Świeccy na misjach: rodzinne świadectwo

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Wiele rodzin neokatechumenalnych wyjeżdża na misje. Ewangelizują bardziej świadectwem życia niż za pomocą katechez czy nabożeństw. Skutecznie.

Duch Święty idzie zawsze przed wami – takie słowa skierował Ojciec Święty do członków Drogi Neokatechumenalnej zebranych na audiencji w auli Pawła VI, w czasie której posłał 414 rodzin na misje w różne części świata.

Od trzech lat pracuję w Afryce Wschodniej, w Kenii i Tanzanii. Jedna z moich posług to opieka nad rodzinami neokatechumenalnymi, które podjęły się misji w tych dwóch krajach. Raz na dwa tygodnie odwiedzam każdą z tych rodzin. Celebrujemy wspólnie Eucharystię w ich domach i rozmawiamy o ich sytuacji, o trudnościach, o misji. Wspólnie modlimy się i staramy umacniać w wierze.

Konstantin i Libusia

Pochodzą ze Słowacji. On ma 73 lata, ona 69. W ubiegłym roku świętowali 50 lat małżeństwa. Mają pięcioro dzieci i 27 wnuków. Kilka lat temu wyrazili gotowość, aby służyć Kościołowi jako rodzina na misjach. Zostali posłani do stolicy Kenii, Nairobi. Ich życie tutaj jest bardzo proste. Rano uczestniczą we Mszy św. w kościele parafialnym, potem śniadanie, potem modlitwa jutrznią. Później ich drzwi są otwarte aż do wieczora. Przychodzą dzieci z pobliskich domów, aby dostać coś słodkiego, razem malować i śpiewać. Czasem przychodzą młode dziewczyny, a Libusia uczy je gotować. Przychodzą kobiety, mówią o swoim życiu, problemach. Konstantin i Libusia słuchają, choć nie wszystko rozumieją. Ale czy trzeba rozumieć? Są tutaj, zawsze gotowi. Pewnego razu na spotkaniu we wspólnocie młoda dziewczyna powiedziała, że ich obecność tutaj bardzo jej pomogła, gdyż zobaczyła, że można żyć w małżeństwie do końca, być wiernym i razem przeżywać starość. Dla wielu Afrykańczyków jest to coś wyjątkowego kiedy widzą ich razem, trzymających się za ręce i spacerujących. Ciche świadectwo miłości małżeńskiej, tak bardzo potrzebne w Afryce. Przez to świadectwo są misjonarzami.

Juan Carlos i Patricia

Juan Carlos pracował jako architekt w dużej firmie w stolicy Nikaragui. Był zupełnie pochłonięty pracą, wiele razy wracał do domu pijany. Jego małżeństwo z Patricią było bliskie rozpadu. Mieli wtedy dwoje dzieci, które wychowywali dziadkowie, bo oni oboje pracowali. W tej sytuacji trafili na katechezy Drogi Neokatechumenalnej, gdzie usłyszeli obietnicę, że Bóg może stworzyć wszystko na nowo, że On szuka człowieka tam gdzie on jest, że On daje sens. Chwycili się tego Słowa i – tak jak mówi prorok Izajasz – „słowo, które wychodzi z ust moich, nie wraca do Mnie bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem, i nie spełni pomyślnie swojego posłannictwa.” (Iz 55, 11). To Słowo zaowocowało pojednaniem i jednością w małżeństwie, potem przyszły kolejne dzieci, a potem pragnienie okazania wdzięczności Kościołowi. Kiedy pytam: dlaczego przyjechaliście? Odpowiadają: z wdzięczności za wszystko, co otrzymaliśmy od Boga i od Kościoła. Trzy lata temu zostali posłani razem z sześciorgiem dzieci do Nairobi w Kenii. Tutaj urodziła im się kolejna córka. Dzieci poszły do miejscowej szkoły i dziś już bez problemów mówią płynnie po angielsku i w swahili. Juan Carlos mówi: „Nie mam tutaj wielu możliwości, aby dać dzieciom to, co mógłbym dać w naszym kraju. Nikt z nich nie ma komputera, nie mogę ich posłać do dobrej szkoły, często jemy bardzo skromne posiłki. Nie mam pracy i żyjemy z tego, co otrzymujemy z naszej rodzinnej wspólnoty. Jednak jest coś, co chciałbym przekazać moim dzieciom: to wiara. Wszyscy mamy to doświadczenie, że Bóg się o nas troszczy, że On jest Ojcem, który daje to wszystko, czego potrzebujemy”.

