Fot. arch. o. Mariusz Kasperski OMI
Mariusz Kasperski OMI: czułem ciężar nie do uniesienia [ROZMOWA]
Cyklon Gezani o sile wiatru dochodzącej do 260 km/h zniszczył niemal całe miasto Tomasina na Madagaskarze. O tym, jak żyją mieszkańcy miesiąc po cyklonie o. Mariusz Kasperski OMI opowiada Mikołajowi Lisiakowi.
Mikołaj Lisiak (misyjne.pl): Czym był cyklon Gezani i jaka jest skala jego zniszczeń?
Ojciec Mariusz Kasperski OMI: – Cyklon to jest zjawisko natury, które każdego roku dotyka Madagaskar. Wiry, które tworzą się na Oceanie Indyjskim, kierują się w stronę wysp. Najgroźniejsze jest oko cyklonu, które jest jego centrum. Ja jestem na Madagaskarze od 31 lat i przeżyłem już wiele różnych cyklonów. Ostatni, cyklon Gezani, najbardziej zniszczył miejsce, w którym pracuję, w którym żyję. Prędkość wiatru dochodziła do 260 km/h.
>>> Madagaskar: mija miesiąc od uderzenia cyklonu Gezani

Czy mieszkańcy mają czas, żeby przygotować się na nadejście cyklonu?
– Cyklony są zapowiadane, ogłaszane są także alarmy. Tylko że od wielu lat nasze miasto było oszczędzone przez cyklony. Wchodziły one na ląd bardziej na północ czy na południe od Toamasiny. Nie spodziewaliśmy się, że oko cyklonu będzie u nas.
Kilka dni przed 10 lutego były zapowiedzi. My, jak to się zwykle robi, wkładaliśmy worki z piaskiem na rogi dachów. 10 lutego po porannej mszy świętej ludzie przyszli zapytać się, czy mogą na czas przejścia cyklonu schronić się w sali parafialnej i w szkole. Odpowiedziałem, że oczywiście.
Wszystko zaczęło się około 15.30. Wiatr wiał coraz silniej. Płoty zaczęły się przewracać, gałęzie zaczęły się łamać. Później zerwały się panele słoneczne z dachu. Nie mieliśmy już prądu. A później wszystko zaczęło lecieć. Trwało to do północy.

Ten cyklon dotknął Was wyjątkowo mocno.
– Straty były ogromne. Praktycznie 95% miasta zostało zniszczone. Gdy wejdzie się na naszą dwupiętrową szkołę i spojrzy się na miasto, to chce się płakać. Teren wygląda jak po wybuchu bomby atomowej. Widać kikuty drzew. Na niektórych drzewach nadal wiszą blachy. Słupy elektryczne są przewrócone. Nie widać drewnianych zabudowań. U nas większość domów jest właśnie z drewna. To wszystko padło.
W dzielnicy poza miastem murowane domy stoją, ale i one w jakiejś części zostały uszkodzone – szczególnie dachy. Są pokryte blachą falistą i nie są zbyt dobrze przymocowane.
Cyklon Gezani zabił 59 osób. Najtragiczniejszy wypadek to śmierć kilku osób, które schroniły się w kontenerze – takim, w którym przewozi się towar na statkach. Kontener został porwany i utopiło się ponad 10 osób. W naszej parafii następnego dnia po cyklonie mieliśmy pogrzeb dziesięcioletniej dziewczynki, na którą przewrócił się mur.

Jak mieszkańcy radzą sobie po tej tragedii?
– Bogu dzięki, że po cyklonie nie padał deszcz. Świeciło słońce. 11 lutego od rana zaczęliśmy pracować. Oczyszczaliśmy przede wszystkim drogi, żeby były przejezdne. Usuwaliśmy gałęzie, przewrócone drzewa. Staraliśmy się też odzyskać cenne przedmioty z domów.
Ludzie zaczęli prostować blachy i z tego, co mieli, zaczęli robić nowe, mniejsze domy, czasem jeden pokój, żeby po prostu mieć dach nad głową. Niestety, te podziurawione blachy przeciekają.
Desek przez tydzień po cyklonie nie dało się kupić. Wszystko podrożało. Ludzie wykorzystują więc to, co mają. Całe nieszczęście jest też w tym, że nawet jak jest cyklon, to grasują złodzieje, którzy po prostu kradną to, co się da, żeby coś na tym zarobić.
Po cyklonie aż do dzisiaj słychać cały czas młotki, ludzi którzy przybijają blachy, a także je prostują.
>>> O. Maciej Jaworski OCD: poznałem ludzi, którzy żyli razem z męczennikami [ROZMOWA]

