Misje na Arktyce, fot. archiwum bp. W. Krótkiego OMI

Bp Krótki OMI: zanim zaczniesz posługiwać jako kapłan, poznaj ludzi [ROZMOWA]

Kanadyjczycy robią wszystko, żeby system szkół rezydencjalnych już się nigdy nie powtórzył – mówi w bp Anthony Wiesław Krótki OMI, ordynariuszem diecezji Churchill-Hudson Bay w Kanadzie. Polski misjonarz pracujący wśród Inuitów podkreśla, że trzeba znaleźć nowy sposób na przekazanie młodemu pokoleniu systemu wartości kultury, obyczajów, aby uchronić je przed upadkiem moralnym, duchowym, brakiem doświadczenia kulturowego.

Rozmowa z z bp. Anthonym Krótkim OMI, ordynariuszem diecezji Churchill-Hudson Bay w Kanadzie

Mija rok od momentu pojawienia się informacji o siłowych nawracaniach dzieci w szkołach rezydencjalnych, odrywaniu ich od rodzimej kultury, tradycji. Jak w tej chwili ten temat jest postrzegany w Kanadzie?

Bp Anthony Krótki OMI: Kanadyjczycy prawdopodobnie będą mieli zawsze jakiś znak zapytania i obiekcje co do systemu, który wówczas funkcjonował. Robi się wszystko, żeby taki system już się nigdy nie powtórzył. Dzisiaj wszyscy starają się, żeby dzieci poznały język ich dziadków. To daje im siłę, jeśli wiedzą, kim są, ważne jest więc, by umiały korzystać z języka przodków. I chociaż poświęca się wiele uwagi, żeby nic złego z przeszłości nie powtórzyło się, to muszę powiedzieć, że Inuici i my mieszkający na dalekiej północy obserwujemy wielkie zmiany.

Młodzież i dzieci bardzo oddalają się od kultury rodzimej, od stylu wychowania, który funkcjonował 40 lat temu. Sami rodzice mówią mi, że to dobro, którego oni doświadczali może już nigdy nie wrócić. Nie można przekonać dzieci i młodzieży do dawnego stylu życia. Albo będziemy ciągle krytykować dawny system oświaty, albo znajdziemy dzisiaj sposób na przekazanie młodemu pokoleniu system wartości, kultury, obyczajów. Jego mentalność jest zupełnie inna. Mam nadzieję, że doświadczenie szkół rezydencjalnych nie powtórzy się nigdy więcej. Ale jak uchronić młodzież przed tym wszystkim co dzisiaj się dzieje, przed upadkiem moralnym, duchowym, brakiem doświadczenia kulturowego? To jest bardzo trudno wyzwanie.

Ksiądz Biskup był na przełomie marca i kwietnia z grupą Inuitów u papieża Franciszka.

Myślę, że nikt oprócz dwójki delegatów z naszej grupy inuickiej nie zdawało sobie sprawy z tego, jak będzie wyglądała ta pielgrzymka do Rzymu, jak będzie wyglądało spotkanie z papieżem, wreszcie – jak się do tego przygotować i kim jest w ogóle papież. Jechali z nadzieją. Wyrwać się z końca świata i pojechać do Europy, gdzie niby wszystko jest takie piękne i jeszcze można zobaczyć Watykan, o którym dużo się mówi i niekoniecznie pozytywnie, to jest coś. Zwiedziliśmy trochę Rzym. Wreszcie nadszedł dzień spotkania z Ojcem Świętym. Widać było, że emocje chwyciły wszystkich bez wyjątku. Grupa była bardzo zjednoczona. Mówię oczywiście o osobach, które znam.

>>> Bp Wiesław Krótki OMI, misjonarz w Arktyce: trwamy z Chrystusem i dla Chrystusa [ROZMOWA]

Jednak kiedy Ojciec Święty wszedł na spotkanie z nami, emocje pochłonęły wszystkich. Było wiele łez szczęścia. Są u papieża. To wszystko co się mówi o Kościele pozytywnie i negatywnie, te wszystkie głosy jakby zniknęły. Mamy okazję spotkać następcę Piotra. Później dowiedziałem się, że nasza grupa była bardzo pokorna. Oni nie szukali sporów, konfrontacji, żeby pokazać papieżowi swoje niezadowolenie. Oni chcieli go spotkać. Każdy miał pięć minut i mógł powiedzieć Ojcu Świętemu, jak wygląda jego życie, także i to duchowe. Każdy z delegatów był wysłuchany. Przeżycia, uczucia, doświadczenie szkół rezydencjalnych, oderwanie od rodzin, od bliskich, co się mogło dziać wtedy w tych szkołach – mówili o tym wszystkim. Większość naszych delegatów nie miała nic wspólnego ze szkołami rezydencjalnymi.

