fot. UNAMID Photo/flickr.com

Mama wróci [MISYJNE DROGI]

6 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Wojna. Choroby. Traumy. Brak opieki zdrowotnej. Rodziny w Południowym Sudanie są rozdzielone z wielu powodów, ale efekt jest taki sam: starsi bracia i starsze siostry przejęli opiekę nad rodzeństwem

Sytuacja pogorszyła się w grudniu 2013 r., kiedy doszło do wzmożonych walk między zwolennikami zwaśnionych partii politycznych. Konflikt nabrał wtedy charakteru etnicznego, powodując masową migrację ludności Południowego Sudanu – zarówno wewnętrzną, jak i zewnętrzną. To młode państwo, które zaledwie cztery lata temu w wyniku referendum oddzieliło się od Sudanu Północnego, nie radzi sobie także z tym sąsiadem. Tam większość stanowią muzułmanie, a w Sudanie Południowym chrześcijanie. To kolejna linia konfliktu. Organizacje charytatywne (UNHCR, Caritas, Czerwony Krzyż i Czerwony Półksiężyc) dostarczają rzeczy niezbędnych rodzinom, które uciekły z niczym – namioty, pojemniki na wodę, żywność. Rodzice giną, a najstarsze dzieci przejmują ich rolę. To im chcę oddać głos, stać się bardziej kronikarzem niż kimś kreującym rzeczywistość. Głos autentyczny i poruszający.

Trzynastoletnia Lina

Jest najstarsza z pięciorga rodzeństwa. W obozie w Pariang musi zajmować się trzema braćmi i siostrą. Thonchol ma jedenaście lat, Juach sześć, Dongwei trzy, siostra Sunday – osiem. „Budzę się, gdy jest jeszcze ciemno i zaczynam przygotowywać śniadanie. Ucieram sorgo. Potem budzę swoje rodzeństwo, myjemy twarze i zęby. Potem muszę iść po wodę około 25 minut z dwudziestolitrowym baniakiem, który jest bardzo ciężki, ale żadne z mojego rodzeństwa nie jest wystarczająco duże, aby mi pomóc. Mój brat ma chore oczy. Nie widzi dobrze i nie może pomagać. Robię to sama. Codziennie chodzę po wodę co najmniej trzy razy. Jeśli zostanie jej trochę z poprzedniego dnia, nie muszę iść rano. Taki poranek jest miły. Następnie piorę. Po jakimś czasie znowu idę po wodę. Dwa lub trzy razy w tygodniu muszę przynieść opał z bardzo daleka. W taki dzień wychodzę rano i wracam późnym wieczorem. Nie mam maczety, więc próbuję łamać gałęzie rękami albo zbieram te, które spadły. To jest cięższe nawet niż woda i muszę się często zatrzymywać. Idę z innymi dziewczynami. Rozmawiamy o tym, czy łatwo będzie znaleźć drewno, czy spotkamy uzbrojonych ludzi, czy po powrocie trzeba będzie jeszcze iść po wodę. Czy się bawię? Nie, nie mam czasu. Mniejsze dzieci się bawią. Moja matka wykrwawiła się, gdy rodziła mojego najmłodszego brata trzy lata temu. W naszej wsi nie było pomocy medycznej. Nie wiem, gdzie jest mój ojciec. To oznacza, że ja rządzę, więc nie mam czasu na zabawę. Trafiliśmy tu z powodu walk w naszej wsi. Uciekliśmy stamtąd. Jesteśmy tu sami. Moi przyjaciele są rozproszeni, nie możemy wrócić do domu. Nie chodziłam do szkoły odkąd moja matka umarła, ponieważ od tej pory opiekowałam się rodzeństwem. Jeśli miałabym wypowiedzieć trzy życzenia, najpierw poprosiłabym o to, żebyśmy mogli chodzić do szkoły. Drugie, żebyśmy mieli dość jedzenia. Na trzecim miejscu, żeby dało się wyleczyć oczy mojego brata. Jeśli jednak mogłabym dostać coś dla siebie, może poprosiłabym o jakieś nowe ubranie. To byłoby miłe” – opowiada Lina.