A pomoc państwa?
– Ze strony państwa, które otrzymuje duże środki finansowe na pomoc po cyklonie od innych organizacji międzynarodowych, w naszej dzielnicy ludzie dostali do tej pory, miesiąc po cyklonie, na jedną rodzinę cztery kilogramy ryżu. I trzeba było na nie czekać od rana do wieczora.
To jest po prostu tragedia dla tych ludzi, którzy nie mają możliwości zarobienia większej ilości pieniędzy, żeby odbudować jakoś swój dom. Są jakieś obietnice finansowe, niewielkie, ale na razie to w praktyce do nas tutaj jeszcze nie dotarło.
Czyli miesiąc po katastrofie życie mieszkańców wciąż nie wróciło do normalności?
– Jest dramatycznie, tym bardziej, że teraz przez cztery dni padały tropikalne deszcze, szczególnie w nocy. Ludzie w nocy nie śpią, bo wszędzie kapie woda. To taka smutna rzeczywistość.
Jeśli chodzi o parafię, to od 16 lutego parafia jest podzielona na trzy dzielnice pod wezwaniem: św. s. Faustyny, św. Benedykta i św. Jana Pawła II. Każda dzielnica pracowała przy odbudowie – 1, 2 dni w tygodniu. Przychodziło po 150 osób. Dawaliśmy im obiad. Ta praca trwa do dzisiaj. Każdego dnia coś się dzieje.
Chcę powiedzieć, że dla wiernych z parafii mieliśmy dwa razy podział żywności. Zaraz po cyklonie oblaci z Madagaskaru dostarczyli mi pomoc finansową od mojej rodziny i przyjaciół. To było po 10 kg ryżu, 1 kg fasoli i butelce oleju.

Później mieliśmy większą pomoc finansową ze Szwajcarii. Była to ta sama ilość jedzenia, a do tego miska, wiadro i mydła. Wiemy, że na naszą rzecz działają też oblaci z Polski ze swoimi współpracownikami, a także nasi współbracia z Kanady.
Czuję dzięki tej pomocy trochę ulgi. Gdy patrzyłem na to wszystko po cyklonie, to czułem ciężar nie do uniesienia – duchowy, fizyczny i psychiczny. A teraz, miesiąc po cyklonie, mamy nowy etap rozwoju parafii.
Pomaga nam to, że nie jesteśmy sami. Zawsze czujemy wyciągniętą ku nam pomocną rękę – od oblatów, rodzin, przyjaciół, organizacji. Odbudowujemy się z tych gruzów po cyklonie.

A jak wygląda to wsparcie od strony duchowej? Co tak naprawdę daje ludziom nadzieję po tak wielkiej tragedii?
– 11 lutego, gdy po cyklonie zaczęło świtać, poszedłem do kościoła. I stwierdziłem, że mszy już nie da rady się odprawić. To był taki dzień przerwy bez mszy w parafii.
Razem z wikarym odprawiliśmy mszę w kaplicy w domu, z którego też zresztą pół dachu zostało wyrwane. Do kościoła zniszczonego przez cyklon nie wróciliśmy. To, co się dało, wynieśliśmy do sali parafialnej. I nasza sala parafialna stała się miejscem modlitwy.