Niektórzy z uczestników pielgrzymki do Rzymu piszą do mnie co tydzień. Pytają o papieża, o to, jak on się czuje. Od spotkania w Watykanie stworzyła się osobista relacja. Oczywiście chcą pojechać na spotkanie z papieżem w Kanadzie. To jest dla nich bardzo ważne. Będziemy starali się zrobić wszystko, żeby im w tym pomóc.

Już za kilka dni papież przyleci, jeśli można tak powiedzieć, z rewizytą do Kanady.

Ojciec Święty na naszym spotkaniu pod koniec marca powiedział nam: nie przyjadę do was zimą, bo zimy trochę się boję, przyjadę do was latem. Ojciec Święty przyleci na daleką północ do stolicy naszego terytorium Nunawut: Iqaluit. Inuici chcą jechać. Mówią: zróbmy zbiórkę pieniędzy. Bardzo dużo ludzi chce polecieć do Iqaluit. Jest wśród nich wielu uczniów szkół rezydencjalnych, ale jest też spora grupa ludzi, którzy nie mieli z tym nic wspólnego. Niestety, w Iqaluit jest ograniczona liczba miejsc noclegowych. Uczniowie będą zebrani w jednym miejscu, żeby usłyszeć osobiście słowa papieża, żeby go zobaczyć. Cieszymy się, że Ojciec Święty przyjedzie!

Dlaczego 30 lat temu wyjechał Ksiądz na daleką północ?

To było moje marzenie od zawsze. Spotkałem jako młody chłopak księdza, który pracował wśród tubylców na zachodzie Kanady. Opowiadał mi, że na północ od jego misji mieszkają ludzie, którzy nazywają się Inuitami. Tam nie ma drzew, nie ma roślinności. Jest tylko śnieg i lód. To mnie bardzo poruszyło. Miałem wtedy 14 lat. Chciałem tam pojechać, bo to było najdalej i żeby warunki były ekstremalne. Zawsze lubiłem śnieg. Pochodzę z gór. Śniegu nigdy nie brakowało w moich rodzinnych stronach. Wszystkie książki Centkiewiczów znałem prawie na pamięć. „Inuk” czy „Na krańce świata” czytałem po kilka razy. Wszyscy w seminarium, w nowicjacie wiedzieli o tym. Kwestią było, czy się uda tam pojechać, czy dostanę pozwolenie ze strony mojego zgromadzenia. Duch Święty miał tu wiele do czynienia. Kiedy wyjechałem na daleką północ, byłem najszczęśliwszym człowiekiem. Na Alaskę i na Grenlandię nie było możliwości wyjazdu. W Kanadzie natomiast proszono wówczas o dwóch kapłanów…

Fot. archiwum bp. W. Krótkiego OMI

Na początku, oprócz języka, musiał się Ksiądz nauczyć takich wręcz podstawowych rzeczy, żeby przetrzymać noc gdzieś na pustkowiu w czasie burzy śniegowej, jak się zepsuje skuter…

Na szczęście przyjechałem do wspólnoty oblatów Maryi Niepokalanej, w której jeden z ojców miał bardzo duże doświadczenie w codziennym życiu na dalekiej północy. Pierwszego dnia powiedział mi tak: ja nauczę cię gramatyki, pomogę nauczyć ci się języka (był cudownym nauczycielem!), ale tradycji, kultury ode mnie się nie nauczysz. Żeby się tego nauczyć, musisz iść do ludzi. Musisz z nimi być. Najlepiej jakbyś pojechał i pomieszkał z nimi. Kapłaństwa nikt ci nie zabierze. Zanim zaczniesz posługiwać jako kapłan, poznaj ludzi. I pojechałem na trzy miesiące. Mieszkałem w wiosce z jedenastoma rodzinami. Mieszkaliśmy w namiotach. Oni żyli zupełnie w zgodzie z naturą. To było piękne doświadczenie. Spotykaliśmy się na modlitwie. Tam byli katolicy, anglikanie, protestanci. To było niesamowite. Patrzyłem w bezkres horyzontu. Nigdy człowiek nie zapomina, że jest księdzem i ludzie też to wiedzieli i rozumieli. On musi wiedzieć więcej, żeby być księdzem wśród nas – tak słyszałem. Wiedzieli, że nie jestem Kanadyjczykiem, że mówię w innym języku.

>>> Spotkania kultur. Katoliccy misjonarze i Ludność Rodzima w Kanadzie w historiografii XIX i XX w. [KSIĄŻKA]

Później się dowiedziałem, że ich zadaniem było mnie przerobić, nie forsować, ale żebym zmienił swoje podejście, swoją mentalność. Wszystko po to, żebym mógł zrozumieć tych ludzi, zaakceptować ich, pokochać ich, żeby oni zobaczyli we mnie kapłana, który będzie im służył, a nie kogoś, kto im będzie nakazywał robić jakieś rzeczy. Wtedy zrozumiałem, że potrzeba ich wiary musi wyjść od nich. Bo kim ja jestem? Ja przyjeżdżam jako turysta. Dzisiaj jestem, jutro może mnie nie być. Jestem zakonnikiem, zakon może mnie przenieść. Bardzo ważnym było dla mnie, żeby oni mnie zaakceptowali pośród siebie. Otworzyłem moje drzwi najszerzej, jak tylko to było możliwe i starałem się przyjąć wszystko. Cały czas byłem księdzem, ale moja obecność musiała nabrać wartości i akceptacji ze strony ludzi, żeby dobrze się z tym czuli, żeby byli bezpieczni. Ja nigdy nie będę wyglądał jak oni, nigdy nie będę Inukiem. Mogę się starać, ale żeby stać się częścią tamtej kultury, potrzebne jest zaufanie ludzi.

W tym przygotowaniu musiał Ksiądz pokonać bariery kulinarne, co czeka zresztą każdego misjonarza. Bo, jak Ksiądz powiedział, albo się będzie z tymi ludźmi żyło, albo trzeba by się stamtąd zabrać.

Muszę się przyznać, że jak byłem w seminarium, w nowicjacie, jak zauważyłem, że jest gdzieś gotowe, surowe mięso na kiełbasy, to go próbowałem. Chciałem zobaczyć, jak to jest, jak się je surowiznę. Chciałem pojechać na daleką północ, a tam tak jedli. Próbowałem wołowego, wieprzowego i w końcu masarz, który przyjeżdżał, powiedział mi: ja robię kiełbasy, ale nie jem jak ty. To niesprawdzone, to nie zbadane. Odpowiedziałem mu, że ludzie jedzą niebadane mięso i żyją. Myślę, że trochę kształtowałem sobie psychikę, żeby umieć przyjąć to, co będzie, to, co jest tam, a nie to, co my uważamy. To było moje przygotowanie do misji. Chciałem wiedzieć i doświadczyć, co ci ludzie przeżywają, zanim ich jeszcze mogłem spotkać. Śpią w igloo, mają psy…

Jadąc na daleką północ, byłem przygotowany, że może być inaczej. Wszystko zatem powinno być dobre, byleby być z tymi ludźmi, byleby być na tamtej ziemi. Jak przyjechałem okazało się, że wszyscy mają domy. Igloo robili tylko w czasie podróży. To nie było jakimś zaskoczeniem, nie było też żadnym rozczarowaniem. W pierwszym roku pobytu nauczyłem się robić igloo. Mnie to fascynowało. Igloo stało. Można było w nim spać. Ktoś by powiedział: w seminarium was nie przygotowali. Nieprawda! Surowe mięso, spanie zimą przy otwartym oknie w nowicjacie w Kodniu, spanie bez drzwi. Wiatr był cały czas, bo okno było otwarte. Rano śnieg na twarzy. Ktoś mógłby pomyśleć: ale ten Krótki jest głupi! Bo jak to inaczej nazwać? A dla mnie to było bardzo ważne. Doświadczenie tego, co nie było moje, było fantastycznym doświadczeniem. Myślę dzisiaj, że seminarium i nowicjat przygotowały mnie bardzo dobrze.

Musiał Ksiądz Biskup się z czymś zderzyć w eskimoskiej kuchni?

Jadło się właśnie surowe mięso. Tylko w niedzielę wieczorem po Mszy świętej mieliśmy wspólną kolację. Wtedy było jedzenie gotowane, mięsa różnego rodzaju i gatunku były wyciągane na żwirowy brzeg oceanu. Tam to było położone i każdy brał co chciał. Ich dieta składa się głównie z mięsa. Później zaczęli robić zakupy w sklepach, zaczęli też dostawać pieniądze. Nikt nigdy nie robił żadnych dyskusji w kwestii jedzenia. Każdy jadł, kiedy był głodny a nie kiedy był przygotowany posiłek. Nikt nie zapraszał, nikt nie gonił. Dla mnie to była fantastyczna wolność.

Wspólne jedzenie. Dominują ryby i mięso zwierząt żyjących w rejonie Arktyki. Fot. archiwum bp. W. Krótkiego OMI

Nie trzeba pytać, pukać, dzwonić, dadzą jeść albo może nie, a tam siadasz i jesz. Tam nie było żadnego zacofania. Oni żyją, szanując naturę. Latem łapali morsy i zakopywali je na brzegu w żwirze. Pozostawały tam przez wiele miesięcy. To mięso fermentowało, gniło, zupełnie zmieniało kolor. To jest ich przysmak. Miałem trudności, żeby to jeść na początku. Może nie tyle mój żołądek, ile moja głowa mnie hamowała przed tym mięsem. Niestety, nie było nic innego do jedzenia. Trzeba było opróżnić doły z mięsem sfermentowanym, żeby włożyć tam świeżo upolowane morsy. Nie było to łatwe.

Wraca Ksiądz skuterem śnieżnym po zamarzniętym oceanie. Skuter się psuje. Trzeba zostać na noc samemu na pustkowiu. Chyba strach towarzyszył Księdzu?

Powinien. Zawsze trzeba mieć świadomość, że coś może się wydarzyć. Morze jest daleko od wioski. Jeśli burza złapałaby mnie w podróży, byłoby niebezpiecznie. Staramy się dzisiaj nie popełniać takich błędów. Mamy lepsze możliwości. Wyjeżdżając z wioski zawsze mówimy, o której ruszamy w podróż i w jakim kierunku. W razie czego będą wiedzieć, gdzie nas szukać. Wyruszając w podróż musimy znać śnieg, orientować się w gwiazdach, znać kierunek jazdy. Zdarzyło mi się parę razy, że burza śniegowa zatrzymała mnie po drodze. Przeżyjesz albo nie, coś takiego miało miejsce w moim życiu na dalekiej północy. Mamy aniołów stróżów. Musimy się przygotować, nie możemy wszystkiego zwalać na nich. Trzeba być rozsądnym. Jak jest burza śniegowa, wieje silny wiatr i jest minus 40, minus 50 stopni, to nie ma żartów.

>>> Misje dla specjalistów [MISYJNE DROGI]

W czasie każdej mojej przygody w podróży, jakichś problemów, zawsze doświadczałem Bożej Opatrzności. To kwestia naszej wiary, czy poradzimy sobie z problemem, czy może wpadamy w panikę. Inuici od początku mi wbijali do głowy: cokolwiek ci się przydarzy nie wpadaj w panikę, bo się zgubisz. Będziesz jeździł w kółko i zgubisz swój ślad. Inuici nauczyli mnie, jak rozpoznawać śnieg, świeży śnieg na lodzie, na co wskazuje, jaki jest kierunek wiatru. Kiedy przytrafiały mi się takie problemy, to jeszcze nie miałem GPS-u. Teraz pewnie bez tego urządzenia bym nie ruszył w podróż.

Dla nas świat otaczający Inuitów może wydawać się surowy, brakuje zieleni, drzew, tylko śnieg, lód, skały. Ale oni widzą w tym piękno i bogactwo.

Jestem tego pewien. Istnieje między nami taka niesamowita różnica. Kiedy przychodzimy tam, mówimy „wow”. A oni od razu: co jest „wow”? Mój znajomy z dalekiej północy musiał polecieć do Edmonton na badania. Wysiadł z samolotu i zaraz poczuł wielki niepokój. Kiedy spotkaliśmy się ponownie, powiedział mi: podejdź do okna. Co widzisz? Nic nie widzę, odpowiedziałem. Chodzi ci o to, że ktoś jedzie skuterem? Że jacyś ludzie stoją tam dalej? Niedźwiedź? On mówi do mnie. Mam inne doświadczenie. Jak wyszedłem z lotniska w Edmonton, to nic nie widziałem.

bp Wiesław Krótki OMI, fot. Krzysztof Jamrozy OMI

A domy, a samochody, a ludzie? Nic nie widziałem. Jeden blok przysłaniał drugi blok. Nic nie widać. On w Edmonton czuł się zagubiony. I mówi do mnie: zobacz, tu widzisz wszystko, widzisz 10 km przed tobą. To jest różnica. Kultury są niesamowite, głębokie. Mają rację. W miastach widzimy mało. To jakby patrzeć na zabieganego człowieka, pełnego trosk i kłopotów. Dla niego prawdziwe człowieczeństwo nie będzie widzialne. Inuici z jednej strony boją się miasta, ale z drugiej zaś chcieliby uciec do czegoś co jest lepsze. Wielu z nich próbuje żyć w miastach Kanady na południu, ale to jest dla nich bardzo trudne, ponieważ tracą wolność, w której zostali wychowani.

