Szukając krasnali [MISYJNE DROGI]

5 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Lubię Wrocław. A w tych dniach podobał mi się jeszcze bardziej – dawno nie widziałam tylu młodych ludzi.

Stolica Dolnego Śląska to zachwycające miasto. Od dawna mam do niego słabość: zabytki, kultura, ludzie działają niczym magnes. Postanowiłam tu przyjechać na Światowe Dni Młodzieży Oblackiej. Nie byłam pewna, czy się odnajdę wśród tych młodych. Średniolatek dla nich to ktoś w rodzaju dinozaura. Pomyślałam sobie, że ostatecznie pójdę z aparatem na poszukiwanie krasnali. We Wrocławiu jest ich ponad 280 i cały czas pojawiają się kolejne – sympatyczne stworki przyciągają wielu turystów.

Zaskoczenie

Pierwsze zaskoczenie to pani, która przyjęła nas do siebie na nocleg. Weszłyśmy do domu pachnącego świeżym drożdżowym ciastem, upieczonym specjalnie dla nas. Przy stole w kuchni razem z naszą gospodynią piłyśmy herbatę, rozmawiałyśmy – wydawało się, że znamy się od dawna. To zaskoczenie przeniosło się na następny dzień i na kolejne. Codziennie rano wszyscy opowiadaliśmy
o swoich gospodarzach, którzy otworzyli dla nas nie tylko swoje domy, ale także serca. Każda rozmowa zaczynała się od słów: „A nasza Pani Babcia….”, „To jeszcze nic, bo nasi gospodarze…”. Na tych kilka dni stali się naszą rodziną. Cierpliwie znosili późne powroty do domu i roześmiane rozmowy trwające do późnej nocy. Towarzyszyli nam w modlitwach i podczas koncertów, a gdy przyszło do pożegnań, z niejednych oczu popłynęły łzy. Były uściski i wspólne zdjęcia. Być może to banalne, ale przekonałam się po raz kolejny, że ludzie są życzliwi, gościnni i zwyczajnie dobrzy.
Mam nadzieję, że któregoś dnia będzie okazja, żeby odpłacić pięknym za piękne.


Nieporęczny bębenek

Drugie zaskoczenie to kolorowy, hałaśliwy, radosny tłum młodych ludzi. Zajmowali dosłownie wszystkie wolne miejsca – każdy kawałek podłogi, konfesjonały, murki, schodki, trawniki wokół kościoła, parking przy restauracji, w której jedliśmy posiłki. Tańczyli, grali, bawili się w każdej wolnej chwili. Znikąd pojawiały się gitary, bębenki, flety i inne instrumenty, rozbrzmiewały słowa piosenek w różnych językach. Na każdym kroku ustawiały się długie korowody podskakujące w rytm coraz to nowych melodii. Zabawną sytuację przeżyłam słuchając grających i śpiewających Malgaszy. Jeden z nich miał niewielki bębenek, na którym próbował wybijać rytm, jednak instrument był dość nieporęczny. Chłopak przekładał go, nie mógł utrzymać, i po kolejnej próbie usłyszałam: „Kurczę, za mały!”. Po polsku! To piękni młodzi ludzie – mają ideały, marzenia i plany. Cieszą się życiem i światem. Nie chcą tylko wegetować – chcą dać innym coś od siebie i pozostawić po sobie jakiś ślad dobra. I nie trzeba ich do tego szczególnie zachęcać. Mają w sobie naturalną chęć zmieniania świata na lepsze.

Wspólnota

Długo nie potrafiłam znaleźć słowa, które opisywałoby to, co widziałam. Chyba jedyne, jakie jest w tym miejscu adekwatne, to wspólnota. Nie jestem osobą, która łatwo nawiązuje kontakty, potrzebuję czasu, żeby móc poczuć się swobodnie i bezpiecznie z innymi. Dlatego z otwartymi szeroko oczyma przyglądałam się relacjom między tymi ludźmi – młodzieżą i oblatami. Podziwiałam prostotę oraz lekkość nawiązywania kontaktów. Wystarczyło stać obok kogoś w kolejce po obiad, a już można było śmiać się razem, robić zdjęcia, śpiewać i tańczyć, ale też rozmawiać o sprawach
ważnych. Czasem trzeba było do takiej rozmowy użyć rąk – w niektórych momentach pojawiała się bariera językowa, którą jednak przełamywały życzliwe gesty. I nieważne, czy rozmawiało się z kolegą, koleżanką, czy nawet z oblackim generałem. Każdy rozmawiał z każdym. Każdy do każdego mógł podejść, każdy dla każdego był ważny. Młodzież z 25 krajów dogadywała się znakomicie. Było ich prawie dwa tysiące.


Piękni młodzi

To spotkanie to nie tylko była zabawa. Były ważne chwile modlitwy, skupienie, rozważania podczas konferencji. Przejmująca była droga krzyżowa ulicami Wrocławia, przedstawienia teatralne i pantomima. Widać było na twarzach tych młodych ludzi, że są to dla nich sprawy ciągle żywe i ważne. Przyjechali tu, by potwierdzić i umocnić swoją wierność Bogu. Wiara, sakramenty to nie tylko puste słowa czy gesty, to coś, co daje im siłę w zmaganiach z codziennym życiem. Pozwala im odnaleźć własne miejsce na ziemi, pójść za swoim powołaniem.

Ojciec Generał

Ojciec Superior Generalny Louis Lougen OMI to człowiek z magnesem ukrytym w sercu. Przyciągał młodszych i starszych – każdy chciał obok niego stanąć, zrobić sobie z nim zdjęcie. Wystarczyło, że zatrzymał się gdzieś na chwilę, a już biegło do niego kilka osób z aparatami, telefonami i selfie-stickami. A Ojciec Generał cierpliwie ustawiał się do zdjęć. Zawsze uśmiechnięty i pogodny. Dla każdego miał czas i chociaż kilka słów. Mówił prosto i mądrze. Jadł, śmiał się, żartował, grał w piłkę i tańczył razem z nami. Nie przejmował się tumanami kurzu, które unosiły się podczas naszych wygłupów. Był z nami i dla nas. Nikogo nie udawał, nie silił się na „młodzieńczość”. Był szczery w tym, co robił. Młodzi w zamian otaczali go prawdziwym, niewymuszonym szacunkiem. Jestem pod dużym wrażeniem skromności tego człowieka. Wcześniej niewiele o nim wiedziałam, ale po tych dniach stał mi się bliski, podobnie jak całe zgromadzenie.


Otworzyć się na ludzi

Towarzysząc oblackiej młodzieży przez te kilka dni we Wrocławiu miałam wrażenie, że sama staję się młodsza. Nie chciałam zmarnować tego czasu. Fotografowałam ludzi i wydarzenia, trochę też uczyłam się od nich kontaktów. Czasem przecież ktoś i do mnie podszedł, żeby porozmawiać, czasem to ja musiałam o coś zapytać. Przyznam, że aparat nieco ułatwiał sprawę. Początkowo nieśmiało krążyłam między rozgadanymi grupkami i korzystałam z okazji, gdy nikt nie zwracał na mnie uwagi. Z czasem zaczęłam rozpoznawać poszczególne osoby, odpowiadałam na pozdrowienia i uśmiechy. Kilka razy nawet dałam się namówić na wspólne tańce. Osób z aparatami było sporo – uśmiechaliśmy się do siebie, czasem nawet rozmawialiśmy. Podczas Mszy św. okazywało się na przykład, że pan, który przed chwilą przykucnął obok ze swoim sprzętem, to oblat z Meksyku, a ten, którego zaczepiłam przy obiedzie, prosząc o zaprezentowanie napisu na koszulce, to też oblat, który przyjechał z odległej Sri Lanki. Tym razem nie miałam jeszcze odwagi, żeby zrobić sobie selfie z generałem oblatów, ale kto wie – może przy następnej okazji. Zgodnie z zapowiedzią papieża Franciszka następne Światowe Dni Młodzieży odbędą się za dwa lata w Panamie i chociaż to daleko, z pewnością wiele osób pojedzie i tam! Jedno jest pewne: podziwiam entuzjazm młodych ludzi i optymizm, a dla takiego wydarzenia warto raz na kilka lat zostawić szare życie i wyjechać nawet na drugi koniec świata.

>>>Tekst pochodzi z „Misyjnych Dróg”. Wykup prenumeratę<<<

Zobacz także
Wasze komentarze