W pierwszą niedzielę po cyklonie dorosłych na liturgii było wielu, dzieci mało.
Zauważyliśmy też, że po tych dwóch akcjach rozdawania żywności jest więcej ludzi w kościele. Może przychodzą, bo mają nadzieję, że coś jeszcze będzie. A może to jest też jakieś takie odetchnięcie się, przebudzenie duchowe?
Do parafii zapisanych jest ok. 350 rodzin. A teraz w kościele, w tej sali parafialnej widzimy więcej ludzi. Czy ci ludzie jakoś stracili nadzieję? Wydaje mi się, że nie. Oni nigdy nie mogli liczyć na swoje państwo.
Na szczęście katecheza, modlitwa codzienna, msza nie zostały zakłócone. Czy one dają ludziom siłę? Myślę, że każdy miewa chwile zwątpienia. Ale też każdy może zwrócić się do Jezusa Miłosiernego i powiedzieć: „Jezu, ufam Tobie”.
Czyli z jednej strony ludzie starają się uratować część swojego dobytku, a z drugiej strony żyją już normalnym życiem?
– Tak. Był u nas przez dwa dni ojciec Alphonse Superior Delegatury. Miał spotkanie z komitetem parafii. Mówił, że to jest taka próba wiary. Zachęcał do wytrwania, do gorliwości w modlitwie. Bo to jest siła naszego wytrwania.
My powtarzamy to ludziom w niedzielę. Zachęcamy także do tego, aby angażować się w odbudowę parafii. W realizację programów duszpasterskich, które mieliśmy, żeby nie rezygnować z nich, tłumacząc się cyklonem.
Dzieciom w szkole dajemy teraz jeden posiłek więcej. To dzięki programowi Misja Szkoła. Część pieniędzy możemy przeznaczyć na opłacenie posiłku, żeby ulżyć trochę rodzicom, a także żeby dzieci poczuły miłość z naszej strony.
Chcę także wspomnieć o naszej decyzji, że po wymianie doświadczeń, patrząc w perspektywie przyszłości, stwierdziliśmy, że nie ma sensu odnawiać prowizorycznego kościoła. Jesteśmy w trakcie opracowywania planu i kosztorysu budowy nowego kościoła pod wezwaniem św. Eugeniusza de Mazenoda.

Ile czasu zajmie odbudowa miasta? Kiedy ludzie wrócą do normalności?
– Jeśli chodzi o parafię, która będzie miała wsparcie finansowe z zewnątrz, to myślę, że przez pół roku zdążymy odbudować budynki, płoty, bramy. Później budowa kościoła, która zajmie około roku, choć może się to wydłużyć – kosztorys, zaakceptowanie przez biskupa i władze zakonne.
Jeśli natomiast chodzi o miasto Tomasina, to odbudowa będzie trwała wiele lat, może i dziesiątki lat. Dlaczego tak myślę? Przyleciałem na Madagaskar w 1995 roku i rok wcześniej był też taki potężny cyklon. No i minęło 30 lat i dopiero teraz udało się niektóre drogi nad brzegiem oceanu odbudować, a niektóre budynki nie zostały odbudowane do dzisiaj. To jest perspektywa wielu, wielu lat.
Co dla Ojca jest najtrudniejsze w tym czasie?
– Żal mi jest ludzi, którzy nie otrzymują żadnej pomocy. Nie możemy im pomóc, dając pieniądze na budowę czy odbudowę domu. Po prostu pomagamy im, dając żywność, według naszych możliwości finansowych. A fundusze dostajemy od darczyńców.
Ważna jest solidarność ludzi, wzajemna pomoc. To odniesienie do Boga jest także bardzo istotne – żeby zrozumieć, że ten cyklon to nie jest koniec, że to po prostu jakiś punkt. Nie można tracić zaufania do Boga, nie można tracić wiary.
Chcę podziękować za wiele zapewnień o modlitwie, za wsparcie finansowe od osób, których nie znam. Tak jak powiedziałem – ciężar po cyklonie, który wydaje się nie do uniesienia, po kilku dniach ustaje, dlatego, że ktoś podaje rękę, że ktoś się modli, że ktoś wyśle małą sumę na zakup kilku desek. To jest jak słońce po długim deszczu. I za to wszystko bardzo dziękuję.





| Galeria (5 zdjęć) |
Bądź na bieżąco z Misyjne.pl!
Obserwuj misyjne.pl w Google News. Dodaj nas do ulubionych, aby nie przegapić najważniejszych treści z kraju i ze świata.
Wybrane dla Ciebie
Czytałeś? Wesprzyj nas!
Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!
| Zobacz także |
| Wasze komentarze |
Stanąć pod krzyżem Chrystusa. W oblackim sanktuarium jest to możliwe
Ojciec Gabriel Wójcicki OCD: najpierw karmimy się Bogiem, a potem niesiemy Go innym [ROZMOWA]
Nadzieja pośród ciemności. Święty Jan od Krzyża i sztuka oczyszczonej pamięci [ROZMOWA]






Wiadomości
Wideo
Modlitwy
Sklep
Kalendarz liturgiczny