Igloo, norwergia

Fot. pixabay

Ewangelizacja na kole podbiegunowym [ROZMOWA]

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Praca na misjach do najłatwiejszych nie należy, szczególnie jeśli za oknem jest –60°C. O ewangelizacji Inuitów, o tym jak się śpi, gdy nie zachodzi słońce i o tym, dlaczego polowanie jest świetną metodą duszpasterską z misjonarzem koła podbiegunowego, o. Danielem Szwarcem OMI rozmawia Aleksander Barszczewski. 


Ojciec w krótkim rękawku, a mnie jest zimno. To przyzwyczajenie do niskich temperatur? 

Oj, tutaj rzeczywiście macie ciepło. (śmiech) Ale na biegunie też się zdarza. Latem może być nawet 20 stopni na plusie! Może trudno to sobie wyobrazić, ale jest kilka takich dni w roku, kiedy można wyjść na dwór w krótkim rękawku. Śniegu trzeba wtedy dobrze poszukać, ale zawsze trochę go zostaje. Większość topnieje jednak w czerwcu. 

Biegun odczarowany, nie można jeździć sankami? (śmiech) Czyli jednak jest tam jakieś lato. 

Jest, oczywiście. Zaczyna być ciepło już od połowy maja, jednak typowo letnim miesiącem jest lipiec. Rośnie wtedy trawa, pojawiają się kwiaty. Sierpień jest już chłodniejszy, zdarza się, że spadnie śnieg, trawa brązowieje i zaczyna zachodzić słońce. Od połowy maja przecież cały czas jest jasno, nie ma nocy. Dopiero we wrześniu temperatury spadają do około zera, a zimno robi się w październiku – temperatury utrzymują się w okolicach od –10 do –20°C. Zamarzają już jeziora, ocean również, choć trochę później. Słodka woda zamarza szybciej.  

Zawsze mnie zastanawiało, jak się śpi, gdy całą dobę jest jasno? 

Nie można wyglądać za okno. (śmiech) Śpimy po prostu według zegarka. Kiedy jest szkoła i ludzie pracują, to wszystko dzieje się o ustalonych porach. Jednak kiedy nie ma szkoły, jest wolne, to dzieciaki bawią się do upadłego i śpią, kiedy popadnie. Trzecia w „nocy”, a one wrzeszczą na podwórku – to nic dziwnego. Podobnie zresztą jest zimą, kiedy słońce nie wschodzi i ciągle jest ciemno. Przecież nie leży się cały dzień w łóżku. 

No dobrze, skoro zimno robi się w październiku, to boję się zapytać, jak jest w Boże Narodzenie.  

Wtedy rzeczywiście jest zimno. Najzimniejszymi miesiącami są styczeń i luty. Paradoksalnie, najzimniej jest wtedy, gdy zaczyna wracać słońce – temperatury utrzymują się wtedy w okolicach –40 stopni, zdarza się jednak, że sięgają i –60 stopni. Ważna jest wtedy przede wszystkim temperatura odczuwalna. Gdy jest –40° a nie ma wiatru, to nie jest tak źle, ale gdy powieje wiatr, to nawet przy –30° trudno jest żyć.  

Często wieje? 

Często. Zdarzają się również zamiecie śnieżne, trwające często po kilka dni – życie w wiosce wtedy praktycznie zamiera, bo każde wyjście na dwór jest niebezpieczne. Widoczność jest może na dwa, trzy metry, nic nie działa. Do połowy marca potrafi być –40°, a później się już ociepla. W maju, kiedy słońce mocno już przygrzewa, to aż miło wyjść na dwór, obowiązkowe jest jednak noszenie okularów śnieżnych, w przeciwnym razie na pewno dostanie się śnieżnej ślepoty. Ciekawe, że jeśli nie ma wiatru, to nawet przy –20 stopniach można wyjść na dwór bez kurtki. Widać więc, jak ogromną różnicę robi wiatr. 