Daniel i Rosa

W niedzielę rano, jak zawsze, Daniel przygotowuje modlitwę dla całej rodziny: laudesy. Nakrywa stół białym obrusem, stawia kwiaty, świecę, Pismo Święte. Potem wszyscy siadają za stołem i zaczynają śpiewać psalmy. Po psalmach Daniel otwiera Ewangelię i czyta. Po Ewangelii każdy mówi, jak przeżył ostatni tydzień i co to Słowo mówi do niego. Widać, jak każdy ma trudności, z którymi się zmaga.

Daniel i Rosa pochodzą z Hiszpanii. Mają dziewięcioro dzieci. Czworo jest już dorosłych i mieszka w Hiszpanii, w tym jeden syn studiuje w seminarium. Na misji jest z nimi pięcioro pozostałych: Deborah (20 lat), Miguel (18 lat), Rafael (17 lat), Rosalia (16 lat) i Abel (11 lat). „Pięć lat temu wyjechaliśmy na tę misję. Jest to dla nas dar od Boga. Początki były bardzo trudne, wiele razy płakałam. Wiem, że ta misja pomogła przede wszystkim nam i moim dzieciom. W Madrycie – skąd pochodzimy – bardzo trudno zatrzymać dzieci w domu. Wychodzili wieczorem, wracali nad ranem. Wiele dzieci moich znajomych ma problemy z alkoholem, z narkotykami. Tutaj nie mogę uwierzyć, jak wielką i głęboką jedność dał Bóg między nami – rodzicami i naszymi dziećmi”.

Osvaldo i Maria

Kiedy celebrujemy Eucharystię, w ich domu panuje ogromna radość. Każdy ma w ręce jakiś instrument. Po Ewangelii pytam dzieci o to, co usłyszały, o misję, o to, jak się czują w nowej szkole. Rodzice, którzy wyjeżdżali z Ekwadoru do Afryki ze strachem i niepewnością, nie mogą uwierzyć, widząc swoje dzieci tak radosne i szczęśliwe.

W Ekwadorze Osvaldo i Maria chcieli żyć tak jak wszyscy. Mieli jedną córkę Raquel, która dziś ma 20 lat. Więcej dzieci nie chcieli. Pracowali, zarabiali, mieli dom, samochód. Wydawało się, że wszystko idzie tak, jak sobie wymarzyli. Ten spokój zniszczyła zdrada małżeńska. Później kolejne zdrady, aborcje i tak powoli ich małżeństwo się kruszyło, aż doszło do separacji. Zostali zaproszeni na katechezy i we wspólnocie otrzymali pomoc. Przede wszystkim była to pomoc od Boga, który dał im dar przebaczenia.

Bóg nie chce, aby człowiek żył w grzechu. Ciągle go szuka, aby dać mu nowe życie. Ta łaska przebaczenia i pojednania przyniosła konkretny owoc – kolejne dzieci.

Po wielu latach przerwy urodził się Caleb (dziś 11 lat), a potem bliźniacy Gabriel i Isaak (dziś 10 lat). Radość byłą ogromna. Potem przyszedł kolejny dar – powołanie do życia na misji jako rodzina. Zostali posłani do Tanzanii, aby tutaj być znakiem tego, że Bóg troszczy się, daje nowe życie. Przyjechali bez niczego. Osvaldo pracuje tu jako stolarz. Wielu miejscowych ludzi widząc, jak żyją, przychodziło dzielić się z nimi tym, co mają. Maria mówi: „Bóg nie przestaje nam pomagać, jest bardzo dobry, troszczy się o nas. Zawsze chciałam, aby moje dzieci były szczęśliwe i nigdy nie zrobiłabym ich tak szczęśliwymi jak są tutaj”.

W Ewangelii św. Jana Jezus prosi swojego Ojca: „proszę, aby oni stanowili jedno, by świat uwierzył, że Ty mnie posłałeś” (por. J 17, 21). Wielu ludzi zadaje pytanie o cel ich pobytu na misjach i o to, czym się zajmują. Czasami głoszą katechezy, czasami odwiedzają rodziny, czasem pomagają w parafiach, ale ich główna misja to ukazać światu tę miłość, o której mówi Chrystus. Wielu ludzi nie doświadczyło w swoim życiu piękna miłości ani w małżeństwie, ani w rodzinie. Rodziny na misji niosą światu Dobrą Nowinę o tym, że miłość istnieje, mieszka w nas, że można kochać do końca, można być wiernym, że istnieje prawdziwa jedność. Dlatego ich powołaniem jest żyć jak chrześcijańska rodzina, pokazywać piękno takiego życia tam, gdzie Bóg ich posłał.

Fot. Catholisc Church England and Wales

Świeccy na misjach: rodzinne świadectwo
Oceń ten artykuł

Zobacz także
Wasze komentarze