogiem. Spotkaniem, które dotyka nie tylko duszy, ale i ciała. To jest miejsce, w którym mogę przewartościować swoje życie na nowo, podejść jeszcze raz do moich słabości i grzechów, zacząć od początku, jeśli trzeba. Ale Kościół karmi mnie też na poziomie estetycznym – muzyką, architekturą, przestrzenią. Te wnętrza często są jak galerie sztuki, które mają swoją historię, swoją głębię. I ja to teraz potrafię docenić. Dlatego czuję, że im dalej w to idę, tym bardziej jest to mój dom. Jakbym wprowadził się gdzieś na stałe i z czasem coraz lepiej widział wartość tego miejsca. Coś, co kiedyś było obowiązkiem, dziś jest naturalną potrzebą. 

„Zadomowić się w Kościele” — gdzie Ty sam znajdujesz swoje miejsce: parafia, wspólnota, adoracja, a może ludzie spotykani w pracy?   

– Jeśli chodzi o miejsce, w którym sam znajduję przestrzeń duchowego wzrostu, to nie ograniczam tego tylko do niedzielnej mszy świętej, choć ona jest fundamentem. Bardzo ważnym punktem w moim tygodniu jest adoracja. To dla mnie moment oddechu, przestrzeń, w której mogę się zatrzymać, odpocząć, poradzić sobie z trudnymi emocjami czy kryzysami. Czasami wystarczy po prostu usiąść przed Najświętszym Sakramentem, pomilczeć i poukładać na nowo swoje wnętrze. 

Kiedy jestem w Warszawie, bardzo mocno porusza mnie Wspólnota Syjon w kościele na Nowowiejskiej. To miejsce pełne życia, uwielbienia, muzyki, modlitwy, świadectw ludzi, którzy realnie szukają Boga. Ta forma jest dynamiczna, otwarta, prawdziwa. Czuję się tam jak w przestrzeni, która daje nadzieję, wzmacnia i inspiruje. Planuję coraz aktywniej korzystać z takich inicjatyw warsztatów, kursów, rekolekcji, bo widzę, jak bardzo rozwija to serce i wiarę. Aktywny udział w żywej wspólnocie naprawdę zmienia człowieka. 

>>> Tośka Szewczyk: Kościół to mój dom. Nikt mnie z tego domu nie wyrzuci [ROZMOWA]

Powszechnie widzimy Cię jako silnego. A jaka jest ta siła, którą chciałbyś zachować, gdyby wszystkie inne — fizyczna, medialna, zawodowa — kiedyś osłabły? 

– Siłę duchową. Chciałbym pozostać człowiekiem, który ma swój etos moralny, potrafi pomóc drugiemu, nie przesuwa granic swojej uczciwości tylko dlatego, że coś jest wygodniejsze. Chciałbym nie tracić wewnętrznego światła nawet wtedy, kiedy życie staje się nieprzewidywalne. Chciałbym umieć powiedzieć sobie: „Jestem kochany przez Boga. Jestem Jego synem”. Nawet w słabości, nawet gdy coś pęknie, nawet kiedy nie ma sukcesów, liczb, pochwał czy adrenaliny życia codziennego. Chciałbym patrzeć na siebie oczami Chrystusa – z godnością, z miłością, bez pogardy, bez rozpaczania. To jest siła, którą chcę zachować do końca. 

ig: marian_drozdz

Jakie jest pytanie, które sam chciałbyś zadać Kościołowi  jako człowiek zaangażowany, ale wciąż w drodze? 

– Mamy narzędzia, mamy potencjał, mamy misję, a czasami odnoszę wrażenie, że brakuje odwagi, determinacji i spójności. Widzę, że Kościół posiada Ewangelię, najlepszą możliwą „ofertę” dla człowieka, słowa życia, prawdę, sakramenty, wspólnotę, a jednocześnie często ucieka przed krytyką, wycofuje się, zamiast odważnie działać. To mnie smuci. Widzę przestrzenie, w których Kościół mógłby o wiele mocniej walczyć o człowieka: społecznie, medialnie, duchowo. Ja na swoim poziomie robię, co mogę. Mówię o Bogu, o Kościele, o wierze otwarcie, szczerze, bez wstydu. Chciałbym, żeby więcej ludzi robiło to samo, a instytucja Kościoła podejmowała inicjatywy, które naprawdę wychodzą do człowieka, a nie milkną wtedy, kiedy trzeba zabrać głos. Bo wierzę, że Kościół ma realny potencjał zmiany życia i zmiany świata. Trzeba tylko przestać się bać i zacząć działać z odwagą, która jest wpisana w Ewangelię, bo „nie po to jest światło, żeby pod korcem stało”.  

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze