fot. cathopic

Misjonarze z Tarnowa: podczas epidemii koronawirusa w krajach misyjnych brakuje wszystkiego

3 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.
Mieszkańcy krajów misyjnych, obok niepokoju związanego z koronawirusem, cierpią z powodu głodu. Z pomocą spieszą im tarnowscy misjonarze. Jak relacjonują, z każdym tygodniem przybywa potrzebujących rodzin. Wsparcie otrzymują także więźniowie.

Ks. Dariusz Pawłowski ewangelizuje na Kubie. Misjonarz pisze w liście, że kryzys dopiero się zaczyna.

„To co spędza nam sen z powiek, to brak żywności. Brakuje dosłownie wszystkiego. Począwszy od mięsa, przez ryż, aż po warzywa. Nawet jeśli coś się pojawi, to momentalnie tworzą się gigantyczne kolejki. Pomimo że większość produktów jest reglamentowana, to i tak nie starcza dla wszystkich” – dzieli się w swojej relacji misjonarz.

Najuboższym comiesięcznie pomaga Caritas parafialna.

„Nasze zakupy trwały prawie tydzień. Robiliśmy je w 5 osób. Najpierw trzeba znaleźć jakiś sklep lub bazar, gdzie można cokolwiek kupić do jedzenia. Potem odstać swoje w kolejce, żeby kupić np. jeden olej i majonez. Potem na koniec kolejki, godzina lub dłużej czekania i znowu zakup: każdy po jednej sztuce oleju i majonezu. I tak kilka razy. Następnego dnia znaleźliśmy sklep, gdzie dostarczono tuńczyka w puszce, więc tym samym sposobem kupiliśmy więcej rzeczy. Tak kompletowaliśmy paczki przez cały tydzień, aby pomóc kilkudziesięciu rodzinom” – opowiada misjonarz.

>>> Pomoc dla ofiar koronawirusa w Pakistanie

Ks. Dariusz Pawłowski chciałby pomagać większej liczbie rodzin, bo dzięki ofiarności osób z Polski i Polaków z zagranicy są na to pieniądze, ale nie zawsze jest możliwość zakupu potrzebnych artykułów. „Wkrótce prawdopodobnie będziemy mogli już wyjeżdżać na wioski, więc otworzy się furtka do kupienia czegoś bezpośrednio u rolników. Oby, bo głód w naszym mieście jest coraz większy” – stwierdza w swoim liście ks. Dariusz Pawłowski.

Natomiast ks. Grzegorz Kubalica pełni posługę duszpasterską w peruwiańskiej puszczy. Jak pisze w swoim liście, Peru obecnie przoduje pod względem długości zapowiedzianej kwarantanny, jak i pod względem liczby zachorowań w Ameryce Łacińskiej. Pomimo obostrzeń kapłanowi udaje się docierać z sakramentami do części parafian, a także z lekami. „Dostarczamy leki do wiosek, ponieważ w dżungli jest sporo chorób. Chroniczne niedożywienie ludzi sprawia, że choroby mają tu bardzo ciężki przebieg. Indianie Ashaninka są całkowicie zamknięci. Jeżeli już dociera do nich jedzenie bądź leki – zostawia się je na brzegu, po czym sami je odbierają. Wiosek pilnują tzw. ronderos, czyli miejscowi strażnicy. Wyposażeni są oni w maczety, łuki i strzelby. Nie są to tylko gadżety, ponieważ aby chronić ludzi są gotowi ich użyć” – relacjonuje misjonarz.

fot. EPA/ANTONIO BAT

Kapłan mógł wejść na teren wspólnot tylko dlatego, że ludzie przenieśli się na swoje pola i teraz tam żyją. „Jest to zrozumiałe, ponieważ są tam najbardziej bezpieczni. Niestety uprawiają tylko jukę i banany. Po dodaniu do tego pewnych insektów powstaje codzienne menu” – dodaje ks. Grzegorz Kubalica.

Trudna sytuacja jest także w Kamerunie, gdzie misjonarką jest Ewa Gawin. Ponieważ szkoła, którą kieruje jest zamknięta, misjonarka odwiedza więzienie, zawożąc tam m.in. worki ze szpinakiem.

>>> Siostra Klara z Kamerunu: czujemy się bezradne, liczymy na Pana Boga [WIDEO]

„Więzienia są zamknięte dla odwiedzających. Przed bramą w odległości dwóch metrów znajduje się drewniana bariera, przy której rodziny zostawiają jedzenie dla swoich bliskich. Od czasu wprowadzenia zakazu zgromadzeń zostały odwołane też Msze św. w więziennej kaplicy. Katechiści codzienne sami prowadzą modlitwy w poszczególnych celach” – pisze w liście.

Więzienia w całym Kamerunie pękają w szwach. Z powodu pandemii w niektórych placówkach zorganizowano strajki, by zwrócić uwagę na warunki, jakie w nich panują. Prezydent wydał dekret o zmniejszeniu kar, a tym samym o zwolnieniu dużej liczby więźniów. „Wszyscy wychodzący byli zwolnieni z opłat administracyjnych. Każdy otrzymał maseczkę, podarowaną dzień wcześniej przez polskie siostry dominikanki. Pozostało jednak kilku podopiecznych, po których nikt nie przyjechał. Trzeba było zapłacić im transport m.in. do granicy z RCA i innych dalekich rodzinnych stron. Mój portfelik w kilka minut zeszczuplał bardzo, ale radość przy machaniu na pożegnanie była widoczna nie tylko w moich oczach” – relacjonuje z Kamerunu Ewa Gawin.

Listy tarnowskich misjonarzy są zamieszczane na stronie Wydziału Misyjnego Kurii Diecezjalnej w Tarnowie http://www.misje.diecezja.tarnow.pl/

Zobacz także
Wasze komentarze