Odtąd ludzi będziesz łowił, a nie pliki

6 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Jak wiadomo, tylko Chuck Norris przeczytał wszystko, co jest w Internecie, w dodatku dwa razy. My możemy jedynie nosić za nim teczki albo czyścić mu buty.

Niełatwo opisać i skatalogować mnogość internetowych miejsc i wydarzeń dotyczących życia duchowego, Boga i Kościoła. Ich użytkownicy szukają informacji, porady, czasem miejsca, w którym mogą się wypowiedzieć. Relacji z Bogiem nie da się jednak zbudować przez ekran.

Przytaczam tę obiegową mądrość na początku, usprawiedliwiając się przed czytelnikiem swoją bezradnością, bo próba opisu trendów i religijnego portalowego środowiska internetowego jest z góry skazana na subiektywny wybór i niepowodzenie. W sumie jednak na całe szczęście. To dowód na jej żywotność, ruch i rozwój.

Printscreen socjologiczny

Ubiegłoroczne badania firmy Gemius publikowane przez branżowy portal wirtualnemedia.pl (lipiec 2014 r.) pokazują, że na polskim rynku najpopularniejszymi stronami o tematyce religijnej są deon.pl i opoka.org. pl. Pierwszy w maju ubiegłego roku zanotował 498 tys. wejść i przeszło sześć milionów odsłon. Na dalszych miejscach uplasowały się serwisy adonai.pl i gosc.pl z miesięczną liczbą odwiedzających około 250 tysięcy. Potem mamy serwisy nieco mniejsze: niedziela.pl, wiara.pl, dominikanie.pl, ekai.pl i katolik.pl. Brakowało w zestawieniu serwisów fronda.pl (który
w analogicznym okresie badawczym miał około 330 tys. użytkowników i prawie sześć mln odsłon) oraz portalu radiomaryja.pl (około 117 tys. użytkowników), które w badaniu zostały zaklasyfikowane jako portale informacyjno-publicystyczne. Do całości obrazu dodajmy, że internauci odwiedzający strony internetowe o tematyce religijnej najczęściej deklarowali, że poszukują informacji o aktualnych wydarzeniach w lokalnej parafii lub wspólnocie (43%), informacji z życia Kościoła, do którego należą (40%). Kolejne miejsce zajęły ogólne informacje o religii lub religiach
oraz rozważania i artykuły na tematy religijne (po 35%). Tekstów religijnych (np. Biblii online) poszukiwało 23%, a porad duchowych 9%. Niewielu (5%) poszukuje możliwości dyskusji i rozmowy z innymi użytkownikami takich stron, co może wskazywać, że uczestnictwo w forach czy czatach religijnych nie stanowi dla większości istotnego elementu ich sieciowej aktywności. Na podstawie
tych wyników CBOS wywnioskował, że Polacy „zazwyczaj nie są religijnymi poszukującymi, ale raczej interesuje ich znalezienie konkretnych informacji związanych z wyznaniem, do którego należą”.


Printscreen duszpasterski

Powyższe statystyki „kościelnego Internetu” wykazują ruch na poziomie jednej dziesiątej odwiedzin w porównaniu z gigantami polskiej sieci – platformami onet.pl czy wp.pl (te odwiedzało w tym samym czasie badawczym około pięciu milionów użytkowników miesięcznie). Z drugiej strony, gdyby zsumować liczbę wszystkich wejść na strony religijne to okaże się, że co miesiąc przeszło dwa miliony polskich internautów odwiedzają strony dotyczące wiary. To niemało. Zostawmy jednak cyfry i statystyki, które tyle samo mówią, ile zaciemniają. Można się zastanawiać nad przyczynami takiego zjawiska: efektem tabloidyzacji, małą atrakcyjnością wizualną stron religijnych, szukać winnych i ewentualnych rozwiązań – z pewnością to ważne. Jednak problem religijnej sieci
jest głębszy i leży u podstaw całego kościelnego myślenia, nie tylko w odniesieniu do Internetu. Kiedy mówimy o religijnych portalach i katolickiej sieci odnosimy się do tej samej od dwóch tysięcy lat Ewangelii opowiadanej jedynie nowymi metodami, zmieniającymi się w ciągu ostatnich kilkunastu lat – od pierwszych garażowych stron z brykającymi owieczkami w wersji HTML do dzisiejszego profesjonalnego mówienia o Dobrej Nowinie jako o markowym i atrakcyjnym produkcie. Niezmienna treść, jak się wydaje, jest największym wyzwaniem. Jak ją przekazywać i jak
o niej mówić w ciekawy i niebanalny sposób? I tu zaczyna się kłopot. Dla wielu Kościół i jego przepis na życie nie jest punktem odniesienia niezbędnym do codziennego funkcjonowania. Skończyły się czasy mówienia „bo tak” lub „tak trzeba” i basta. I choć – jak się w kościelnym żargonie mówi – Internet to szansa dotarcia do owiec zagubionych i poszukujących, to pozostawanie na etapie publikacji oczywistych oczywistości nie wystarczy. Daleki jestem od tego, by zachęcać do spłycania kościelnego przekazu i uprawiać, jak to trafnie zauważa ks. Jan Kaczkowski – katolicyzm pluszowy (miły, ciepły, bez wymagań). Jednocześnie kolejne „dziesięć kroków do szczęścia” jako zakamuflowana zachęta do życia dekalogiem albo wyznanie o „znalezieniu prawdziwego Przyjaciela”, za którym kryje się świadectwo nawrócenia z nałogu, to najczęściej przekonywanie przekonanych w Internecie. Choć i takie treści są potrzebne. Kiedy jednak mówimy o ewangelizacji, prowadzeniu misji w Internecie, chodzi o coś innego: o coś, co pokaże, jak życie zbiega się z Ewangelią, a nie na odwrót. Dowodów na słuszność tego stwierdzenia jest wokół naprawdę sporo. Nudzą nas wywiady, książki i kazania przelatujące ponad głowami – mądre i jednocześnie o niczym. Zapominamy o nich zaraz po wyjściu z kościoła, po przeczytaniu ostatniej strony, a może jeszcze szybciej. Mowa trawa, która gryzie w zęby. Oto paradoks naszych czasów: katolicyzm to wciąż najbardziej powszechna religia w Polsce, którą jesteśmy przesiąknięci, a mimo to większość z zadeklarowanych nie rozumie rzeczy, w których bierze udział, sprowadzając Dobrą Nowinę do systemu zakazów i nakazów, kar i nagród. Prawie każdy w naszym kraju jest w stanie powiedzieć coś o stosunku Kościoła do gender albo aborcji, a zapytany o życie Jezusa wyduka trzy zdania zapamiętane z katechezy. Albo i nie.