Trzynastoletni Dongwei

Przejął opiekę nad czterema braćmi. Nyamei ma dziesięć lat, Abigok siedem, Simon, cztery i Athei dwa. „Budzę się około szóstej rano, myję twarz, a potem budzę innych. Większość z nich posłusznie wstaje, ale najmłodszy zawsze chce spać dłużej. Myjemy twarze i idę po wodę. To jest około 15 minut stąd. Trochę zużywam do gotowania, do mycia i do podlewania ogrodu. Próbuję uprawiać kukurydzę i sorgo. Jeśli zbierzemy plony, najemy się i coś sprzedamy. Trochę odpocząłem, kiedy ostatnio spadł deszcz. Wieczór wygląda tak samo: przywożę wodę i gotuję kolację mojemu rodzeństwu. Codziennie jemy sorgo, bo nie mamy nic innego. Nie możemy pozwolić sobie na mięso. Nie jedliśmy go, odkąd dwa miesiące temu umarła mama. Zachorowała, nie wiem na
co: może malaria, może dur brzuszny. Nie mieliśmy pieniędzy na lekarza ani leki. Ojciec zginął rok wcześniej podczas walk. Uciekliśmy z matką z rejonu walk kilka miesięcy temu. Ale przecież gdy
umarła, zostaliśmy sami i wtedy postanowiłem, że powinniśmy przyjść do Yida. Tu są krewni, którzy nam pomagają, ale sami mają mało pieniędzy i naprawdę nie mogą dać nam dużo. To ja jestem za wszystko odpowiedzialny. Gdy rodzice jeszcze żyli, chodziłem do szkoły. Dostawałem dobre oceny, nauczyciele mnie chwalili. Teraz nie wiem, co będę robił, kiedy dorosnę. Powinno być tak, że chodzisz do szkoły, potem pracujesz i zajmujesz się rodzicami, gdy się zestarzeją. A kim ja się zajmę? Rozumiesz? Nie mam przed kim pochwalić się sukcesami. Teraz potrzebuje mnie rodzeństwo” – dzieli się Dongwei.

Czternastoletnia Debora

Opiekuje się jedenastoletnią siostrą Amol w Bor. „Mieszkałyśmy z mamą w małym miasteczku. Nie znam swojego ojca, ale mimo wszystko wiodło się nam dobrze. Potem w naszej okolicy wybuchły walki. Zobaczyłam, jak uzbrojeni bandyci zabijali ludzi. Biegłyśmy z mamą i starszą siostrą, która była wtedy w ciąży i młodszą siostrą. Najpierw poszłyśmy w kierunku bagien, ale nas gonili. Pojechałyśmy do innego miasta, ale też tam przyszli. Dlatego ostatecznie zatrzymałyśmy się tutaj. Byłyśmy bardzo wyczerpane. Gdyby nas znaleźli, pewnie byśmy zginęły, bo nie miałyśmy już sił.
Moja matka znalazła to miejsce w lutym. Wszystkie te wydarzenia bardzo źle wpłynęły na moją mamę. Zaczęła pić alkohol i wszczynać awantury. Była zupełnie inna niż wcześniej. Ostatecznie zostawiła nas trzy miesiące temu i nie wróciła. Nie wiem, co jej się stało, ale wiem, że musimy zająć się sobą. Dostajemy jedzenie od organizacji charytatywnych: sorgo, olej, sól i soczewicę. Codziennie robimy to samo: budzę się i myję, a następnie idę po wodę, na szczęście jest niedaleko. Robię śniadanie, piorę i sprzątam. Później przywożę więcej wody, przygotowuję kolację i idziemy spać. Otrzymuję też jakieś pieniądze. Za to kupuję dużą torbę cukru, przesypuję go do małych torebeczek i sprzedaję. I tak ze 150 pensów robi się 200. Nikt nie kazał mi tego robić. To ja jestem głową rodziny. W naszym obozie uchodźców są też zajęcia z szycia. Gdybym miała maszynę do szycia, mogłabym wrócić do siebie i pracować. Nikt tam tego nie umie. Mogłabym szyć garnitury, suknie ślubne, nawet mundurki szkolne i zarobiłabym nieźle. Rzecz w tym, że zawsze mogą przyjść rebelianci, a oni na pewno zabraliby maszynę” – opowiada Debora.

Siedemnastoletni Adut

Opiekuje się czterema braćmi. Akon ma trzynaście lat, Kachuol dziesięć, Magai siedem i Agau cztery. „Po obudzeniu się sprzątam. Potem idę po wodę. To 15 minut spacerkiem, ale droga powrotna jest trudna. Woda jest niezbędna do życia. Potem robię śniadanie. Jemy tylko to, co tu dostajemy. To jest za mało i wciąż to samo, dzieci są głodne i smutne. Wieczorem gotuję jeszcze raz dla dzieci i kładę je spać. Jeśli oni nie śpią, dostają karę. Powinni to robić rodzice, ale ich nie ma. Nie lubię karać, ale dzieci nie mogą rozrabiać, bo ja dostanę upomnienie za to, że źle się nimi opiekuję. Musiałem przerwać szkołę, żeby się nimi zająć. Będę to robił, dopóki nasza mama nie wróci. Te domy w obozie nam udostępniono, one nie są nasze. Uciekliśmy z naszych, ponieważ były tam walki. Mój ojciec zginął wcześniej, a mama została w tyle podczas ucieczki i do dzisiaj nie wiem, gdzie jest. Myślę, że może zajmować się krowami, ponieważ wszyscy jej bracia i wujowie nie żyją albo uciekli. Teraz nawet kobiety dbają o krowy we wsiach, chociaż to nie jest wcale normalne. Ostatni raz widziałem ją w lutym. Mamy nie ma i nikt mi nie pomaga. Gdyby ktoś nam pomógł, te dzieci miałyby lepszą przyszłość. To trochę potrwa, bo najmłodszy ma dopiero cztery lata. Mam nadzieję, że ona kiedyś wróci. Wtedy przejmie moje obowiązki i wszystko będzie tak jak powinno” –
mówi Adut.

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<<

Zobacz także
Wasze komentarze