Islandia. Zaskoczeni przez zorzę

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Zorza polarna, nazywana inaczej wiatrem słonecznym, jest jednym z najbardziej fascynujących zjawisk na naszej planecie. Jej tajemniczość przyciąga widownię z całego świata.


Od pewnego czasu moim podróżniczym marzeniem była Islandia, lecz nie spodziewałem się, że tak szybko uda mi się je spełnić. Niełatwo zgrać ekipę na taką wyprawę, a na samotny wyjazd nie
byłem gotowy. Okazało się, że znajomy z pracy planuje także wybrać się tam z siostrą, a nawet kupili bilety na wrzesień. Tym sposobem zaczęliśmy planować kilkudniową podróż i zebraliśmy resztę pięcioosobowej grupy. Miałem chęć zobaczyć zorzę polarną. To był cel mojej podróży, o którym nie mówiłem nikomu. Na półkuli północnej nazywana aurora borealis, a na południowej aurora australis kojarzy się przede wszystkich z mieniącymi się refleksami świetlnymi na niebie, które przybierają kształty płynących obłoków.

Gdzie my jesteśmy?

Po kilku tygodniach przygotowań spotkaliśmy się po południu na poznańskiej Ławicy, skąd wylecieliśmy ze sporym opóźnieniem. Wiadomo, nie wszystko działa punktualnie. Mimo że na miejscu było pochmurno, tuż po wyjściu z samolotu powitał nas zachód słońca. W sumie tyle zobaczyliśmy tego dnia, bo zanim wypożyczyliśmy auto, było już ciemno. Nasz domek był niespełna godzinę jazdy od lotniska. Po wyjeździe z Reykjaviku była już tylko ciemność, droga i my, ospali poszukiwacze kwatery. Nawigacja doprowadziła nas w miejsce, w którym powinien być domek, ale były tylko drzewa. Kilka razy wysiedliśmy z auta z latarkami i szukaliśmy, aż w końcu znaleźliśmy starą bramę, która prowadziła do jedynego tam źródła światła. Był i domek. Zmęczeni rozgościliśmy się, ogrzaliśmy i przygotowaliśmy do porannego wyjazdu.


Wow!

Po przebudzeniu wszyscy byliśmy ciekawi, gdzie się znajdujemy. Każdy, kto wychodził na zewnątrz, ze zdumieniem otwierał oczy i usta na widok, jaki gościł za drzwiami. Nikt wtedy nie odczuwał porannego zimna, tylko patrzyliśmy i podziwialiśmy piękno natury w naszej okolicy. To był po prostu obłęd. Najchętniej cały dzień siedzielibyśmy na werandzie z kubkiem herbaty i wpatrywali się w krajobraz. Przylecieliśmy jednak zobaczyć więcej. Całą trasę zdobił piękny, niecodzienny, zmienny widok za oknami. Zatrzymywalibyśmy się jak najczęściej, by wyjść robić zdjęcia i patrzeć. Tak, patrzeć. Mieliśmy jednak sporą trasę do przejechania. Gdy się jedzie długi kawałek, jest płasko z każdej strony. Zero drzew. Aż tu nagle, jakby spod ziemi, wyrastają góry. Taki jest zaskakujący, zmienny krajobraz tej malowniczej wyspy. Jedna droga, a ukształtowanie terenu zmienia się co jakiś czas. Podobno w tym okresie turystów jest nieco mniej, ale i tak zrobienie zdjęcia bez ludzi graniczyło z cudem, bo takich jak ja, ze statywem, były tam dziesiątki. Szczególną popularnością cieszyły się wodospady, tam było nas zawsze najwięcej.