Wierzę w jednego bloga

W takim razie gdzie szukać zwiastunów takiego myślenia, ujmijmy to zbiorowo – twórczego i świeżego? Według mnie są to na bardzo dobrym poziomie prowadzone portale internetowe,
rekolekcje w sieci, autorskie profile duchownych i religijnych publicystów na Facebooku i Twitterze, także rozrastająca się sieć katolickich blogów, która pokazuje, że użytkownicy Internetu szukają osobistego doświadczenia i świadectwa wiary, a nie tylko suchej informacji. Lista internetowych kaznodziejów jest długa, by wymienić Adama Szustaka OP, Leona Knabita OSB, księży Wojciecha Wegrzyniaka, Piotra Pawlukiewicza, Jacka Stryczka, Andrzeja Dragułę, wzmiankowanego Jana Kaczkowskiego czy Artura Stopkę. Dodajmy jeszcze franciszkański blog „Bez sloganu” prowadzony przez Leonarda Bieleckiego OFM i Franciszka Chodkowskiego OFM, internetową działalność Michała Olszewskiego SCJ, siostry Małgorzaty Chmielewskiej, biskupa Grzegorza Rysia, Józefa Witko OFM, Marcina Jakimowicza czy Szymona Hołowni. A zaraz za nimi nowe pokolenie w osobach Piotra Żyłki (twórcy projektu FaceBóg), blogerów Błażeja Strzelczyka, Grzegorza Kramera SJ,
Mateusza Ochmana, „hipster-katoliczki” Joli Szymańskiej, Konrada Kruczkowskiego, twórców portalu boska.tv, stacja7 oraz dominikanie.pl. Można się oczywiście zżymać na formę bloga, internetowego kaznodziejstwa czy kilkuminutowych filmików na YouTube. Można im zarzucać spłaszczanie treści, wybiórczość, można nie zgadzać się z poglądami autorów, ale to one opisują Kościół inny niż ten, który pokazywany jest w telewizji i znany z gazet. Inny od mainstreamowego uproszczenia. Wolny od pedofilii, nadużywania władzy, pieniędzy, gier politycznych. Blogi i autorskie strony to miejsca, w których zadaje się odbiorcom pytania, a przecież właśnie w taki sposób Jezus docierał do ludzi. Blogowa forma pozwala na konfrontacje z kwestiami niepoprawnymi politycznie, bolesnymi i kontrowersyjnymi. I choć to, co w Internecie, traktuje się mniej oficjalne i nierzadko brane w nawias, to niewątpliwie jest dziś skuteczną formą rozmowy z poszukującymi.

Wyłącz komputer

Jak będzie wyglądała przyszłość tego ruchu i czy blogi oraz internetowe rekolekcje odblokują katolicki Internet? W dobie przyspieszającej technologii stawianie takich pytań przypomina wizytę u wróża albo dumanie nad fusami. Dziś są modne, ale co będzie za pięć lat? Ich największym plusem może być zasięg. Docierają do szerokich mas czytelniczych. Największym minusem jest ulotność. Wystarczą dwa kliknięcia autora i blog znika. Nie zostaje z niego nic. Może i dobrze, bo jak mówił mi kiedyś jeden z popularnych internetowych kaznodziejów – sieć to tylko przyrząd, który powinniśmy wykorzystywać do celów duszpasterskich. On jednak nic nie znaczy i nie zastąpi tradycyjnych środków przekazu wiary – udziału we Mszy świętej, korzystania z sakramentów i słuchania rekolekcji w realu.

Roman Bielecki OP

Wykup prenumeratę: https://misyjne.pl/produkt/misyjne-drogi-prenumerata/

Zobacz także
Wasze komentarze