Inuici stawiają coś w rodzaju pomników, które nazywają się inukshuk, które kształtem przypominają człowieka. Kiedy miejscowi uznali Księdza za ich człowieka? Odczuł to Ksiądz?

Przyznam, że zastanawiam się, czy kiedyś będę miał szansę stać się ich człowiekiem. Wiedzą, że jestem biały, że pochodzę z innego kontynentu. Ale myślę, że to prowadzi do głębszego szukania odpowiedzi na pytanie, kim jest człowiek. Czy staje się nim, bo tam się urodził? A może staje się człowiekiem ten, który żyje wartościami, które są obecne w tym miejscu? Dla nich wyzwaniem jest spojrzenie na drugiego człowieka od strony jego uczuć, jego przeżyć, jego wartości, a nie rozmyślanie tylko skąd on pochodzi i kim są jego rodzice. Mamy dużo mieszanych małżeństw, w których tylko jedno z rodziców jest Inuitem. Jak przyjmiemy dzieci z takich mieszanych małżeństw? Niestety są tendencje, żeby nie uważać takich dzieci za zupełnie nasze. To jest smutne i niebezpieczne. Jednak społeczność inuicka bardzo to przeżywa. Na południu Kanady, jak chcesz kogoś odwiedzić, musisz się umówić, musisz zapukać. Na północy nie umawiamy się. Idziemy odwiedzić.

Inukshuk jest z kamienia i jest czasami drogowskazem. Jest przekazaniem komuś wiadomości, że tutaj już ktoś był, że ktoś tutaj mieszkał. Może być znakiem, w którą stronę należy iść na ryby, na polowanie, gdzie ktoś z rodziny mógłby być pochowany. Teraz dowiedziałem się, że jeśli dobrze widać nogi inukshuka, to znaczy, że ktoś zmarł w tym miejscu. Przez wiele lat nie wiedziałem o tym. Dzisiaj nie odważyłbym się postawić takiego inukshuka. Wolałbym, żeby Inuici postawili taki znak, dlatego że ja jestem przechodniem na ich ziemi.

>>> Niedźwiedzie polarne za płotem. Jak wygląda życie biskupa w Arktyce? [GALERIA]

Moi znajomi Inuici umówili się ze mną, że pojedziemy razem na polowanie. Wyszło, że pojechali beze mnie. Po prostu pojechali kiedy mieli czas. U mnie w głowie było: to się umówimy, to mi powiedzcie, zadzwońcie, że już jedziecie. Chcesz jechać z nami, to bądź gotowy. Nie widziałem, jak wyjeżdżali. Po prostu pobiegli. Ja tego nie rozumiałem. Dołączyłem do nich. W drodze powrotnej około drugiej nad ranem widzę światła wioski. Brakowało około sześciu kilometrów. Jeden z przyjaciół mówi mi: teraz ty prowadzisz. Spotkaliśmy się na drugi dzień rano przy śniadaniu. Zapytałem: dlaczego kazałeś mi jechać jako pierwszy? Powiedziałem mu, że źle się z tym czułem. To było nieplanowane, nie byłem przygotowany do tego. O co wam chodziło?

Widzisz, jak my wyjeżdżaliśmy, to jechaliśmy do siebie, jechaliśmy tam skąd pochodzimy. Jeśli chcesz, wiesz gdzie nas znajdziesz. Ale wracaliśmy do tego, co ty biały nam przygotowałeś. Wyście nam zbudowali te domy. To wy nam powiedzieliście, co my mamy robić na takim osiedlu domków. Ty jechałeś do siebie. Muszę powiedzieć, że poczułem mocne ściśnięcie w sercu. Nie wiedziałem tego. Jak mogłem o tym nie pomyśleć? Wtedy dopiero zrozumiałem, co znaczy dla nich biały człowiek, który przyjechał na daleką północ. Wyście nas wpuścili do klatek – rozbrzmiewało mi ciągle w uszach. Powiedzieliście, że mamy tu być, że będzie policja. Narzuciliście nam sposób życia. Odebraliśmy im wolność życia. Jeśli rząd zaplanował osady, to może księża też mieli z tym coś wspólnego? Bo i rząd, i księża chcieli, żeby Inuici żyli razem. To doświadczenie było dla mnie bardzo mocne, bardzo wręcz drastyczne, ale niesamowicie ważne. Bardzo mnie ono zmieniło.

Czytałeś? Wesprzyj nas!

Działamy także dzięki Waszej pomocy. Wesprzyj działalność ewangelizacyjną naszej redakcji!

Zobacz także
Wasze komentarze