Niby autem, ale dojść trzeba

Większość wyznaczonych punktów była niedaleko trasy. Zdarzyło się, że niektóre wymagały dojścia o własnych siłach. Taką jedną z bardziej męczących wędrówek było dotarcie do wraku samolotu, który – jak się okazało – był oddalony od parkingu o 3 km. Pewnie to niewiele, ale tutaj trzeba wziąć poprawkę na warunki. Szło się około godziny przez pustkowie w stronę wybrzeża. Do tego walka z silnym islandzkim wiatrem i deszczem co chwilę. Na dodatek w połowie drogi na horyzoncie ukazała się wielka chmura deszczowa, która z czasem pochłonęła góry, płynąc w naszym kierunku. W głowie bitwa myśli: czy iść, czy wracać do samochodu – jeśli u celu nie ma kryjówki, a za chwilę mogliśmy być przemoczeni do suchej nitki. Być tu i nie zobaczyć wraku to zbrodnia, więc poszliśmy dalej. Chmura przeszła bokiem. Tylko delikatna mżawka sięgnęła nas za sprawą silnego wiatru. U celu zastaliśmy słynny wrak otoczony turystami, ale plusem było to, że nagle pojawiło się słońce, które wynagrodziło ostatnią nudną godzinę. Przez niekorzystne warunki powietrzne prawie niemożliwe było nagranie ujęcia samolotu z drona. Często zdarzały się problemy z tym przy filmowaniu i mogę śmiało rzec, że wiele lotów było ryzykownych, ale sporo ujęć wyszło ładnie. Każdego dnia o poranku wychodziliśmy przed domek, korzystać z uroków miejsca, w którym znajdowała się nasza baza. Każdy beztrosko zajmował się sobą. Kawa. Herbata. Wszyscy na zewnątrz. Chciałem wejść do pokoju, by zmienić baterię w aparacie i nie mogłem. Drzwi zamknięte – spytałem, kto zatrzasnął drzwi i ma klucz. Okazało się, że klucze zostały w środku i pojawił się problem z wejściem. Niektórzy musieli marznąć bez kurtek, w klapkach. Już mieliśmy dzwonić do właścicielki, aż nagle Jacek odkrył, że jedno z okienek na szczęście jest uchylone. Pewnym sposobem udało się je otworzyć całkowicie i z małym opóźnieniem wyruszyliśmy w nieznane.


Nie z tej planety

Niestety nie udało nam się objechać całej wyspy. By tego dokonać, trzeba tam spędzić znacznie więcej czasu. Mimo że ruch samochodowy jest tam raczej znikomy, to na drogach często występują ograniczenia, do których wszyscy się stosują (myślę, że nikt nie chciałby dostać tam mandatu). W kilka dni zobaczyliśmy wiele rzeczy, przejeżdżając ponad 1500 km. Wracaliśmy zwykle po zachodzie, zmęczeni, do naszej bazy. Widząc bezchmurne, gwiaździste niebo myśleliśmy, że fajnie byłoby zobaczyć zorzę polarną. Gdy siedzieliśmy wieczorem przy herbacie, kolega wyszedł na dwór i za chwile wrócił z krzykiem: „Jest! Chodźcie szybko!”. Wszyscy bez kurtek wyskoczyliśmy na werandę, a naszym oczom ukazało się najpiękniejsze zjawisko, jakie w swoim życiu widziałem na niebie. Zapierające dech, piękne, niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju, po prostu seans dla oczu. Trudno dokładniej opisać, co czuje się, patrząc na zorzę. To trzeba po prostu zobaczyć, przeżyć. Niestety jest to zjawisko chwilowe, więc najlepiej siedzieć i czekać, aż pojawi się znowu. Warto. Po kilkunastu dniach przyszła pora na powrót do domu. Chciałoby się zostać tam znacznie dłużej. Na szczęście zostają wspomnienia i zdjęcia oraz film. W drodze na lotnisko małe zwiedzanie stolicy Islandii, gdzie w każdej odwiedzonej kawiarni czy sklepie z pamiątkami można usłyszeć nasz ojczysty język, co jest miłym zaskoczeniem. Jako że wylot mieliśmy po zachodzie słońca, a siedziałem przy oknie od strony północnej, miałem ostatnią okazję do podziwiania tańczącej aurory, która oddalała się coraz bardziej i bardziej. Zorzy nie było.

Miłosz Kosicki, podróżnik, fotograf, operator kamery

Oceń ten artykuł

Zobacz także
Wasze komentarze