Ustaliliśmy, że warunki atmosferyczne nie należą do przyjaznych – to nie może nie mieć wpływu na duchowość Inuitów. 

Prawda, Inuici mają inną mentalność i naturę niż my. Z natury są ludźmi bardzo spokojnymi. Na polowaniach potrafią godziny spędzać w ciszy, wyczekując na zwierzynę. Trudno im dorównać w tej cierpliwości. Dla nich to, że Bóg istnieje, nie podlega dyskusji, świat duchowy jest oczywistością. Tym od Europejczyków się różnią, nie kwestionuje się tam sfery duchowej. Nie przekłada się to jednak na praktykowanie wiary. Oni mogą wierzyć w to, że Bóg istnieje, ale na tym się kończy. Myślę, że to może być powiązane z ich pierwotnymi wierzeniami. Trzeba pamiętać, że chrześcijaństwo jest tam obecne od nieco ponad stu lat. Pierwsi misjonarze – oblaci – dotarli tam w 1912 r., wcześniej panował szamanizm.

Zdjęcie: Inuici, fot. archiwum

Wywoływali duchy? 

Można tak powiedzieć. Inuici nie mieli jednego boga, wierzyli właśnie w dobre i złe duchy. Z tego też względu jednym z imion, jakim nazywają Boga, jest Anirnialuk, czyli Wielki Duch. W ich wierzeniach od kontaktu z duchami był wyłącznie szaman i to on pośredniczył między sferą duchową a materialną. Jeśli ktoś miał jakiś problem, to nie modlił się sam, tylko szedł do szamana. Wydaje mi się, że często nas, księży, postrzegają trochę jak szamanów – to my jesteśmy od kontaktu z Wielkim Duchem, „zwykli” ludzie się tym nie zajmują. Jest sporo ludzi, którzy w ogóle nie chodzą do kościoła, ale uważają się za katolików i gdy coś potrzeba, to przychodzą do księdza i proszą np. o błogosławieństwo domu, bo straszy. 

Praktyczni ludzie. Pewnie nie było łatwo zdobyć ich zaufanie? 

Na szacunek Inuitów trzeba sobie zasłużyć, to prawda. Jednak szacunek nie jest zawsze i absolutnie niezbędny. Nie wszyscy moi wierni mnie lubią, nie wszyscy pewnie szanują, ale jeśli dzieje się coś, co wymaga działania kapłana, to nie wahają się z tym do mnie zwrócić. A zaufanie przyszło z czasem, pracuję na misjach już szesnaście lat. Ważne jest to, żeby nie tylko z nimi przebywać, ale też z nimi żyć. Robić to, co oni. Robić to tak jak oni. Dlatego w pracy misyjnej ważnym elementem jest… polowanie. 

Łowi Ojciec ryby dla Jezusa? 

Poluję jak oni, staram się być jednym z nich – dlatego jestem przekonujący. Jeżdżenie na ryby ma ogromne znaczenie, to ich tradycja i kultura. Kiedyś był to jedyny element ich utrzymania. Dziś jest już oczywiście troszkę inaczej, nie mieszkają w igloo, ale w wioskach, dostają od rządu Kanady pieniądze za sam pobyt na tym terenie. Nadal jednak to ważny element ich życia.  

To jak to wygląda? Skrzykuje się kolegów i idzie wędkować? 

Zazwyczaj poluje się samotnie, jedynie młodzi i ci, co się uczą, polują razem. Żyjemy na szlaku migracyjnym reniferów karibu, w jeziorach są ryby, w morzu foki, dlatego przeważnie łowimy, choć nie tylko. Lubię to. No i dzięki polowaniu mam o czym rozmawiać z Inuitami. Zwyczajnymi tematami rozmów są właśnie polowania: gdzie przechodzą renifery, ile ich jest, czy są tłuste, jaki gruby jest lód itd. Oni tym żyją, a ewangelizuje się przede wszystkim własnym życiem.

Ewangelizacja na kole podbiegunowym [ROZMOWA]
4.9 (82%) 10 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze