Misjonarz zza biurka? 

4 min. zajmie Ci przeczytanie tego artykułu.

Mam koleżankę, Mariannę. W czasie studiów na dwa miesiące poleciała do Kamerunu jako wolontariuszka. Uczyła dzieci czytać i pisać po francusku, a także używać kredek, bo jak się okazało, nie bardzo wiedziały, co z nimi robić. Po przyjeździe zrobiła wystawę rysunków dzieci i własnych zdjęć. Długo śledziłam przez Internet życie tej kameruńskiej misji i jej kolejne potrzeby. Też, choćby na chwilę, chciałam tak wyjechać, pomagać gdzieś daleko, gdzie – wydawało mi się – jest się bardziej przydatnym niż tu, na miejscu.  Ale nic z tego nie wyszło. W pewnym momencie pogodziłam się z myślą, że nigdzie nie wyjadę, a w misyjności Kościoła – nawet w tym najbardziej dosłownym rozumieniu – można uczestniczyć na różne sposoby, nawet nie wychodząc z domu, albo wychodząc całkiem niedaleko. 

Patronką misji jest św. Teresa od Dzieciątka Jezus, która nigdy nie opuściła rodzinnych stron. Wniosek nasuwa się sam – można być misjonarzem, można mówić o Chrystusie, żyć Jego Miłością w miejscu, w którym się jest, nawet, a może zwłaszcza jeśli jest to zamknięty klasztor. Nie trzeba nigdzie wychodzić i wyjeżdżać. „Zrozumiałam, że Kościół posiada Serce i że to Serce płonie miłością, że jedynie Miłość pobudza członki Kościoła do działania i gdyby przypadkiem zabrakło Miłości, Apostołowie przestaliby głosić Ewangelię, Męczennicy nie chcieliby przelewać krwi swojej… – pisała – Zrozumiałam, że miłość zamyka w sobie wszystkie powołania, że miłość jest wszystkim, obejmuje wszystkie czasy i wszystkie miejsca. Jednym słowem – jest Wieczna! Zatem, uniesiona szałem radości, zawołałam: O Jezu, Miłości moja… Nareszcie znalazłam moje powołanie, moim powołaniem jest Miłość! Tak, znalazłam swoje miejsce w Kościele, a to miejsce, mój Boże, Ty sam mi ofiarowałeś. W sercu Kościoła, mojej Matki, będę Miłością. W ten sposób będę wszystkim i moje marzenie zostanie spełnione!”. 

Marta ma troje dzieci. Najstarsza córka przez lata była kolędnikiem misyjnym w parafii. Jednym z centralnych wydarzeń w życiu wspólnoty było misyjne kolędowanie. W okresie świąt Bożego Narodzenia dzieci przygotowują inscenizacje, stroje i śpiewając, zbierają pieniądze na potrzeby dzieci z krajów misyjnych. „Przygotowanie kolędników misyjnych rozpoczyna się już we wrześniu. Trzeba przygotować stroje, nauczyć się ról krótkiego przedstawienia pozyskać opiekunów, ustalić trasę. Warto pamiętać również o reklamie kolędników i rozwiesić plakaty” – czytamy w komunikacie Kurii. Duszpasterze zachęcają też, by w dzieło włączyły się całe rodziny, wspólnie modląc się w intencjach dzieci z krajów misyjnych.  

Akcja ma także na celu uwrażliwienie dzieci na potrzeby innych, zwłaszcza tych potrzebujących, do których jadą misjonarze. W tym celu przygotowywane są specjalne scenki, inscenizacje, warsztaty, które mają przybliżyć młodym kolędnikom problemy innych. 

„Byłabym naprawdę szczęśliwa, mogąc razem z Tobą pracować dla zbawienia dusz. W tym celu zostałam karmelitanką, a nie mogąc być czynną misjonarką, chciałam stać się misjonarką miłości i pokuty, jak św. Teresa, moja seraficka Matka (św. Teresa z Lisieux) 

Możliwości jest wiele: przelewy, wspieranie konkretnych potrzeb, włączanie się w konkretne akcje, adopcja misjonarza, adopcja potrzebującej rodziny, dziecka, wyjazdy, zbiorki, modlitwa mniej i bardziej zorganizowana czy spontaniczne wydarzenia… „Jest super akcja – czytam  na portalu społecznościowym – koleżanka wyjeżdża na misje do Boliwii w grudniu i zbiera różańce. Tamtejsi ludzie bardzo chcą mieć różaniec i noszą je z dumą, a nam pewnie niejeden zalega w domu – przekażmy je na misje!” 

W ubiegłym roku młoda dziewczyna z naszej parafii chciała wyjechać do jednego z krajów misyjnych. Dzięki uprzejmości księdza proboszcza w jedną z niedziel zbierała pieniądze na ten cel – każdy mógł się dorzucić do jej marzenia.  

W dzisiejszym przesiąkniętym Internetem świecie dużo się dzieje, dużo wiadomo, również o potrzebach misyjnych i o krajach, do których jeżdżą duchowni i świeccy, by nie tylko głosić Ewangelię słowami, ale i czynem. Wielu opowiada o swoich doświadczeniach na blogach i vlogach, wrzucają zdjęcia i krótkie filmy. Może też dlatego zapomina się czasem o słowach i postawie św. Tereski, o tym, że misjonarzem – czyli tym, który opowiada o Chrystusie – można, a nawet trzeba być w środowisku w którym się żyje: w pracy, szkole, rodzinie. A to nie jest takie proste: A Jezus mówił im: :Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony” (Mk 6,5). 

„Na mocy chrztu stajemy się uczniami-misjonarzami, powołanymi, by nieść Ewangelię światu (…) Lud Boży jest ludem-uczniem, ponieważ otrzymuje wiarę i misjonarzemponieważ przekazuje wiarę – mówił papież Franciszek podczas jednej z audiencji generalnych. – I to powoduje w nas chrzest: daje nam łaskę i przekazuje wiarę. Wszyscy jesteśmy w Kościele uczniami, i jesteśmy nimi zawsze, przez całe życie; i wszyscy jesteśmy misjonarzami, każdy w miejscu, które Pan mu wyznaczył. Wszyscy: nawet najmniejszy jest misjonarzem (…).  

Po powrocie z Afryki Marianna znalazła pracę i założyła rodzinę. Mimo że mnóstwo rzeczy wydarzyło się przez te lata, wspomnienia pozostają żywe.  „Zaraz po przyjeździe udało mi się zorganizować duża akcję – wspomina. – Wiedziałam, że do Afryki płynie statek, a na nim kontener z potrzebnymi w Kamerunie rzeczami, a potrzebują tam wszystkiego. Zrobiliśmy zbiórkę na jednej z uczelni. Ludzie przynieśli mnóstwo rzeczy, które potem załadowano na ten statek”. Na pytanie, czy teraz jakoś związana jest z misjami, odpowiada przecząco, choć to nie do końca prawda: „Wtedy, po przyjedzie chodziłam po przedszkolach i szkołach, opowiadałam o moim wyjeździe, o tym co przeżyłam, pokazywałam zdjęcia. Chciałabym do tego wrócić”.  

 

Beata Legutko 

Misjonarz zza biurka? 
4.5 (75%) 4 ocen.

Zobacz także
Wasze komentarze